Czytelnia

Bp Fellay: Koalicja progresistów i lewicowców w Watykanie wykorzystała słowa bp. Williamsona do walki z Bractwem Upowszechnienie wypowiedzi negacjonistycznych bpa Richarda Williamsona miało w zamyśle progresistów w Watykanie przeszkodzić pojednaniu Bractwa św. Piusa X z Kościołem - twierdzi bp Bernard Fellay. Jego zarejestrowane na taśmie słowa odtworzono wczoraj w Paryżu, podczas konferencji zorganizowanej przez francuski oddział Bractwa. Przełożony Generalny Bractwa Kapłańskiego Św. Piusa X wyraził zaskoczenie szybkim tempem opublikowania przez Stolicę Apostolską dekretu o zniesieniu ekskomuniki. Wyznał, że w minionym półroczu relacje tej grupy z Watykanem były raczej chłodne, ze względu na list biskupów do członków Bractwa, w którym wyrażali oni swą opozycję wobec postanowień II Soboru Watykańskiego. Bp Fellay podziękował Ojcu Świętemu za jego decyzję, wyrażając ubolewanie, że nie rehabilitował abp. Marcela Lefebvre'a. Jego zdaniem zbieżność opublikowania dekretu z upowszechnieniem wypowiedzi bp. Williamsona nie była przypadkiem. W Rzymie istnieje bowiem - jak zaznaczył - koalicja progresistów i lewicowców, wykorzystujących niefortunne słowa bp. Williamsona do wycofania się Watykanu z gestów otwartości wobec Bractwa i nadal obowiązuje tam "ekskomunika Tradycji" - twierdzi bp Bernard Fellay.

Powrót


Uczestniczyć w ofierze Chrystusa, to stać pod krzyżem Z ks. Karlem Stehlinem, przełożonym Bractwa św. Piusa X w Europie Środkowej i Wschodniej rozmawia Michał Buczkowski.

Michał Buczkowski: Jakie nastroje panują w bractwie Piusa X po odwołaniu dekretu o ekskomunice?

Ks. Karl Stehlin: Jesteśmy szczęśliwi, zawsze czuliśmy się wiernymi synami Kościoła katolickiego. Jesteśmy wdzięczni za rehabilitację prawdy. Dotąd świat był okłamywany ekskomuniką, która nie nastąpiła. Ta radość to nie jakaś osobista korzyść, to nie tak, że ja się teraz lepiej będę czuł. Ten dekret to dobro dla całego Kościoła. Ta ekskomunika była dotąd używana jako argument, by straszyć ludzi przed kontaktem z katolicką tradycją, trochę złagodził ten strach indult Jana Pawła II, ale ludzie, którzy sięgali do wcześniejszej nauki Kościoła, czytali encykliki przedsoborowe, nauczanie wcześniejszych soborów i zastanawiali się, i widzieli te wielkie różnice - natychmiast byli miażdżeni argumentem: ale lefebryści są ekskomunikowani, są przeciw Kościołowi... Tym samym utrudnione było dotarcie do skarbów katolickiej tradycji.

M.B.: Jakie będą dalsze kroki?

K.S.: Teraz potrzebne są rozmowy i Rzym zaprasza nas w końcu, abyśmy przedstawili sporne kwestie. Ciągle prosiliśmy Stolicę Apostolską: choć raz wysłuchajcie naszych argumentów, odpowiadajcie - uważacie, że jest kryzys w Kościele, i my tak samo uważamy... Ojciec święty zdaje sobie sprawę, że w różnych krajach Kościół jest jak tonąca łódź, sam o tym powiedział. Znajdźmy przyczynę. Dotąd nasza ogromna praca teologiczna, która starała się wyjaśnić te zagadnienia była przemilczana. Wobec takich problemów Kościoła - zachowanie niepoważne. Więc łatwo sobie wyobrazić, jak się cieszymy, gdy Ojciec Święty nie tylko zaprasza do rozmowy, ale wręcz wymaga byśmy przedstawili nasze postulaty.

M.B.: Najgłośniejszym tematem medialnym dotyczącym lefebrystów nie jest jednak decyzja Benedykta XVI, ale wypowiedź biskupa Williamsona.

K.S.: Nasz biedny biskup Williamson z jego negacjonizmem... Przede wszystkim jest to bez związku z tematem ekskomuniki. Pan Bóg dał nam ogromną łaskę, a diabeł próbuje się zemścić. I zamiast cieszyć się z decyzji papieża, muszę wszystkim tłumaczyć, że nasza misja nie mam nic wspólnego z głoszeniem takich głupot. Biskup Williamson, nawrócony z anglikanizmu, dawny historyk, upodobał sobie w takich zagadnieniach, bo ma kontakty z ludźmi, którzy niby potrafią udowodnić, że liczba ofiar Holocaustu jest bardzo zawyżona. Smuci nas to tym bardziej, że są kapłani w bractwie, ja jestem jednym z nich, których rodziny ginęły w obozach koncentracyjnych, członkowie mojej dalszej rodziny ukrywali Żydów. Negacja Holocaustu jest po prostu żałosna. My, Niemcy szczególnie jasno widzimy jak dalece myli się biskup Williamson.


Symbolika liturgii

M.B.: Nie tylko zachowaliście tradycyjny ryt mszy, ale krytykujecie nowy.

K.S.: Liturgia jest wyrazem wiary. Jeśli modlitwa Kościoła się zmienia, to powoli zmieni się i wiara. Bardzo dobrze widać to na przykładzie reformacji, kiedy Luter nie dyskutował z prawdami wiary. Nie powiedział parafianom, że to jest inna religia, mówił tylko o reformie - przedstawił nowy ryt i dwadzieścia lat później ludzie wierzyli już w co innego. Ten nowy obrządek usuwał po prostu istotne elementy liturgii katolickiej, stała za tym teologia Lutra, który uważał, że nie ma przeistoczenia, nie ma ofiary przebłagalnej, że ważne jest przede wszystkim chwalenie Boga, a najważniejsze jest pouczenie. W ten sposób protestantyzm został wprowadzony. Modernistyczne nowinki posoborowe również zostały wprowadzone w ten sam sposób.

M.B.: Posoborowe... a więc to nie sam sobór odpowiada za ten stan rzeczy?

K.S.: W mojej książce W obronie prawdy katolickiej napisałem, że sobór bronił tradycyjnego rytu. W tym sensie, że dawano pewne zachęty do zmian z rycie, ale nigdzie nie było propozycji zmian tak daleko idących, jakie dziś widzimy. Sobór dał wskazania dotyczące stosunku do współczesnego świata czy do ekumenizmu, które zainspirowały twórców nowego obrządku.

M.B.: Może warto w takim razie wprowadzać pewne elementy tego nauczania?

K.S.: Proszę nie myśleć, że odrzucamy całe nauczanie soboru. Treści szesnastu dekretów soborowych w jakichś 80% odzwierciedlają tradycyjną naukę Kościoła, często bardzo trafnie przedstawioną, w sposób bardzo katechetyczny, choć może nie zawsze tak wyraźnie jakbyśmy tego chcieli. Wobec tych wypowiedzi nie mamy żadnych zastrzeżeń. W Sacramentum concilium na przykład, jest czarno na białym napisane, że jako język liturgiczny należy zachować łacinę. Więc gdy nastąpiły posoborowe reformy, to arcybiskup Lefebvre mógł krytykować je samymi dokumentami soborowymi.

M.B.: Czyli można powiedzieć, że to Paweł VI wystąpił przeciw soborowi a nie Bractwo Piusa X?

K.S.: Tak daleko bym nie szedł. Podczas obrad były dwa obozy, opozycyjne, więc powstałe dokumenty są takim amalgamatem, znajdziemy tam różne rzeczy. Tradycjonaliści będą zatem wyciągać z soboru teksty tradycyjne, a progresiści inne. Oni powołają się na wszelkie wzmianki o dopasowaniu według potrzeb pastoralnych i tak dalej. I powołując się na te fragmenty, wyrugowali praktycznie łacinę z liturgii. Paweł VI nie sprzeciwił się soborowi - pierwsze wydanie odnowionego mszału też było przecież po łacinie. Więc ten mszał istniał, tylko nie był praktycznie używany.

M.B.: Jakie są główne różnice, których Bractwo nie może przyjąć?

K.S.: Nowy ryt unika wszelkich rzeczy niemiłych protestantom. Zwłaszcza teologii ofiary, zadośćuczynienia za nasze grzechy, nauki o bezkrwawym odnowieniu Kalwarii. Klimat novus ordo missae ma na celu nakierowanie na człowieka - zamiast dotychczasowego teocentryzmu, wyrażającego się zwróceniem wszystkich twarzą ku Bogu: cały lud w drodze do Pana Boga symbolizowanego przez Wschód i krucyfiks oraz obecnego w tabernakulum.

M.B.: Nie można powiedzieć, że teraz wierni odwróceni są do siebie, są raczej zgromadzeni wokół Chrystusa.

K.S.: Chodzi o wyrazistość symbolu. Na przykład: pomiędzy miejscem, gdzie stoi kapłan w tradycyjnym rycie, a ołtarzem, są trzy stopnie. Oznaczają powrót do Ojca przez: oczyszczenie, uświęcenie i zjednoczenie. Przez takie drobne rzeczy mamy daną naukę. Symbolika ołtarza - Chrystus, który jako człowiek jednoczy nas, jest drogą do Ojca. Ten kierunek ziemia, świat, dolina łez, wygnanie - przez Chrystusa do nieba. To jest pierwotna, starożytna symbolika. Wierni byli pod wrażeniem symboliki Wschodu - największa symbolika naturalna: wschód Słońca. Stąd orientowanie ołtarzy. Chrystus, który jest Słońcem Sprawiedliwości, który daje nam światło, ciepło, łaski itd. Msza święta odprawiana na Wschód włącza w to kosmiczne wydarzenie. I tak właściwie kapłan i wierni patrzyli w jednym kierunku, na słońce. I ten wspólny kierunek, od ziemi do nieba był obecny we wszystkich liturgiach Wschodu i Zachodu. Człowiek między niebem a ziemią ma ołtarz, który wprowadza go do wyższej rzeczywistości.

M.B.: Nie ma tego wszystkiego w nowym rycie?

K.S.: Nowy ryt ma horyzontalną orientację, gdzie najważniejsza jest ziemia, Królestwo Boże na świecie, miłość bliźniego, dogadanie się z innymi - ekumenizm. Usuwane są wzmianki o zagrożeniu piekła - bardzo, bardzo niewiele jest o tym mowy. Podobnie o tym, by starać się zbawić własną duszę. Rzadkie są prośby o zbawienie dusz innych - aby ci, którzy są daleko od Kościoła nawrócili się (słynna zmiana modlitwy wielkopiątkowej za schizmatyków, heretyków, pogan i żydów). Przychodzizapomnienie, że życie jest walką duchową, że musimy decydować, dla kogo pracujemy - z jednej strony państwo Boże, z drugiej państwo diabła. To zupełnie inny obraz życia religijnego i sensu istnienia człowieka. Jeśli człowiek uczestniczy od trzydziestu lat w nowym rycie mszy, to nastąpi coś takiego, że zapomni już gruntownie o piekle, o walce duchowej.

M.B.: Czy to sprawia, że msza nie jest ważna?

K.S.: W chwili przeistoczenia oczywiście Jezus jest obecny, natomiast cała ta symbolika wędrówki do nieba jest przekreślona, i to jest problem istotny. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że zwykli wierni często o tym nie myślą, ale to jest ważne, przynajmniej dla kapłana. Jeśli kapłan dokonuje ofiary, to obraca się ku Bogu, ofiara Jemu jest składana, aby prosić o przebaczenie za nasze grzechy, aby Go chwalić, aby Go czcić i Jemu służyć. W nowym rycie najważniejsza jest nie hostia, ale kapłan gadający z wiernymi i wierni gadający z kapłanem. Przepraszam za tak mocne słowa, ale to jest widoczne. Oni nie są skoncentrowani na tym, co się właśnie dzieje, oni patrzą sobie wzajemnie na twarze.

M.B.: Jezus zszedł na ziemię - nowy ryt lepiej oddaje to Boże uniżenie.

K.S.: Po co Chrystus zstąpił na ziemię? Aby nas prowadzić do Boga. Zstąpienie Chrystusa na ziemię jest aktem nieskończonego miłosierdzia. Ale to jest tylko początek, On zstąpił do nas, aby nas natychmiast porwać z tej ziemi i prowadzić do Ojca. Całe Jego życie jest opuszczaniem tego świata. Ten ruch zejścia, inkarnacja, pięknie jest uobecniany przez przeistoczenie. Przychodzenie Jezusa na świat jako nauczyciela to pierwsza część mszy świętej. To tak zwana msza katechumenów - lekcja, ewangelia, kazanie. I my przyjmujemy Jego słowo i wracamy do Ojca przez ten akt ofiarny. To jest niesamowite, ja tym żyję.


Poczucie sacrum

M.B.: Kiedyś nie nazywało się Boga przyjacielem.

K.S.: Bo zaznaczony był wyraźnie respekt przed Panem Bogiem, który jest odwiecznym majestatem - komunia na klęcząco, wierni klękają często, kapłan ile razy... Adoracje, uwielbienia, mnóstwo wyrazów pobożności. To wszystko zostało zredukowane w nowym rycie zasadniczo, jeśli nie zupełnie w niektórych krajach czy miastach. Zamiast zwrócić się ku Panu Bogu, ludzie są zwróceni ku sobie. Kapłan patrzy na nich. Ołtarz zamiast być ołtarzem ofiarnym, stał się stołem. Wokół stołu się siedzi i robi ucztę. Cały aspekt poświęcenia, uświęcenia, nawrócenia jest zastąpiony przez humanizm, altruizm, budowanie lepszego świata.

M.B.: Podkreśla Ksiądz bardzo słowo "ofiara".

K.S.: Wszystkie znane mi świadectwa ludzi, którzy chodzą na odnowioną mszę świętą są takie: modlę się, śpiewam, słucham co kapłan mówi. A gdzie świadomość, że to Ofiara Chrystusa? A komunia święta to co? - pytam wtedy. "A tak, tak oczywiście, przyjmuję komunię świętą, przyjmuję ciało Chrystusa, dziękuję mu" i tak dalej. Ale, że to ofiara Chrystusa - to mało znane, choć wszystko niby świetnie rozumieją, bo msza jest w języku narodowym.

M.B.: Skąd takie przywiązanie do łaciny?

K.S.: Język sakralny nie jest językiem mówionym. To może być łacina, czy w innym rycie greka albo starocerkiewnosłowiański albo starohebrajski. Coraz mniej wiernych rozumiało przez wieki po łacinie, ale za to doskonale zdawali sobie sprawę, jaka jest istota mszy świętej, która jest nieskończoną tajemnicą przekraczającą nasze rozumowanie. Język sakralny zaś (i inne symbole jak np. używanie kadzidła, śpiew gregoriański) ma przekazać atmosferę świętości Bożej i wiecznego życia. Oprócz tego jest konieczne wnikliwe pouczenie o tym, co się dzieje podczas mszy jak, w miarę naszych możliwości, możemy najpobożniej w tym uczestniczyć, wchodzić w intencję Pana Jezusa i Matki Najświętszej.

M.B.: Dla Polaka to może nie taki kłopot, ale co z innymi, odległymi kulturami?

K.S.: Byłem przez osiem lat misjonarzem w Afryce, wśród ludzi, którzy nie umieją pisać, czytać czy liczyć, mają problemy z własnym językiem, a co dopiero z łaciną. Te dzieci podczas jednego roku (czasem było 1500) tak były zafascynowane tradycyjną mszą świętą, że w ciągu kilku tygodni główne odpowiedzi po łacinie wszyscy mieli w głowie. I każde dziecko na końcu roku, podczas egzaminów, potrafiło doskonale powiedzieć, co w każdym momencie mszy się dzieje. I tak uczestniczyli dużo bardziej niż tutaj, gdy same słowa są znane, ale serce jest puste, bo człowiek nie żyje tą świętością.

M.B.: Jakie jest znaczenie ciszy dla tej świętości?

K.S.: Uczestniczyć w ofierze Chrystusa, to jest stać pod Jego krzyżem, jak Maria Magdalena, Maryja i święty Jan przed wiekami. I wierni mają być włączeni w tę samą tajemnicę, do tego potrzeba ciszy, skupienia. Potrzeba wielu symboli, które przypominają, że to nie jest światowe, jakieś dialogowanie, to nie katechizacja, wzajemne śpiewanie. To możemy gdzie indziej robić. Ja też lubię śpiewać, kolędy lubię i tak dalej. Tak samo lubię rozmawiać z ludźmi, lubię ludzi. Ale msza święta jest czymś o wiele wyższym. I wierni muszą być przygotowani do największego aktu religijnego jakim jest uczestnictwo we mszy świętej. I pomaga w tym najlepiej święta cisza, atmosfera starych katedr, muzyka, która jest nie z tego świata, czyli gregoriański chorał aniołów.

M.B.: Łatwiej uczestniczyć we mszy dzięki dialogowi, a nie tylko przez patrzenie.

K.S.: Zupełnie odwrotnie. Teraz ludzie patrzą w piękną twarz kapłana i z nim rozmawiają. To jest poziom katechizacji, ale to nie jest liturgia. Zgadzam się, że są potrzebne oznaki wzajemnego kontaktu. Jeśli robię wykład i patrzę na ścianę, to jest zły wykład. Muszę patrzeć na ludzi, musi być żywy kontakt. Jeśli więc kapłan głosi kazanie, w taki sposób stoi. To jest zrozumiałe. Natomiast sama eucharystia to nie jest pouczenie czy dialog, ale ofiara - wierni są wpatrzeni w tego samego Boga. Mają być świadomi liturgii.


Reforma reformy

M.B.: Msza tradycyjna kojarzona jest ze starszymi paniami klepiącymi różańce.

K.S.: To moderniści tak przedstawiają sprawę, moim zdaniem jest to ogromnie obraźliwe. Niejedna stara babcia ratowała wiarę i zbawianie wielu innych, dlatego, że tak żarliwie się modliła. Można bez żadnego problemu rozważając różaniec, kontemplując tajemnice życia, śmierci i zmartwychwstania Jezusa, zjednoczyć się z tą tajemnicą i świetnie zdawać sobie sprawę z tego, co się dzieje na ołtarzu. Nawet nie znając poszczególnych słów.

M.B.: Dlaczego kapłan, który przecież zastępuje Chrystusa, podczas mszy klęka przed tymże Chrystusem?

K.S.: Różne są funkcje kapłana w czasie mszy. Podczas najwyższych czynności kapłan działa in persona Christi. Zwłaszcza gdy wypowiada słowa przeistoczenia. Natomiast w pozostałych częściach mszy świętej po prostu jest in persona Ecclesiae. Jest głosem Kościoła, Oblubienicy Chrystusa, która oddaje hołd Chrystusowi. W rycie mszy kapłan jednoczy te dwa aspekty i te dwie funkcje. Czasem pełni je praktycznie jednym momencie.

M.B.: W liturgii tradycyjnej nagromadziło się mnóstwo dublujących się gestów.

K.S.: Liturgia jest doskonale dopasowana do tego natury ludzkiej. Otóż w naturze ludzkiej, dopóki nie sięgnie ona do wieczności, bardzo potrzebnym elementem jest powtórka. Tylko w ten sposób człowiek przyzwyczai się do czegoś dobrego, jeśli powtarza, powtarza, powtarza. Można powiedzieć "kocham" raz i to ma swoją wartość, ale to nie jest w naturze człowieka. Anioł może to zrobić raz na zawsze, człowiek musi ciągle na nowo, z powodu jego zmienności. Aby się skoncentrować i ciągle wracać do tego Boga i ciągle podkreślać chęć wracania do Niego - dlatego to powielenie.

M.B.: Nie tylko podczas mszy możemy wyrażać swą miłość do Boga.

K.S.: Kiedy kapłan na końcu mszy śpiewa "Ite, missa est" - według mistyków nie oznacza to, że msza jest zakończona, ale "teraz jest msza". "Idźcie", kontynuujcie mszę w waszym życiu. Ale do tego potrzeba intensywnego przeżywania mszy. Jeśli tego nie ma - człowiek jest roztargniony, szybko zapomina, lekceważy wrogie napaści, pokusy odrywają go od obranej drogi. Stąd powtórzenia gestów. Szczególnie potrójne to wyraz wielkiej intensywności - "Panie nie jestem godzien, nie jestem godzien!, naprawdę nie jestem godzien!". Najpiękniejsze są właśnie te powtórki trzykrotne, np. Baranku Boży albo Kyrie. Według świętych autorów, każdy z tych trzech razy możemy odnosić do innej osoby Trójcy.

M.B.: Ludzie, którzy pamiętają msze sprzed reformy i porównują z dzisiaj odprawianą mszą trydencką, zauważają pewne różnice. Na przykład teraz cały kościół odpowiada na słowa kapłana, kiedyś tylko ministranci.

K.S.: Odpowiedzi wiernych są częścią recytowanej mszy. Przez długi czas ta msza była rzeczywiście zaniechana, ale odnowił jej praktykę w XIX wieku słynny liturgista Prosper Guéranger. Przywrócił stare zwyczaje, o których mówią doktorzy kościoła. Msza recytowana zachowana zresztą w zakonach, została rehabilitowana najpóźniej na początku XX wieku. Zostało to dowartościowane w sposób szczególny po to, by ułatwić odczytywanie znaczeń wiernym. To czas wydawania mszalików polsko-łacińskich, przełom. Wielkim dobrem w tej sprawie okazała się encyklika Mediator Dei, która mówi na czym ma polegać nowy ruch liturgiczny. Nie chodziło o to, by zmienić liturgię, ale nastawienie wiernych do liturgii, angażując ich bardziej. I my jesteśmy tego zwolennikami, chcemy, by wierni jak najlepiej rozumieli liturgię, by się włączali.

M.B.: Skoro ludzie mają się włączać, to może postulat wyrugowania nowego rytu jest zbyt daleko posunięty, może wystarczy reforma reformy?

K.S.: Między nowym a starym rytem jest zasadnicza rozbieżność, wręcz sprzeczność. To są dwa poglądy na rzeczywistość. Wprowadzić ryt, który byłby próbą pożenienia dotychczasowych byłoby rzeczą problematyczną. Ojciec święty ostatnio jest krytykowany za popieranie komunii świętej na klęcząco, za odprawienie mszy twarzą ku Bogu... W wielu krajach "pro multis" w konsekracji jest tłumaczone "za nas i za wszystkich" zamiast "za nas i za wielu". Papież dba, by zaniechać tych ohydnych tłumaczeń. Cieszymy się z wszystkich takich prób. Zdajemy sobie sprawę, że przywrócenie normalności może nastąpić w wielu etapach i może nastąpić przez pewną reformę novus ordo missae.

M.B.: Taka reforma oznacza, że pewne nowe elementy zostaną w liturgii.

K.S.: My jesteśmy przekonani, że nowy ryt umiera. On umiera z tego powodu, że tam, gdzie jest konsekwentnie wprowadzany, zostaje spustoszenie. Owocem nowego rytu jest katolickie przecież społeczeństwo Francji, gdzie kościoły są puste, a powołań nie ma. Nie przypisujemy tego oczywiście wyłącznie obrządkowi, ale w wielkiej mierze i jemu. Szczególnie jeśli chodzi o kraje zachodnie, Kościół kwitnie teraz tam, gdzie dowartościowano z powrotem te tradycyjne elementy. Reforma reformy może być formułą przejścia, powrotu do tradycji, czego byśmy sobie bardzo życzyli. Nie jesteśmy marzycielami i nie myślimy, że to nastąpi jednego dnia, to jest ogromnie długi proces i trzeba go podjąć. Albo chcemy ratować nasza wiarę i wtedy wrócić na zdrowych zasad Kościoła, albo społeczeństwo katolickie zniknie.

M.B.: Benedykt XVI od kiedy został papieżem ani razu nie odprawił mszy w nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego.

K.S.: Bolejemy nad tym.


Ekumenizm

M.B.: Mawia Ksiądz, że sposób modlitwy wpływa na wiarę. Jakie są pozaliturgiczne różnice między współczesnym stanowiskiem Kościoła a Bractwem?

K.S.: Przede wszystkim kwestie ekumenizmu, kolegializmu, czy kwestie wolności religijnej. Nie było i nie ma mowy o wycofaniu się z któregoś punktu. To nie jest nasza osobista pozycja, ale przedstawienie nauki Kościoła katolickiego jako takiej. Lefebrysta to nie jest ktoś, kto wyznaje Lefebvre'a, bo arcybiskup nie miał własnej nauki, to po prostu nauka Kościoła. Zapewniamy ojcu świętemu całe nasze poparcie w tej okropnej wojnie, jaka się toczy.

M.B.: Nie chcecie jedności Kościoła?

K.S.: Do soboru watykańskiego II ekumenizm był definiowany przez papieży jako staranie się o nawrócenie wszystkich dysydentów do łona Kościoła katolickiego. Oczywiście nie mieczem i ogniem, ale namową, dyskusją, a przede wszystkim przez jasne przedstawienie racji katolickich. Protestantyzm jako taki jest złem, ponieważ protestanci odeszli od Kościoła katolickiego, negują pewne prawdy wiary, w tym i owym pobłądzili. I zapraszając ich na powrót do Kościoła, musimy im to pokazać.

M.B.: Bractwo inaczej definiuje ekumenizm?

K.S.: Ekumenizm jako dialog przedstawia inne religie w zupełnie nowym świetle. Ideałem staje się wspólne tworzenie Kościoła czy (jeszcze częściej i jeszcze bardziej ogólnikowo) Królestwa Bożego... I wszyscy są w drodze, jedni bardziej, inni mniej w łączności, ale wszyscy uczestniczą w tym nieokreślonym bliżej królestwie Bożym. I ma być piękna dyskusja, ale nikt już nie pamięta, żeby nawracać, że Jezus mówił "Idźcie na cały świat i nawracajcie wszystkie narody".

M.B.: Przykładem takiego myślenia była unia brzeska.

K.S.: Unia brzeska miała zapewnić wiernym Kościoła wschodniego zachowanie ich rytu, ich zwyczaju, duchowości, prawa, ale w przylgnięciu do Stolicy Apostolskiej. W taki oto sposób w ciągu czterystu lat nawróciło się do Kościoła katolickiego mnóstwo ludzi, w tym wielcy święci, jak św. Jozafat, św. Andrzej Bobola czy męczennicy podlascy. A teraz przekreśla się rolę tej unii, czterysta lat próby misji prawosławnych dekret z Ballamand określa jako fałszywy krok. I tutaj jest sprzeczność. I trzeba się zastanowić kto ma rację - czy wszyscy ci papieże, którzy ostrzegają nas przed ekumenizmem rozumianym jako dialog... Próby ekumenizmu zaczęły się w XIX wieku w Chicago. Leon XIII potępił te ruchy, dalej Pius X, a zwłaszcza Pius XI pisząc encyklikę Mortalium Animos. Jest tam potępione dokładnie to, co w w dekrecie Unitatis redintegratio zostało uznane za teraz obowiązujące. Czy Kościół może być sprzeczny ze sobą w swych najwyższych orzeczeniach? Tu stoi magisterium przeciw magisterium.

M.B.: A kwestia wolności religijnej?

K.S.: Ives Congar w pamiętnikach (niedawno opublikowane po polsku) pisze, że miał zadanie podczas soboru, by uzasadnić naukę o wolności religijnej w oparciu o dotychczasową teologię, by znaleźć coś na potwierdzanie u Ojców Kościoła. I pisze, bez żadnej obawy - miałem trudne zadanie, bo tego tam nie ma i musiałem kombinować. Coś takiego pisze, bezczelnie zupełnie. I ja się pytam wobec tego: jaka jest ranga doktrynalna Soboru Watykańskiego II wobec wszystkich wcześniejszych orzeczeń?

Rozmawiał: Michał Buczkowski

Powrót


Zezwalając księżom na swobodne odprawianie mszy trydenckiej i zdejmując ekskomunikę z lefebrystów, Benedykt XVI wykazał się odwagą, gdyż tradycjonaliści mają wpływowych przeciwników również w samym Kościele - pisze znany historyk
Jeśli przyjąć, że wielu publicystów wypowiadających się krytycznie o niedawnej decyzji papieża Benedykta XVI w sprawie zdjęcia ekskomuniki z biskupów Bractwa św. Piusa X ma na względzie dobro i jedność Kościoła, to przyznać należy, że ich wiedza o katolicyzmie, soborach powszechnych i lefebrystach pozostawia wiele do życzenia. Przyglądając się trwającej dyskusji na ten temat, nie sposób nie zauważyć, że o jakości przywoływanych argumentów decydują raczej negatywne emocje aniżeli chęć przybliżenia długiej historii posoborowego sporu wokół reform i przemian w Kościele, abp. Marcela Lefebvre'a i założonego przez niego w 1969 r. instytutu życia apostolskiego pod nazwą Bractwo św. Piusa X.

Ekumenizm bez lefebrystów
Niektórzy z krytyków decyzji Benedykta XVI uspokajają, że mimo dekretu Kongregacji ds. Biskupów z 21 stycznia 2009 r. tak naprawdę niewiele ona zmienia w relacjach Rzymu z lefebrystami. Być może najlepiej wyraził tę myśl Jan Turnau, który w przeszłości nieraz dawał wyraz swojej niechęci wobec typowych dla przedsoborowego Kościoła pojęć w rodzaju "heretyk" i "schizmatyk". Dzisiaj natomiast chętnie i, co charakterystyczne, jedynie w stosunku do nielubianych przez siebie lefebrystów szermuje pojęciem "schizma": "Mógłbym zacząć uspokajająco. Od tego, że wbrew prasowym doniesieniom schizma lefebrystów trwa, wcale się nie skończyła. Mimo że papież zdjął ekskomunikę z lefebrystów" ("Gazeta Wyborcza", 30 stycznia 2009). Tę radosną i uspokajającą nowinę Turnau łączy ze zdecydowaną krytyką papieża, zarzucając mu "brak duszpasterskiej mądrości", obrażanie muzułmanów i żydów oraz niechęć wobec rehabilitacji kontestującego nauczanie Kościoła w sprawach wiary i moralności ks. Hansa Künga, którego nazwał teologiem wielkiej miary.

Zaprezentowany tu sposób myślenia wydaje się typowym dla przedstawicieli tzw. otwartego katolicyzmu, dla których jedność Kościoła oznacza de facto wizję doktrynalnie pluralistycznej i nieustannie "dialogującej" instytucji, której celem nie jest już "jedna owczarnia i jeden pasterz", ale budowa synkretycznego religijnie świata, gdzie żadna z konfesji nie uzurpuje sobie miana jedynie prawdziwej. Dlatego ci, którzy nieustannie mówią o uznaniu dla duszpasterskiego Soboru Watykańskiego II, nie wspominają ani słowem o pozostałych 20 soborach powszechnych Kościoła (jak choćby Zbigniew Nosowski w tekście "Dobra i zła wiadomość dla Kościoła", "Rz", 6 lutego 2009). Wrogami takiej wizji muszą zatem być wszyscy, dla których Kościół katolicki jest jedyną Arką Przymierza, której założycielem jest sam Jezus Chrystus, poza którą nie można osiągnąć zbawienia. Dla nich Kościół katolicki nie zaczął się ani nie skończył na Soborze Watykańskim II. I tutaj leży zapewne sedno sporu związanego z Benedyktem XVI i jego decyzją w sprawie lefebrystów. W epoce liberalnej demokracji i powszechnej laicyzacji papież potrzebuje tych, którzy wspólnie z nim będą odważnie przypominać odwieczne prawdy Kościoła katolickiego.

Kościół czy Kościoły?
Jeszcze będąc kardynałem, obecny papież przypomniał odwieczną naukę Kościoła, że Chrystus jest "jedynym Zbawicielem", który "nie ustanowił zwyczajnej wspólnoty uczniów, lecz założył Kościół jako tajemnicę zbawczą". Dlatego też - pisał kardynał Joseph Ratzinger w deklaracji "Dominus Iesus" - "należy stanowczo wyznawać jako prawdę wiary katolickiej jedyność założonego przezeń Kościoła". Na polecenie papieża Jana Pawła II kardynał Ratzinger wyłożył też prawdę na temat tego, czym jest jedność Kościoła: "Tak jak jest jeden Chrystus, istnieje tylko jedno Jego Ciało, jedna Jego Oblubienica: "jeden Kościół katolicki i apostolski". Ponadto obietnice Pana, że nigdy nie opuści swojego Kościoła (por. Mt 16, 18; 28, 20) i będzie nim kierował przez swego Ducha oznaczają też, iż według wiary katolickiej jedyność i jedność Kościoła, a także wszystko to, co stanowi o jego integralności, nigdy nie przeminie". I dalej: "Nie wolno więc wiernym uważać, że Kościół Chrystusowy jest zbiorem - wprawdzie zróżnicowanym, ale zarazem w jakiś sposób zjednoczonym - Kościołów i wspólnot eklezjalnych. Nie mogą też mniemać, że Kościół Chrystusowy nie istnieje już dziś w żadnym miejscu i dlatego winien być jedynie przedmiotem poszukiwań prowadzonych przez wszystkie Kościoły i wspólnoty". Za przypomnienie tej wykładni Ratzinger był wówczas ostro krytykowany i atakowany, nierzadko przez niektórych księży i hierarchów kościelnych, którzy podobnie jak dzisiaj zarzucali mu "integryzm" i postawę antyekumeniczną. Publicznie kontestowali oni wówczas jedną z najważniejszych prawd Magisterium Kościoła katolickiego o "jednym, świętym, katolickim i apostolskim Kościele".

Aby się przekonać, jak to wygląda w praktyce, warto sięgnąć do popularnej w Polsce, wydanej za zgodą władzy kościelnej, książki poświęconej ekumenizmowi autorstwa ojca profesora Zdzisława Kijasa, który napisał m.in.: "Kościół istnieje i działa na ziemi nie inaczej, jak w wielu Kościołach. Każdy z nich nazywa się Kościołem i jest nim prawdziwie, ponieważ w każdym z nich obecna jest jedna i ta sama rzeczywistość Kościoła Jezusa Chrystusa. To z kolei sprawia, że Kościoły partykularne (np. katolicki, prawosławny, luterański, anglikański itd.) nie istnieją obok siebie i niezależnie od siebie, lecz stanowią wielość jednego i tego samego Kościoła Jezusa Chrystusa" ("Odpowiedzi na 101 pytań o ekumenizm", Kraków 2004, s. 19). Taką postawę Benedykt XVI wielokrotnie piętnował i określał mianem relatywizmu. Jednocześnie niemiecki purpurat diagnozował kryzys w Kościele w sposób, który zbliżał go do stanowiska Bractwa św. Piusa X. Wskazywał na relatywizm doktrynalny, upadek dyscypliny i destrukcję liturgii w Kościele. Osobiście powrócił wówczas do liturgii trydenckiej, którą publicznie odprawiał m.in. we Francji i w Niemczech.

"Łódź, która nabiera wody"
Jednocześnie już od lat 80. Ratzinger mówił, że mimo Soboru Watykańskiego II, który zapowiadał "wiosnę Kościoła", doszło do "zapaści w wielu sferach", które sięgają "samych korzeni Kościoła". Nie wahał się wyznać, że nastąpił wręcz "wewnętrzny rozłam Kościoła", który stał się "jednym z najpilniejszych problemów naszych czasów". "Jesteśmy zajęci ekumenizmem i zapominamy przy tym, że Kościół podzielił się w swoim wnętrzu" - mówił Ratzinger. Ubolewał przy tym, że "rozumienie Kościoła zostało u katolików zrelatywizowane. Nie chcą oni dalej uznawać, że Kościół daje im autentyczną gwarancję prawdy". Najbardziej dramatyczny opis stanu Kościoła sformułował niemal w przededniu swojego wyboru na Stolicę Piotrową. 25 marca 2005 r. odczytano tekst rozważań, które kardynał Ratzinger przygotował na wielkopiątkową drogę krzyżową w rzymskim Koloseum. Dla wielu słowa te brzmiały wręcz szokująco: "Panie, tak często Twój Kościół przypomina tonącą łódź, łódź, która nabiera wody ze wszystkich stron. Także na Twoim polu widzimy więcej kąkolu niż zboża. Przeraża nas brud na szacie i obliczu Twego Kościoła. Ale to my sami je zbrukaliśmy! To my zdradzamy Cię za każdym razem, po wszystkich wielkich słowach i szumnych gestach. Zmiłuj się nad Twoim Kościołem". Nieprzypadkowo tekst rozważań opisujący kondycję współczesnego Kościoła trafił rychło na sztandary katolickich tradycjonalistów, a w rozmowach ze Stolicą Apostolską odwoływał się do nich bp Bernard Fellay - przełożony generalny Bractwa św. Piusa X.

Wątpliwa ekskomunika
Mimo dekretu o ekskomunice z lipca 1988 r., którą objęto abp. Marcela Lefebvre'a i bp. Antonio de Castro Mayera oraz wyświęconych przez nich biskupów: Bernarda Fellaya, Bernarda Tissier de Mallerais, Alfonsa de Galarreta i Richarda Williamsona, Bractwo św. Piusa X nigdy nie uznało tej kary za ważną. Mimo prześladowań i straszenia wiernych karami kościelnymi zgromadzenie rosło w siłę i może się dzisiaj pochwalić prawie 500 księżmi, ponad 300 zakonnicami i zakonnikami, blisko 1000 kościołów i kaplic, sześcioma seminariami duchownymi, setką szkół i dwoma uczelniami wyższymi. Zawsze też Bractwo św. Piusa X podkreślało swoje przywiązanie do Stolicy Apostolskiej i całego nauczania Kościoła, odrzucając jednocześnie współczesne "nowinki" z nową interpretacją ekumenizmu i wolności religijnej (równość wszystkich religii) na czele. Od 1988 r. w korespondencji ze Stolicą Apostolską, podczas wielu spotkań z hierarchami i przedstawicielami Watykanu uzasadniano konsekracje dokonane przez abp. Lefebvre'a tzw. stanem wyższej konieczności, który nakładał na niego obowiązek "konsekracji innych biskupów w celu zapewnienia (poprzez dalsze święcenia kapłańskie) wiernym tego, co mają prawo otrzymać od hierarchii, czyli zdrowej doktryny i sakramentów". Trzeba przyznać, że w tej kwestii podzielili się również watykańscy kurialiści i specjaliści od prawa kanonicznego. Przewodniczący Papieskiej Rady ds. Jedności Chrześcijan kardynał Edward Idris Cassidy w maju 1994 r. napisał: "Sytuacja członków tego bractwa jest wewnętrzną sprawą Kościoła". Z licznych wypowiedzi kurialistów rzymskich i oficjalnych publikacji watykańskich wynika od lat, że kwestia uregulowania statusu kanonicznego lefebrystów nie dawała im spokoju. Pewnie dlatego, co jest tajemnicą poliszynela, kontakty pomiędzy Watykanem a Bractwem św. Piusa X nigdy nie ustały, choć przybierały one różne formy. W 2000 r. w proces ten zaangażował się osobiście Jan Paweł II, który przyjął na audiencji prywatnej bp. Fellaya, a kardynałowi Dario Castrillon Hoyosowi polecił misję doprowadzenia do porozumienia z wychowankami abp. Lefebvre'a. Wysiłki te zostały w znaczący sposób zintensyfikowane po wyborze kardynała Ratzingera na papieża. Benedykt XVI został z radością i nadzieją powitany przez rzesze katolickich tradycjonalistów. Doszło do spotkania przedstawicieli Bractwa św. Piusa X z papieżem, a na polecenie kardynała Hoyosa lefebryści sformułowali swoje stanowisko: uwolnienie mszy trydenckiej, wycofanie dekretu o ekskomunice, a później podjęcie rozmów o sytuacji Kościoła.

Bukiet duchowy dla papieża
Biskup Fellay tłumaczył wówczas, że jedynym sposobem na osiągnięcie porozumienia jest przejście przez etapy. Nie chciał zaczynać dyskusji od sytuacji kanonicznej Bractwa św. Piusa X. Dlaczego? "Ponieważ nie buduje się przęseł mostu przed postawieniem filarów. Jeśli spróbuje się położyć od razu przęsła, wszystko się wali" - tłumaczył. Najwyraźniej Benedykt XVI uznał to za rozsądne rozwiązanie. Najpierw, w lipcu 2007 r., papież ogłosił motu proprio Summorum Pontificum, które bez ograniczeń zezwala każdemu księdzu na odprawianie mszy trydenckiej (wcześniej wymagana była zgoda biskupa). W styczniu 2009 r. Benedykt XVI polecił natomiast Kongregacji ds. Biskupów ogłoszenie dekretu o "zwolnieniu" z kary ekskomuniki biskupów wyświęconych w 1988 r. Obie decyzje wymagały od papieża wielkiej odwagi, gdyż tradycjonaliści mają wpływowych przeciwników również w samym Kościele. Kiedy Benedykt XVI ogłaszał Summorum Pontificum, miał podobno wyznać: "W całym swoim życiu nie cierpiałem tak bardzo, jak za przyczyną motu proprio. Sumienie kazało mi to zrobić". Zapewne dlatego Bractwo św. Piusa X i cały ruch katolickiej tradycji na świecie otoczył papieża modlitwą i duchowym wsparciem. Kardynał Hoyos, a później sam Benedykt XVI mieli być pod ogromnym wrażeniem, kiedy bp Fellay przywiózł do Rzymu dokumentację świadczącą o odmówieniu przez wiernych miliona siedmiuset trzech tysięcy różańców w intencji zniesienia ekskomuniki. Ten duchowy bukiet ofiarowany papieżowi podobno ostatecznie zaważył na decyzji Benedykta XVI.

Co dalej?
Niewątpliwie wydarzenia z ostatnich tygodni diametralnie zmieniły sytuację w Kościele. Benedykt XVI dał wyraźny sygnał, w jaki sposób postrzega jedność Kościoła. W postawie papieża łatwo dostrzec powrót do zdefiniowanej przez jego poprzedników nieomylnej nauki o jednym, niepodzielnym i widzialnym Kościele, którego zewnętrzna jedność wyraża się w wyznawaniu tej samej wiary, tych samych sakramentach, uczestnictwie w tej samej ofierze mszy św. oraz zachowaniu tych samych praw. O tym zapewne papież i kuria rzymska będą rozmawiali z biskupami Bractwa św. Piusa X, co już zostało zasygnalizowane w dekrecie z 21 stycznia 2009 r. Mówi też o tym oficjalny komunikat Bractwa św. Piusa X: "W konsekwencji pragniemy rozpocząć owe rozmowy - które dekret uznaje za niezbędne - dotyczące głoszonych dziś nauk sprzecznych z Magisterium wszystkich wieków. Nie możemy nie dostrzegać bezprecedensowego kryzysu wstrząsającego dziś Kościołem: kryzysu powołań, kryzysu praktyk religijnych, katechizacji, przyjmowania sakramentów... Przed wielu już laty Paweł VI mówił nawet o "dymie szatana, który wdarł się przez jakąś szczelinę do świątyni Boga", a także o "samozniszczeniu Kościoła". Jan Paweł II nie zawahał się stwierdzić, że katolicyzm w Europie znajduje się w stanie jak gdyby "milczącej apostazji". Miejmy nadzieję, że procesowi temu nie przeszkodzą ani nieodpowiedzialne i szkodliwe wypowiedzi bp. Richarda Williamsona na temat Holokaustu, które na szczęście zostały potępione w samym Bractwie św. Piusa X, ani też hałaśliwe pokrzykiwania "otwartych katolików" i polityków na Benedykta XVI.

Sławomir Cenckiewicz, historyk, jest od lat związany z duszpasterstwem Bractwa św. Piusa X

Powrót


ROZWAŻANIE NA ŚRODĘ POPIELCOWĄ


(która w tym roku przypada w dniu 25 lutego)
"Pamiętaj człowiecze, żeś jest prochem i w proch się obrócisz" (Liturgia)

Posypywanie głowy popiołem:
I. - przypomina nam próżność świata. Kościół święty zaprowadził na początek postu bardzo wymowny obrzęd posypywania głowy wiernych popiołem. Czyni to w tym celu, aby przypomnieć dzieciom swoim marność świata, wezwać je do prawdziwej pokuty. Pamiętaj więc człowiecze, powiada do nas Kościół, że jesteś prochem, bo i sam i wszystko co ziemskie przemija jak proch. Jak proch walający się po drodze jest czymś bez wartości, tak bez wartości są w porównaniu do rzeczy niebieskich rzeczy ziemskie. A zatem serce ludzkie stworzone dla nieba nie powinno się do nich przywiązywać. Proch jest niestały, wzbija się i bywa porywany przez wiatr w rozmaite kierunki; tak też i rzeczy doczesne nie mają żadnej trwałości, zmieniają łatwo właścicieli, niszczą się i kończą prędzej, niż się ludzie spodziewają. Nietrwałość wszystkich rzeczy doczesnych dostrzegali już pogańscy filozofowie, choć jeszcze nie byli tak jak my oświeceni co do rzeczy wiecznych. A jednak wiedzeni zdrowym rozsądkiem i rozumem wyrzekali się ich niekiedy całkowicie. O ileż więcej powinni to czynić chrześcijanie w duchu oderwania i wiary w życie przyszłe. O ileż bardziej winny się strzec wszelkiego przywiązania do dóbr doczesnych osoby zakonne. Czymże są drogie perły, czymże jest złoto, czymże są najwyszukańsze przyjemności wszystkiej ziemi, czymże jest chwała ludzka, piękność, potęga i władza, wobec najmniejszego stopnia szczęścia w niebie? Zaiste, garścią prochu, który za chwilę wiatr rozwieje.

II. - wzywa nas do pokuty. Ceremonia posypywania głowy popiołem jest także wymownym wezwaniem nas do prawdziwej pokuty. Szczypta prochu mówi nam, ile z nas pozostanie w grobie. Popielec otwiera okres pokuty w roku kościelnym. Pokuta w Wielkim Poście jest doskonałym sposobem wczuwania się w mękę Chrystusa i przeżywania w sobie tajemnicy Odkupienia. Owoce dzieła Chrystusa przyswajamy sobie przede wszystkim przez zerwanie z grzechem. W dawnych czasach ci, którzy nawracali się z drogi grzechu, zwykli sobie posypywać głowy popiołem na znak wewnętrznej przemiany, skruchy i pokutnego usposobienia. Ale pokutować muszą nie tylko ci, którzy grzeszyli, ale także i ci, którzy pragną uchronić się przed grzechem. Miłość, która się wzdryga przed umartwieniem i pokutą, powinna być uważana za podejrzaną. Wielu ludzi nie poczuwa się wcale do pokuty, tłumacząc się tym, że sumienie nie wyrzuca im grzechów ciężkich, albo że i tak wiele w życiu się nacierpią. Osoby tak rozumiejące wykazują wielką krótkowzroczność. Nie dostrzegają tysiącznych błędów, niedoskonałości i wielu grzechów powszednich, jakich codziennie się dopuszczają, a za które również muszą odpokutować. O gdybyż przynajmniej doskonale znosili codziennie swoje cierpienia. Niestety większość ludzi nie cierpi dobrowolnie, pozbawiając swoje cierpienie wartości wynagradzającej. Jeśli nie zechcemy pokutować dobrowolnie tutaj na ziemi, będziemy zmuszeni odbyć po śmierci surowszą a może i dłuższą pokutę w czyśćcu. A więc przejmijmy się duchem doskonałej pokuty. Liturgia Wielkiego Postu, która jest doskonałym mistrzem ascezy i pokuty, podaje nam zwięzły program pokuty, który nie wymaga biczowań ale niemniej jest skuteczny: "Oszczędniej używajmy słów, pokarmów i napojów; miarkujmy sen i swawolę, w większym trwajmy czuwaniu".

Modlitwa: O najmilszy Jezu, jak nierozsądnie postępowałem, że tak często szukałem zadowolenia w marnych uciechach a unikałem wszystkiego tego, co mogłem użyć jako narzędzia pokuty. Cóż zyskałem przez swoje radości i uciechy? Nic! Co straciłem przez unikanie umartwienia i pokuty? Jeden większy stopień chwały w niebie, jaką mogłem się cieszyć przez całą wieczność. Natchnij mnie przeto zamiłowaniem i odwagą do praktyk pokutnego życia. Amen.


(z dzieła o. Jerzego od św. Józefa, karmelity bosego pt. Chleb powszedni, wydanego przez Wyd. OO. Karmelitów Bosych w Krakowie, w 1959 r.)

Powrót


SŁOWO DUSZPASTERZA


Drodzy Wierni! Nawrócenie jest pierwszym etapem na drodze rozwoju życia duchowego. Musimy być świadomi, że postawienie tego kroku jest to bardzo wielką łaską, którą Bóg nam daje i która wymaga od nas określonej odpowiedzi. Praktycznie zawsze widać u nowo nawróconych, że otrzymują od Pana Boga wiele duchowych zachęt, które święci porównują z duchowymi cukierkami. Droga do nieba jest niezmierna trudna i długa, to też na początku Pan Bóg rozpieszcza nieco swe dziecko, karmi je i łagodnie przygotowuje do życiowej walki duchowej, choć nawrócony ze złej drogi człowiek jeszcze wcale nie pozbył się dawnych przyzwyczajeń i nałogów. Jednak w tych pierwszych chwilach po nawróceniu wady są jakby uśpione, skryte za zasłoną słodyczy nawrócenia. Nawrócony żyje pod silnym wrażeniem odkrycia piękna nowego duchowego świata, który go fascynuje i skupia na sobie uwagę. Nie znaczy to jednak, że stary duchowy świat legł w gruzach. Oddalił się tylko na dalszy plan. Na etapie nawrócenia wszystkie wyrazy nowego duchowego życia przychodzą łatwo i przynoszą radość, jeśli nie wręcz duchową rozkosz. Życie modlitewne jest przepełnione gorliwością, a wady wydają się raz na zawsze pokonane przez cnoty. Stare brudy są jakby pokryte pięknym welonem Bożych pocałunków i darów. Dosyć szybko po tych pierwszych miłych doświadczeniach na drodze do świętości, trzeba stanąć przed przeszkodą. "Stary człowiek" odzywa się w duszy nawróconego gromkim głosem. Bezpardonowo przypomina o swoim istnieniu. Wychodzi z cienia i domaga się poszanowania swych przyzwyczajeń i nawyków. Gdyby to żądanie zostało spełnione, to cała łaska nawrócenia musiałaby zwiędnąć niczym zalana chemikaliami piękna roślina. Nawrócony stoi przed wyborem: albo wrócę do brudu dawnego życia, albo podejmę pełną wysiłku i trudu walkę o oczyszczenie. Tylko wówczas nawrócenie jest owocne jeśli następuje po nim etap oczyszczenia. Jest to drugi wielki okres tzw. życia ascetycznego. Pan Bóg na tym etapie wycofuje uczuciowe zachęty, duchowe cukierki, ale bynajmniej nie wycofuje swoich łask, które jednak nie są tak wyraźnie odczuwalne, jak na etapie nawrócenia. Teraz zostajemy pozornie sami, pozornie bowiem Pan Bóg jest niezmiennie blisko, tyle że nie czujemy tego. Następuje wielka walka, podczas której powoli, żmudnie resztki "starego człowieka grzechu" są w trudzie i duchowym znoju usuwane, tak aby "nowy człowiek, odrodzony w Chrystusie" zajął całe miejsce w duszy. W tym okresie oczyszczenia bardzo głęboko przeżywa chrześcijanin głęboki rozdźwięk między "ciałem a duchem", między światowymi przywiązaniami a przylgnięciem do Chrystusa. Trzeba być świadomy, że stare nawyki bardzo trudno wykorzenić, a nowe sprawności nabywa się tylko wytrwałym wysiłkiem długich, niekiedy nawet lat. W tym okresie oczyszczenia modlitwa już nie sprawia radości, a praktyki pobożności przychodzą z trudem. Wytrwanie przy Chrystusie w negacji światowych przywiązań i ponęt jest bolesne i trudne. Tak jak brudnej odzieży nie da się wyprać bez zgniecenia i zanurzenia w wodzie, tak też i duchowości nie da się oczyścić bez zgniecenia starych skłonności i zanurzenia w wyrzeczeniu się ich. To jest trudne, ale innej drogi do świętości nie ma. Co roku Kościół święty pomaga nam, abyśmy nie wahali się wstępować na tę drogę oczyszczenia. Wspaniałą okazją ku temu jest cały okres Wielkiego Postu. Dlatego proponuję Wam, abyście przyjęli na najbliższe dwa miesiące następujące hasło: oczyszczenie duchowe! Pamiętajmy, że jest to przede wszystkim dzieło łaski, a łaski otrzymujemy przez modlitwę. Istotnym warunkiem oczyszczenia jest "odwrócenie od świata i zwrócenie się do Boga" - "aversio a mundo, conversio ad Deum". Samo oczyszczenie polega na trudzie wytrwania w tej postawie "odwrócenia się od świata i zwróceni się ku Bogu". Jest to podwójny wysiłek: jeśli człowiek spożywał długi czas truciznę, to musi się z tego wycofać, ale opustoszałe miejsce w duszy trzeba wypełnić Bogiem, w miejscu wady należy umieścić cnotę. Trzeba się np. uwolnić się od gier komputerowych, telewizji i internetu ale zdobyty w ten sposób wolny czas należy wypełnić Panem Bogiem i Niepokalaną, duchową lekturą, modlitwą i czynami miłosierdzia. Inaczej w miejsce jednej wady przychodzi jakaś inna, z całą pewności jeszcze bardziej niebezpieczna. Należy też pamiętać, że nie sposób od razu walczyć z wszystkimi wadami na raz. Musimy w życiu duchowym (nie tylko w duchowym, ale przede wszystkim w duchowym!) być realistami. Trzeba zaczynać walkę wybrawszy jednego przeciwnika, a powinna nim być nasza główna wada - to co stanowi najbardziej uciążliwą przeszkodę na naszej drodze do Pana Boga. Wszyscy wodzowie w historii zmagań wojennych starali się nie atakować na raz całych sił przeciwnika, lecz dążyli do ich rozczłonkowania i do odnoszenia kolejnych zwycięstw nad poszczególnymi częściami. Podobna strategia winna być zastosowana i w naszych duchowych walkach. Na każdym etapie tych walk proszę aktami strzelistymi wołać do nieba o łaskę i pomoc: "Oczyść mnie, Panie!" albo "Jeśli chcesz, możesz mnie uzdrowić!". Jeśli wytrwale i z wielką ufnością tak będziemy postępować, to owoce na pewno będą obfite, a czas Wielkiego Postu stanie się milowym krokiem na drodze oczyszczenia. Pamiętajmy w lutym o przykładzie jaki nam dała Matka Boża. W dniu 2 lutego obchodzimy święto Oczyszczenia Najświętszej Maryi Panny. Ona, Niepokalana poddała się obrzędowi oczyszczenia. Dziwimy się temu, tak jak św. Jan Chrzciciel dziwił się widząc Chrystusa Pana proszącego go o chrzest w Jordanie. Ani Pan Jezus nie potrzebował chrztu z rąk św. Jana, ani Maryja nie potrzebowała obrzędów oczyszczenia, ale oboje chcieli wypełnić wolę Boga Ojca. Otóż jeśli Maryja, która była, jest i pozostanie na wieczność całą Niepokalanym Poczęciem, poddała się obrzędowi oczyszczenia, to tym bardziej winniśmy wkroczyć na drogę oczyszczenia duszy my, skalani grzechem! A więc, odwagi!


Błogosławię Wam na wielkopostnej drodze ku szczytom katolickich ideałów!
Wasz duszpasterz, ks. Karol Stehlin

Powrót


Dzieło arcybiskupa Marcela Lefebvre`a, nie przeszło bez echa, nie wypaliło się, jak pragnęli tego wrogowie Świętej Wiary. Depozyt Tradycji został wielokrotnie pomnożony.



Pamiętam czerwcowe dni 1992 roku, kiedy miałem tę przyjemność uczestnictwa w Pielgrzymce Tradycji Katolickiej na trasie Chartres - Paris. Było to moje pierwsze, osobiste spotkanie z Kościołem wolnym od modernizmu i soborowych wypaczeń. Na francuskich ścieżkach naszej trzydniowej wędrówki, poznałem istotę właściwej jedności chrześcijańskiej. Coś, czego nie można było porównać z atmosferą religijną naszego Kraju, mimo tak spektakularnej i powszechnej religijności oraz całokształtu tegoż folkloru. To tak, jakby porównać zderzenie świata zatartych drogowskazów, z rzeczywistością średniowiecznej mistyki, tak niezwykłej, fascynującej, wzbudzającej u ludzi szacunek.
Jako osoba, która nie miała wcześniejszej możliwości uczestnictwa w mszach rytu trydenckiego, było to niezwykłe przeżycie, które rzuciło blask prawdy, wytyczając dalszą drogę mojej Wiary. Dla przybyszy z piastowskiego kraju wiele mogłoby dziwić w państwie, które nosi miano "najstarszej Córy Kościoła". Chociażby to, że owe kościoły podczas nabożeństw niedzielnych najczęściej są puste. W życiu religijnym, Francja posunęła się do stanu mody na bezbożność, a szacunek do miejsc kultu religijnego, ogranicza się jedynie do podziwu architektury sakralnej. W takim kraju, Kościół Katolicki, wierny swojej misji i nauce, zapełniał jedną paryską świątynię St. Nicolas du Chardonnet, wywalczoną przez wiernych dla sprawowania Mszy Trydenckiej.


W państwie, które głośno krzyczy o prawach człowieka i o równości społecznej, katolicy są traktowani jak obywatele drugiej kategorii. Manifestacja takiej religijności we Francji niesie w sobie ryzyko drwin, szyderstw, obelg, różnego rodzaju nacisków ze strony "oświeconego" bractwa. Mowa oczywiście o katolicyzmie tradycyjnym, bowiem tylko taki w osobie kapłanów bywa widzialny. Księża z kręgu novus ordo już dawno tam porzucili swoje sutanny, aby z różnych powodów nie dawać przykładów nietolerancji (!!!). Tak, więc jedynie kapłani katolickiej Tradycji bywają rozpoznawalni na paryskich ulicach i to oni doświadczają dobrodziejstw demokracji. Paradoksalnie, to najwięcej przykrości oraz utrudnień katolikom tradycyjnym, nie sprawiła masońska V republika, ale moderniści, którzy starali się za wszelką cenę udusić w zarodku to, co zostało konsekrowane przez Piusa V "po wsze czasy". To dlatego, wszystkie świątynie katolickie, chociaż ziejące pustką, były zamknięte dla wiernych tradycji, którzy tysiącami przybywali na pielgrzymkę Chartres- Paris. Msza św., zamiast w katedrze, została odprawiona na polach przed świątynią, podobnie jak Msza, która kończyła nasze trzydniowe pielgrzymowanie- u stóp bazyliki Sacre- Coeur, na wzgórzu Montmartre. Wędrując drogami zielonych pól galijskich, czuliśmy wyraźnie, ze to my jesteśmy tym kościołem katolickim, który niesie Prawdę. Ten Kościół łaciński, pojawiał się na ulicach stolicy Francji w pielgrzymowaniu i głoszeniu tego, co było domeną kapłanów i wyznawców przed Soborem Watykańskim II, a wcześniej stanowiło atak wszelakich lóż oraz antykatolickiej synarchii. Tradycja Katolicka, której kulminacją było wyświęcenie przez abpa M. Lefebvre`a, czterech biskupów, dnia 30 czerwca 1988 roku, otworzyła oczy zarówno katolikom, jak i przeciwnikom Kościoła. Ci pierwsi, zagubieni, ale wierni tradycji, dostali to, na co czekali od wielu lat. Uzyskali możliwość uczestnictwa w Kościele wszechczasów, bez fałszywie pojętego ekumenizmu, wypaczania magisterium oraz protestantyzacji liturgii i rytów. Wszyscy poszukujący Wiary, chcący ja rozumieć i przeżywać w taki sposób, w jaki robili to chrześcijanie od czasów Soboru Trydenckiego, uzyskali taką możliwość. Dzięki Bractwu św. Piusa X, Tradycja katolicka przetrwała - dała początek odrodzeniu duchowemu wielu ludziom na świecie.


Wrogowie Kościoła Rzymskiego, stale widzą w Tradycji zagrożenie dla modernistycznej i synkretycznej wizji świata. Świata, dla którego kościół posoborowy jest w stanie odrzucić ortodoksję katolicką w imię ekumenizmu. Jan XXIII, Paweł VI i Jan Paweł II pielęgnowali takiemu obrazowi chrześcijaństwa, w którym Kościół rezygnował systematycznie ze swojego oręża. Jednostronnie ulegał przeobrażeniu w kierunku instytucji humanistycznej, oczywiście nie całkowicie, ale w sposób niezwykle zauważalny. Niektórzy z obserwatorów trafnie oceniali spotkania ekumeniczne mianem "kotła wyznań", z którego poza wrzeniem nic nie wynika. Ale moderniści osiągali przy tym to, co Święci Kościoła przez wieki całe potępiali i przed czym napominali papieży, kapłanów i wiernych. Przeszło dwadzieścia jeden lat po tzw. "schizmie", jak ten stan wyższej konieczności nazywali moderniści, ojciec święty Benedykt XVI, dnia 21 stycznia 2009 roku zdjął owa ekskomunikę, przywracając całemu Bractwu Świętego Piusa X pełnię praw kanonicznych, choć do całkowitej regulacji jego statusu, zapewne jeszcze długa droga. Pamiętam jeszcze te czasy, kiedy Bractwo było traktowane przez niektórych kapłanów gorzej niż protestanckie sekty. Prawda zwyciężyła; po tylu latach nadziei, trwania w Wierze, po latach wytężonej pracy codziennej ofiarnych kapłanów, dla których słowa Jezusa Chrystusa były rozumiane jednoznacznie. Pracę, która wykonało Bractwo Kapłańskie Św. Piusa X, to olbrzymie dzieło ocalenia Kościoła, głoszenie wiernym właściwej nauki, wolnej od błędów, wolnej od herezji, a przede wszystkim stała obecność szczególnie tam, gdzie istnieje potrzeba ocalenia depozytu Wiary. Nie można nie zauważać tego wszystkiego, czego dokonało Bractwo przez przeszło dwadzieścia lat ad majorem Dei gloriam. Może właśnie dlatego katolicy i kapłani dostrzegli w tym ostatnią deskę ratunku dla całego Kościoła, ratunku, który rozpoczyna się powrotem na drogę wierności magisterium. Może wreszcie zauważono, iż Kościół Rzymski nie jest od prowadzenia dialogu, ale przede wszystkim od głoszenia prawdziwej nauki, od nawracania; a chwały nie przynoszą mu jakiekolwiek reformy czy ekumenizm, a jedynie powiększające się zastępy świętych, wyznawców czy męczenników? Oceniając pontyfikat Jana Pawła II, jako jego rodacy, odnosimy wrażenie, ze był to przede wszystkim "nasz" papież, a nie papież Kościoła.
Bardzo subiektywne były nasze wrażenia, zawężające się raczej do relacji Polska-Watykan. Osobiście przekonałem się, że sam fakt posiadania Papieża-Polaka na Stolicy Apostolskiej, narzuca nam zbyt płytką oraz jednostronną ocenę jego pracy dla całego Kościoła na świecie. Widzieliśmy w nim, słusznie zresztą, największego Polaka, nie tylko XX wieku. Ale czy takie postrzeganie Karola Wojtyły, mogło nas zwolnić od krytycznej oceny jego pontyfikatu, jako głowy całego Kościoła? Benedykt XVI, dekretem z dnia 21 stycznia b.r., usunął kość niezgody, której autorem był jego poprzednik. Jednak mówienie o przezwyciężeniu kryzysu w Kościele, to ciągle zbyt daleko idące słowa. Przeciwnicy Tradycji, to przecież nie tylko wrogowie chrześcijaństwa, ale i niektórzy kapłani katoliccy, teologowie, dla których synkretyzm oraz wizja powszechnego braterstwa wyznań, zaciemniła i rozmyła istotę ich powołania, oraz charakter pracy apostolskiej. Zwycięstwo Tradycji w życiu Kościoła jest sygnałem, wskazującym właściwy środek zaradczy. Na Msze św., odprawiane w rycie tradycyjnym przychodzi coraz więcej wiernych. Nie są to jedynie osoby starsze, pamiętające czasy przedsoborowe, ale uczestniczą młodzi ludzie w wielu przypadkach wraz ze swoimi rodzinami i potrafią znakomicie odnaleźć w tym wszystkim swoją wewnętrzną drogę do sacrum. Dzieło arcybiskupa Marcela Lefebvre`a, nie przeszło bez echa, nie wypaliło się, jak pragnęli tego wrogowie Świętej Wiary. Depozyt Tradycji został wielokrotnie pomnożony. Kościół wojujący - Kościół krucjat i świętych, Kościół wyznawców, mistyków i patriarchów, Kościół męczenników oraz ascetów; Święty Kościół Rzymski nie uległ herezji ekumenizmu, nie utonął w morzu modernistycznej poprawności oraz błędów. Chociaż nawet niektórzy ludzie prawicy narodowej potrafili odnosić się krytycznie do decyzji abpa Lefebvre`a, to Prawda i tak zwyciężyła! Drogą wiary i nadziei podążaliśmy wtedy nie tylko z Chartres do Paryża, ale z mroków świata ku światłości Nieba...


Deo gratias, Monseigneur!


Tomasz J. Kostyła

źródło artykułu

Powrót


Ks. Jan Jenkins FSSPX


Zgodnie z Tradycją, w uroczystość Objawienia Pańskiego świętujemy trzy tajemnice, trzy tajemnice Zbawiciela objawiającego samego siebie światu: Objawienie Chrystusa jako Króla Królów poprzez przyjęcie darów od trzech Mędrców; objawienie Zbawiciela jako Syna Bożego poprzez słowa Ojca słyszane w dzień przyjęcia przez Chrystusa chrztu z rąk świętego Jana Chrzciciela; i na koniec objawienie Bóstwa Pana Jezusa poprzez zdziałanie przez Niego pierwszego cudu, cudu w Kanie.
Pierwszy cud Pana Jezusa dokonany został podczas wesela, Chrystus ustanowił w ten sposób sakrament małżeństwa, a w konsekwencji również instytucję chrześcijańskiej rodziny. Rodzina chrześcijańska ma za swój wzór rodzinę samego Zbawiciela, czyli Świętą Rodzinę. Fakt, że Chrystus Pan żył ze swą rodziną przez trzydzieści lat i że pierwszy zdziałany przez Niego cud dokonany został w celu ustanowienia sakramentu małżeństwa pokazuje wyraźnie, jak bliskie Jego najświętszemu Sercu jest życie rodziny. W dniu waszego ślubu, drodzy mężowie i żony, staliście się - jak mówi św. Paweł - częścią wielkiej tajemnicy. Poprzez znamię waszego chrztu staliście się członkami Mistycznego Ciała Chrystusa, a zawierając małżeństwo oddajecie sobie wzajemnie władzę nad własnym ciałem w taki sposób że stajecie się, wedle słów samego Zbawiciela, jednym ciałem, jedną rodziną, jednym domem. Nie jesteście już dwoma, ale jednym ciałem. Jesteście więc zjednoczeni aż do śmierci ciała więzami łączącymi was na sposób podobny do więzów jednoczących Chrystusa z Jego Kościołem. Jesteście zjednoczeni w ciele, aby powoływać na świat nowe dusze przeznaczone do życia wiecznego. Wiecie z całą pewnością, że Zbawiciel zjednoczył się ze swym Kościołem w Wielki Piątek, kiedy ofiarował się na Krzyżu za nasze grzechy. Tak jak Ewa narodziła się z boku Adama, kiedy ten spał, tak Kościół wypłynął z boku Chrystusa Pana, kiedy oddał on ducha na Krzyżu a bok Jego przebity został włócznią. Tak więc miłość wzajemna, jaką macie ku sobie, musi być podobna do tej miłości, którą okazał wam Zbawiciel, składając samego siebie w ofierze krzyżowej. Również chrześcijańska rodzina, będąca owocem sakramentu małżeństwa, musi rozumieć znaczenie ofiary i nieustannie ją praktykować. Tego dnia, w którym Zbawiciel złożył w ofierze samego siebie, u stóp Krzyża stała Jego Matka, którą w dniu tym uczynił On również naszą Matką. W Ewangelii widzimy, jak wielką rolę odegrała Ona w opisywanym wydarzeniu - w istocie to dzięki Jej ufnej prośbie i Jej wierze Chrystus Pan zdziałał swój pierwszy cud. Tak więc Matka Boża zajmuje w chrześcijańskim małżeństwie miejsce centralne, można nawet powiedzieć, że wszystkie obchodzone przez nas Jej tajemnice mają pewien związek z łaskami, jakie otrzymaliście w dniu zawarcia przez was małżeństwa. Łaski, jakie otrzymaliście tego dnia były nadzwyczaj obfite, jednak teologowie za przykładem św. Augustyna wyróżniają trzy główne: fides, czyli łaskę wierności; proles, czyli łaskę powoływania na ten świat potomstwa, oraz sacramentum, czyli łaskę właściwą sakramentowi małżeństwa. Owe trzy łaski streszczają w sobie godność i cel sakramentu małżeństwa. Również trzy tajemnice Matki Bożej wyrażają Jej wzniosłą godność: tajemnica Jej Niepokalanego Poczęcia, tajemnica Jej Boskiego Macierzyństwa, oraz tajemnica Jej Wniebowzięcia. To Ona była narzędziem, którym posłużył się Zbawiciel dokonując cudu, przez który ustanowił sakrament małżeństwa, to Ona stała u stóp Krzyża, gdzie Jej macierzyńskiej opiece powierzony został cały Kościół. Istnieje więc głęboki związek pomiędzy tymi tajemnicami Matki Bożej oraz łaską sakramentu małżeństwa. W Uroczystość Świętej Rodziny, będącą również pamiątką ustanowienia tego sakramentu, powinniśmy więc rozważać te trzy tajemnice i głęboki wpływ, jaki powinny mieć one na życie waszych rodzin. Po pierwsze dogmat wiary mówi nam, że Matka Boża poczęta została bez grzechu pierworodnego. Została zachowana od wszelkiego grzechu od samego początku swego istnienia, dzięki łasce i zasługom Chrystusa Pana. Pan Jezus, Druga Osoba Trójcy Przenajświętszej, nie mógłby mieć żadnej styczności z grzechem. Od chwili swego poczęcia Najświętsza Maryja Panna była czysta i nieskalana, była tabernakulum godnym przyjęcia Wcielonego Słowa. Jej fiat nie byłoby możliwe bez tej łaski - była to w istocie łaska niezbędna dla Wcielenia i zarazem zapewniająca Jej wierność powołaniu na Matkę Boga. Myślcie więc o Matce Bożej często, kiedy przeżywacie ten pierwszy, drogocenny dar wierności. Wierność jest niezbędnym fundamentem, na którym musi być budowana rodzina. Oddajecie swe ciało jednej tylko osobie. Podobnie jak Niepokalane Poczęcie uczyniło Maryję godną przyjęcia Księcia Pokoju, tak również wzajemna wierność zapewnia pokój i trwałość w rodzinie. Niech Bóg broni, by nieczystość, albo co gorsza niewierność, wkroczyła do sanktuarium waszego domu, wnosząc podejrzenia, brak zaufania oraz kłótnie, które są trudne jeśli wręcz nie niemożliwe do zagaszenia. Tak więc, drodzy małżonkowie, praktykujcie cnotę czystości, naśladując w ten sposób Matkę Najświętszą. Kultywujcie w waszym małżeństwie prawdziwe pragnienie czystości, nie używając prawa jakie macie nad sobą nawzajem dla zaspakajania swych kaprysów, ale czyńcie z siebie dar dla drugiej strony. Bóg wie, że ludzka natura jest głęboko zraniona przez grzech pierworodny, a ponieważ przekazywany jest on poprzez zrodzenie, akt ten bardziej niż inne wykorzystywany jest przez diabła do wyrządzania szkód rodzajowi ludzkiemu. To wierność sakramentowi małżeństwa stanowi fundament wszelkiej cywilizacji i na wiele sposobów wierność ta jest kamieniem probierczym, przez który osądzać możemy społeczeństwo, czy jest ono cywilizowane, czy też pogańskie. Przestrzeganie praw, szacunek dla władzy, uczciwość w stosunkach z innymi są owocami tej właśnie cnoty wierności swojemu słowu. Małżeństwo jest zasadniczo kontraktem, umową pomiędzy dwoma osobami, która ma za swój cel kontynuację rodzaju ludzkiego. Dlatego właśnie jest to najważniejszy i najbardziej fundamentalny kontrakt spajający społeczeństwo, bez wierności temu kontraktowi załamie się ono po prostu pod ciężarem grzechu pierworodnego. Kryzys ekonomiczny dotykający dziś świat ma za swój początek i przyczynę niewierność małżeńską, pogardę dla cnoty czystości oraz zniszczenie świętości rodziny. Jeśli ktoś nie potrafi być wierny kontraktowi, który jest konieczny dla przetrwania rodzaju ludzkiego, jak można oczekiwać od niego wierności w umowach o znacznie mniejszym znaczeniu? Niewierność w domu prowadzi do niewierności na rynku, niewierności względem swego kraju i zdrady wszystkiego, co ludzkość określa jako cywilizację. Jednak łaska sakramentu małżeństwa będzie zawsze do waszej dyspozycji, drodzy małżonkowie. Bądźcie wierni tej łasce oraz prawu Bożemu dotyczącemu małżeństwa. Przyszłość rodzaju ludzkiego zależy od was. Jeśli pragniecie uczynić coś w tej mrocznej dla ludzkości godzinie, zacznijcie od tego, by dochowywać sobie nawzajem wierności. Sam przykład tej wierności będzie światłem ukazującym światu, że prawdziwa miłość jest możliwa, że uczciwość jest możliwa, że prawda jest możliwa. Tak jak Matka Boża poprzez swe Niepokalane Poczęcie uczyniła możliwym Wcielenie, tak wasza wierność umożliwi powrót do chrześcijańskiego społeczeństwa. Prowadzi nas to do rozważania drugiej tajemnicy Maryi - Jej Boskiego Macierzyństwa. Teologowie uczą nas, że przyczyną godności Maryi jest właśnie Jej Boże Macierzyństwo. Jest ono niejako powodem, dla którego otrzymała Ona wszystkie inne dary natury i łaski, ponieważ przeznaczona była na to, by stać się Matka samego Boga. To Ona dała Zbawicielowi Jego człowieczeństwo, to Ona poczęła Go za sprawą Ducha Świętego, to Ona przeznaczona została, by dać życie Stwórcy Wszechrzeczy. A więc i wy, drodzy małżonkowie, wezwani jesteście do uczestnictwa, choć w sposób znacznie skromniejszy, w chwale Matki Bożej. Poprzez dar płynący z sakramentu małżeństwa współpracujecie w wielkim dziele stworzenia. Jeśli Bóg tego zechce, staniecie się narzędziami powołującymi na ten świat dzieci, będące obrazami Trójcy Przenajświętszej. Bóg powierzy wam nieśmiertelne dusze przeznaczone do tego, by stać się świątyniami Ducha Świętego. Tak więc, drodzy przyjaciele, błagam was w imię Wszechmocnego Boga, byście przyjęli każde dziecko, jakie Pan wam ześle. Każde nowonarodzone dziecko jest darem od dobrego Boga, życiem pełnym obietnicy, życiem przedłużającym waszą wzajemną miłość na przyszłość, na całą wieczność. Spójrzmy, jaką cnotę praktykowała Najświętsza Maryja Panna, przyjmując nowonarodzone Dziecię Jezus: była to cnota ubóstwa. Zbawiciel narodził się w stajence w Betlejem, w stajence, która mówi do was: kochajcie ubóstwo. Wszystkie idiotyczne publikacje promujące sterylizację czy planowanie rodziny są wynikiem umiłowania pieniądza oraz egoizmu, tak jakby dzieci były czymś w rodzaju transakcji finansowej, a ich szczęście zależało jedynie od tego, ile macie pieniędzy. Nic bardziej błędnego. Dziecko jest darem Boga, darem, który jest świadomy swej wartości bardziej, niż wam się wydaje. Dziecko potrafi dostrzec bardzo szybko, że jego rodzice przywiązują większe znaczenie do jego materialnego sukcesu, niż do postępu w cnocie. To pokolenie rodziców, uważających pieniądze za ważniejsze od czegokolwiek innego pogardzane będzie przez swe własne dzieci i będzie to sprawiedliwą karą Bożą. Rodzice, którzy uważają, że mogą sami regulować ilość darów otrzymywanych od Boga, skończą w domach starców, nieszczęśliwi i rozczarowani. Ich dzieci, przyzwyczajane do przenoszenia wartości materialnych nad miłość, same doprowadzą do ich eutanazji, aby tylko zaoszczędzić nieco pieniędzy. Tak więc, drodzy przyjaciele, niech miłość jaką macie do swych dzieci odrywa was od rzeczy materialnych. Szczęścia nie można kupić, można je osiągnąć jedynie przestrzegając prawo Boże, poprzez miłość, która jest szlachetna i hojna, poprzez prawdziwą realizację powołania, do którego jesteście wezwani. Pamiętajcie zawsze wezwanie skierowane do was podczas Mszy: Sursum corda: W górę serca! Wnoście serca do tych rzeczy niebieskich, które jako jedyne mogą uczynić was szczęśliwymi. Doprowadza nas to do ostatniej z tajemnic Matki Bożej: do Jej chwalebnego Wniebowzięcia. Wiara uczy nas, że pod koniec swego ziemskiego życia, Najświętsza Maryja Panna została wzięta do nieba, z duszą i ciałem. Ponieważ współpracowała ze swym Boskim Synem w Jego Męce, właściwe było, by otrzymała wysłużoną nagrodę. Tak więc Jej fiat przeobraziło się w Magnificat. Ta tajemnica Matki Bożej wiąże się z łaską właściwą dla sakramentu małżeństwa. Sakramenty udzielają nam życia nadprzyrodzonego, będącego początkiem życia wiecznego. Sakramenty, które otrzymujemy dla naszego uświęcenia kierują nasze ciała i dusze ku ich wiecznemu przeznaczeniu. Każdy z sakramentów daje nam łaskę konieczną do życia zgodnego z prawem Bożym, zwłaszcza w tym co dotyczy celu konkretnego sakramentu. Sakrament małżeństwa daje małżonkom łaskę życia odpowiadającego ich powołaniu, jako męża i żony. Mąż otrzymuje łaskę konieczną do narzucania prawa Bożego rodzinie, siłę do kierowania nią oraz zapewniania żonie oraz dzieciom bezpieczeństwa. Podobnie żona otrzymuje specjalną łaskę, odpowiednią dla prawdziwego serca rodziny, promieniującego życiem i miłością na swego męża i dzieci. Tak więc, drodzy małżonkowie, niech każdy odpowiada we właściwy sposób na tę łaskę, która udzielana jest wam w sakramencie małżeństwa. Mąż musi traktować swą rolę poważnie i nie bać się wykonywać swej władzy, nie może przerzucać tego obowiązku na innych. Poniesie on pełną odpowiedzialność za swą rodzinę, zwłaszcza w tym co dotyczy wychowania dzieci. Każde dziecko otrzymuje nazwisko swego ojca i to nie bez powodu. Wszystkie dzieci uczą się odmawiać Ojcze nasz, a swe wyobrażenie o Ojcu niebie kształtują w oparciu o doświadczenia ze swym doczesnym ojcem. Wiele tragedii życiowych jest właśnie skutkiem zaniedbań ze strony ojców. Tak więc drodzy ojcowie, bądźcie mężczyznami! Wasze żony pragną być poślubione mężczyźnie, a nie innej kobiecie. Nie obawiajcie się egzekwowania swej władzy. Nie mylcie delegowania z abdykowaniem, istnieje między nimi wielka różnica. Mąż musi zasięgać rady swej żony, aby mieć z jej strony wsparcie, do którego ma prawo, nie oznacza to jednak, że może zaniedbywać swoje obowiązki. Tak więc drodzy mężowie, proście w ten dzień, w uroczystość Świętej Rodziny o siłę konieczną do wypełniania waszych obowiązków, o odwagę pozwalającą na przezwyciężenie wszelkich trudności, zwłaszcza w tym co dotyczy waszej roli jako mężów. Ofiarujcie samych siebie waszym rodzinom, gdyż ich szczęście uzależnione jest właśnie od waszych ofiar i pracowitości. Powołanie żony różni się bardzo od powołania męża i w pewnych aspektach jest ono nawet wznioślejsze. Tak jak pierwsza kobieta otrzymała swe życie z mężczyzny, tak też żona powołana jest do dawania życia innym. Jest ona centrum ogniska domowego, sercem pompującym krew i budującym samą tkankę organizmu rodziny. Poprzez nieustanną opiekę, głęboką wrażliwość oraz wyrzeczenia daje ona rodzinie życie, to w niej każdy jej członek odnaleźć może odwagę i siłę do pracy nad sobą. Kiedy mąż wraca zmęczony z pracy, widzi z daleka dom i mówi sam do siebie: ona tam jest, ona, centrum mojego życia, kość z moich kości. Sama jej obecność wystarcza, by natchnąć go odwagą do wkroczenia w kolejny dzień trudu i pracy. Jednak owa wzniosła godność żony jest przede wszystkim owocem jej posłuszeństwa. Drogie żony, musicie być posłuszne waszym mężom, to oni są głowami waszych rodzin. Nie niszczcie całego dobra, jakie wyświadczacie waszym rodzinom idąc za poduszczeniem diabła, tak jak uczyniła to Ewa. Jak bardzo przygnębiający jest widok żony, która nie zrozumiała jeszcze wartości uległości i konieczności posłuszeństwa ze względu na wspólne dobro. Niemal wszystkie współczesne zaburzenia mają swój początek w rodzinie, która nie znała przykładu posłuszeństwa - podobnie jak wszyscy wielcy ludzie z naszej historii nie byliby wielkimi bez udziału wielkich kobiet. Najświętsza Maryja Panna jest Królową Nieba właśnie dlatego, że była posłuszna woli Boga, a Zbawiciel jest Tym, kim jest dzięki Jej fiat. Tak więc, drodzy wierni, módlmy się dziś w sposób szczególny do Matki Bożej, w ten dzień w który Jej Syn ukazuje nam swe Bóstwo i moc ustanawiając sakrament małżeństwa. Módlmy się, by wasze rodziny, za przykładem Jezusa, Maryi i Józefa, mogły być również Świętymi Rodzinami, aby radość, którą cieszymy się w naszych rodzinach trwać mogła przez całą wieczność. Amen.
Ks. Jan Jenkins

Powrót


ŚWIĘTY MIESIĄCA

Św. Piotr Damiani, Biskup,
Wyznawca i Doktor Kościoła

(23 lutego)


Św. Piotr Damiani był uczniem założyciela zakonu kamedułów św. Romualda. Pochodził z Rawenny na Półwyspie Apenińskim. Podobnie jak jego mistrz był kamedułą. Jego życie przypadło na XI wiek. Jego rodzina nie należała do szczęśliwych. Szybko pomarli mu rodzice, a jego stosunki z bratem nie zawsze układały się najlepiej. Oparcie znalazł w swej siostrze Rozelinie, która kochała brata troskliwą miłością. Ostatecznie rodzeństwo wyprawiło go do szkół, a jego edukacja została zwieńczona przyjęciem święceń kapłańskich. Spotkanie ze św. Romualdem zaowocowało trwałym związkiem z zakonem kamedułów. Szybko jego zakonne cnoty zaowocowały powierzeniem mu funkcji przełożonego jednego z opactw i tak licznymi powołaniami, że św. Piotr musiał założyć kolejne klasztory by pomieścić wszystkich zakonników. Choć był pustelnikiem, to jednak żył życiem i troskami całego Kościoła, a w XI wieku głównymi troskami Kościoła w Italii (i nie tylko) była symonia (sprzedawanie kościelnych godności) oraz inwestytura (szkodliwe ingerencje świeckich władców i innych możnych w kościelne wewnętrzne życie). Św. Piotr pismami i osobistymi interwencjami zwalczał te nadużycia. Jego rady zasięgali cesarze i papieże. Jeden z tych ostatnich, Stefan IX wyniósł go do godności biskupiej i kardynalskiej. W służbie Stolicy Apostolskiej św. Piotr odbył wiele misji. Oto jeden z przykładów. "W roku 1069 udał św. Piotr Damiani do Frankfurtu nad Menem, gdzie zdołał przekonać cesarza Henryka IV, by nie opuszczał swojej prawowitej małżonki Berty." Walczył z antypapieżem Honoriuszem. Był orędownikiem całkowitej niezależności Stolicy Apostolskiej od władzy cesarskiej. Pozostawił po sobie sporą spuściznę pisarską: utwory poetyckie, listy, kazania i rozprawy. Jedna z tych ostatnich była poświęcona pięknu życia pustelniczego. "Święty przedstawił je w tak ponętnych barwach, że pociągnął nim bardzo wielu ludzi do zakonu kamedułów, któremu on właśnie zapewnił największy rozwój." Był bardzo zaangażowany w wielki średniowieczny spór o wartość dialektyki, czyli czysto rozumowego szukania i zdobywania prawdy potrzebnej człowiekowi do zbawienia. Wielokrotnie występował przeciw dialektykom, to znaczy ludziom, którzy chcieli rozumieć to w co należy tylko i wyłącznie wierzyć. Antydialektycy odwrotnie, sądzili że tajemnice wiary nie mogą być przeniknięte przez rozum. Sam św. Piotr uważał, że próby zrozumienia prawd wiary chrześcijańskiej są powodowane grzeszną ciekawością i muszą przynieść deformacje prawdy objawionej, a więc doprowadzić do herezji. Przed tajemnicami wiary należy - jak głosił - ukorzyć się i klęczeć w cichej, pełnej czci adoracji, a nie próbować wnikać w nie rozumem. Wartość filozofii jako drogi do tajemnic Boga jest więc niewielka. Filozofia może odegrać pozytywną rolę tylko wówczas, gdy stanie u wrót wiary na straży, a nie będzie się wdzierać do wnętrza zamku wiary, by tam zasiąść w wygodnym fotelu i rozpocząć partnerską dysputę z teologią. Św. Piotr Damiani bodaj jako pierwszy nazwał filozofię "służebnicą teologii" - philosophia ancilla theologiae. Podobne poglądy reprezentował później św. Bernard z Clairvaux. Ta formuła służebności filozofii wobec teologii była później wielokrotnie w czasach nowożytnych wyśmiewana, ale jakoś nikt w zlaicyzowanej Europie nie śmiał się, gdy Comte w XIX w. uczynił z filozofii służebnicę nauk empirycznych. Filozofia współczesna podążyła szlakiem wytyczonym przez Comte'a, a nie św. Piotra Damianiego, i dlatego jest w stanie śmiertelnego kryzysu, jeśli w ogóle to, co dziś aspiruje do miana filozofii, można filozofią nazwać. Św. Piotr był także piewcą boskiego woluntaryzmu. Głosił, że Bóg jest w aktach swej woli całkowicie wolny. Nie ogranicza Go nawet zasada niesprzeczności, to znaczy, że Bóg może robić na raz dwie rzeczy ze sobą sprzeczne. Może także sprawić, że nie wydarzy się wydarzenie przeszłe. Tych poglądów nie potwierdził św. Tomasz z Akwinu, ale świadczą one o gorącej miłości św. Piotra do Boga. Tak bardzo umiłował Boga, że nie mógł dopuścić by Boga cokolwiek ograniczało, nawet zasada niesprzeczności. Relikwie świętego zostały złożone i spoczywają do dziś w benedyktyńskim klasztorze w Faenzy. "W historii Kościoła katolickiego św. Damian odegrał znaczną rolę. Można zaryzykować twierdzenie, że nie byłoby św. Grzegorza VII (1073-1085) i jego wielkich reform, gdyby gruntu do nich nie przygotował św. Piotr Damiani." Został kanonizowany i ogłoszony doktorem Kościoła na początku XIX wieku przez pap. Leona XII.

(cyt. za: ks. W. Zaleski, Święci na każdy dzień, Wyd. Salezjańskie Warszawa 1996)

Powrót


PYTANIA I ODPOWIEDZI

Jaka jest najważniejsza cnota moralna?


Najważniejszą cnotą moralną jest cnota religijności.

Dlaczego najważniejszą cnotą moralną jest religijność?


"Spełnienie obowiązków względem Boga oznaczamy przez wyraz religia. (...) Oznacza on stosunek człowieka do Boga: fizyczny i moralny. Stosunek fizyczny polega na zależności człowieka od Boga, jako skutku od przyczyny; moralny zaś na obowiązku poznania, że Bóg jest stwórcą człowieka, i że z tego względu człowiek powinien Mu cześć okazać. Człowiek jest obowiązany oddawać Bogu cześć z następujących powodów:
1. Bóg jest istotą nieskończoną i najdoskonalszą. Jeśli wielkim poetom lub wodzom cześć oddajemy, to tym bardziej powinniśmy ją okazywać Najdoskonalszej Istocie.
2. Bóg jest Stwórcą stworzeń, ich Panem, On je zachowuje przy życiu i nimi kieruje, a więc człowiek powinien Mu służyć.
3. Bóg jest ostatecznym celem stworzeń i Najwyższym Dobrem. Toteż Boga, jako ostateczny swój cel, powinien człowiek ukochać i do Niego dążyć. Obowiązki względem Boga są podstawą wszystkich innych obowiązków. Toteż ci, którzy nie chcą uznać ani Boga, ani obowiązków człowieka względem Boga, tym samym nie uznają żadnych obowiązków, czyli żadnego porządku moralnego. Nie mają słuszności, jeżeli powiadają, że prawo może zastąpić porządek moralny. Prawo nie może zastąpić porządku moralnego. Gdyby bowiem tylko od prawa zależała moralność, to prawo wówczas byłoby zachowywane, gdyby mogło wszystkich zmusić przemocą do zachowania porządku przez się ustanowionego. To zaś fizycznie jest niemożliwe. Stąd słusznie św. Tomasz z Akwinu cnotę religijności uważał za najważniejszą cnotę moralną, a Platon twierdził, że podstawę społeczeństwa ludzkiego podważa ten, kto religię podważa."

Na czym polega wewnętrzna cześć Boga?


"Wewnętrznymi czynnościami człowieka są: poznanie ze strony rozumu i miłość ze strony woli. Dlatego powinniśmy oddawać Bogu cześć poznając Go i kochając Go. Człowiek ma obowiązek czcić Boga należycie. Nie może zaś należycie Go uczcić, jeżeli ma złe o Nim pojęcie. Z tego powodu powinien dążyć do prawdziwego poznania Boga."

Dlaczego do bezbłędnego poznania Boga jest potrzebne objawienie?


"Wprawdzie człowiek siłami przyrodzonego rozumu mógł poznać, jaki Bóg jest, ale faktycznie Go nie poznał. Dlatego moralnie konieczne było objawienie Boże, które prawdziwie i pewnie podało, jaki Bóg jest. Św. Tomasz podał powody, które utrudniają prawdziwe poznanie Boga. Powiada on, że:
1. niewielu poznało Go prawdziwie,
2. poznali Go po dłuższym czasie i
3. jeszcze błędnie.
Ad 1 Niewielu poznało Boga prawdziwie, gdyż poznanie to wymaga wielkich wysiłków umysłowych. Wielu ludzi nie może się oddawać badaniom filozoficznym, które prowadzą do poznania Boga, bo albo są niezdolni do ich prowadzenia z powodu niskiego stanu władz umysłowych, albo zajęci troskami o byt codzienny, nie mają czasu na ich zgłębienie.
Ad 2 Po dłuższym czasie, gdyż, jak powiedzieliśmy, poznanie Boga drogą rozumową wymaga odpowiedniego przygotowania, gdyż ponadto przeszkadzają nam w poznaniu Boga namiętności, które nie pozwalają człowiekowi rozmyślać o prawdach Najwyższej Mądrości.
Ad 3 Jeszcze błędnie, gdyż znaną jest rzeczą, że umysł nasz często się myli. Jeżeli mamy trudności w poznaniu otaczającego nas świata, to cóż mówić o trudnościach, które napotykamy przy poznawaniu Najwyższej Prawdy! Dlatego Bóg, chcąc uchronić ludzkość przed fałszywymi poglądami na swoją naturę, sam objawił się ludzkości, aby wszyscy ludzie łatwo i bezbłędnie poznali, jaki On jest i czego od nas chce."


(odp. pochodzą z książki ks. J. Szymeczki pt. Etyka katolicka, Wyd. Te Deum Warszawa 2001)

Powrót


Jego Ekscelencja Ksiądz Biskup Bernard Fellay


Urodził się 12 kwietnia 1958 r. w miejscowości Sierre w kantonie Valais w Szwajcarii. Do seminarium Bractwa Świętego Piusa X w Econe wstąpił w 1977 r., a 29 czerwca 1982 r. otrzymał święcenia kapłańskie z rąk arcybiskupa Marcela Levebvre. Zaraz potem został mianowany ekonomem generalnym Bractwa Św. Piusa X. Dnia 30 czerwca 1988 r., wraz z trzema innymi księżmi Bractwa, został konsekrowany na biskupa przez arcybiskupa Marcela Levebvre oraz współkonsekrującego bp. Antonio de Castro Mayera. Już po śmierci Arcybiskupa, w lipcu 1994 roku, bp Bernard Fellay został wybrany nowym przełożonym generalnym Bractwa, przejmując tę funkcję po ks. Franzu Schmidbergerze. Funkcję tę sprawuje do dzisiaj, urzędując w domu generalnym Bractwa w Mezingen w Szwajcarii.

Jego Ekscelencja Ksiądz Biskup Tissier de Mallerais


Urodził się 14 września 1945 r. w sallanches w Górnej Sabaudii we Francji. W roku 1969 wstąpił do seminarium Bractwa Św. Piusa X, wówczas we Fryburgu w Szwajcarii. Dnia 29 czerwca 1975 r. otrzymał święcenia Kapłańskie i zaraz potem został mianowany profesorem seminarium, a potem, od roku 1979 do 1983 był rektorem międzynarodowego seminarium duchownego w Econe. Przez krótki czas był też kapelanem Nowicjatu Sióstr Bractwa Św. Piusa X w ST. Michael-en-Brenne we Francji. W roku 1984 został wybrany sekretarzem generalnym Bractwa Św. Piusa X. Dnia 30 czerwca 1988 r., wraz z trzema innymi księżmi Bractwa, przyjął święcenia biskupie z rąk abp Marcela Levebvre i współkonsekrującego bp. Antonio de Castro Mayera. Obecnie rezyduje w domu generalnym Bractwa w Mezingen (Szwajcaria).

Jego Ekscelencja Ksiądz Biskup Alfonso do Galarreta


Urodził się 14 stycznia 1957 r. w Argentynie. Najpierw wstąpił do seminarium diecezjalnego, jednakże szybko uświadomił sobie, iż seminarium to nie daje formacji zgodnej z ideałem kapłaństwa, jak go Kościół katolicki zawsze rozumiał. W roku 1978 wstąpił więc do seminarium w Econe, gdzie w 1980 r. otrzymał święcenia kapłańskie z rąk abpa Marcela Levebvre. Od roku 1980 do 1985 był profesorem seminarium Bractwa w La Reja w Argentynie, po czym został mianowany przełożonym dystryktu południowoamerykańskiego. W dniu 30 czerwca 1988 r, został konsekrowany na biskupa przez abp Marcela Levebvre i współkonsekrującego bp. Antonio de Castro Mayera. Obecnie biskup de Galarreta jest superiorem dystryktu hiszpańskiego, rezyduje w przeoracie św. Józefa w Madrycie.

Jego Ekscelencja Ksiądz Biskup Richard Wiliamson


Urodził się 8 marca 1940 w Wielkiej Brytanii w rodzinie anglikańskiej. Po ukończeniu uniwersytetu w Cambridge poświęcił się, przez okres ponad siedmiu lat, nauczaniu literatury, dzięki czemu dwa lata spędził w samym sercu Afryki. W wieku 30 lat porzucił anglikanizm i nawrócił się na wiarę katolicką. W październiku 1972 r. wstąpił do seminarium Bractwa Św. Piusa X w Econe, święcenia kapłańskie otrzymał w roku 1976. Później pracował jako profesor w seminariach Bractwa w Niemczech oraz Econe, a od 1983 r. jest rektorem seminarium Bractwa w USA, obecnie zlokalizowanego w Winona w stanie Minnesota. Dnia 30 czerwca 1988 r., wraz z trzema innymi księżmi Bractwa, przyjął święcenia biskupie z rąk abp Marcela Levebvre i współkonsekrującego bp. Antonio de Castro Mayera. W 2003 powierzono mu funkcję rektora seminarium w La Reja w Argentynie. J. E. ks. biskup Ryszard Williamson biegle mówi po angielsku, francusku, niemiecku oraz hiszpańsku.

Powrót


Ks. Jan Jenkins FSSPX


Kazanie na 4 niedzielę po Objawieniu


Czemu bojaźliwi jesteście, małej wiary?

W Imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.


Drodzy Wierni, mamy dziś czwartą niedzielę po Trzech Królach. W uroczystość tę Zbawiciel objawił się całemu światu. W kolejne niedziele następujące po Objawieniu Pańskim Kościół pokazuje nam Chrystusa. Słyszymy więc w Ewangeliach czytanych w te niedziele o Bożej władzy Pana Jezusa nad naturą.
W drugą niedzielę po Objawieniu byliśmy świadkami władzy Zbawiciela do zmieniania natury. Zmienił wówczas wodę w wino. Zademonstrował swą władzę nad światem materialnym. Cały wszechświat został przez Niego stworzony, a bez Niego nic się nie stało, z tego, co się stało. Dowiódł swej władzy nad naturą, zmieniając jedną rzecz w drugą. Jest to moc prawdziwie Boska. Zbawiciel pokazał nam w ten sposób, że ma moc zmienić również i nas - tak jak zwykłą wodę - w synów Bożych, poprzez udzielenie nam łaski. Był to pierwszy cud, jakiego dokonał Jezus i uwierzyli w Niego Jego uczniowie.
W ubiegłą niedzielę widzieliśmy, że posiada również moc uzdrawiania natury. Ma władzę nie tylko zmieniać stworzenie stosownie do swej woli, może też przywrócić je do stanu, jaki zgodny jest z jego zamysłem. Uzdrawia trędowatego, który zwraca się do Niego: "Panie, jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić". A Zbawiciel odpowiada: "Chcę, bądź oczyszczony". Przez prosty akt woli, przez samo tylko wypowiedzenie słów, oczyszcza trędowatego. Nakazuje mu jednak, by nikomu o tym nie mówił, ale udał się do kapłanów, by dać świadectwo, że Chrystus Pan ma władzę odpuszczania grzechów. Przez prosty akt woli, daje swym kapłanom władzę oczyszczania nas z grzechów. W tej samej Ewangelii uzdrawia też sługę setnika. Czyni to również przez samo tylko wypowiedzenie słów: "Idź, a jakoś uwierzył, niech ci się stanie". Jego moc uzdrawiania nas przekracza przestrzeń i czas.
W dzisiejszej Ewangelii słyszymy o władzy Chrystusa nad rozszalałymi żywiołami natury, widzimy, że posiada moc przywracania w niej porządku, rozkazywania im. Posiada władzę przywracania w niej pokoju. Potrafi uśmierzyć burzę, uciszyć wiatr. Jest absolutnym Panem stworzenia, ponieważ wszystkie rzeczy zostały uczynione przez Niego. I karci nas dziś za brak wiary.
Drodzy Wierni, dzisiejsza Ewangelia jest wiernym obrazem tego, co obecnie przeżywamy. Zbawiciel wszedł ze swymi uczniami do łodzi, by dostać się na drugą stronę jeziora. Założył swój Kościół, zbudowany na Apostołach i ich następcach, by doprowadzić nas do nieba. Jednak pośrodku jeziora Pan Jezus zasypia. Jest tu z nami, ale wydaje się spać. Jest tu, pośród nas, nie możemy Go jednak zobaczyć. Wydaje się, jakby spał.
A potem przychodzi potężna burza, sztorm - i łódź wydaje się tonąć. Wiatr wieje z taką siłą, że uczniowie zaczynają obawiać się o swe życie. Łódź zaczyna nabierać wody i wydaje się, że wszystko już stracone.
Jest tak również i dzisiaj, Drodzy Wierni. Znajdujemy się pośród wielkiej burzy, która wstrząsa Kościołem. W uszach słyszymy ryk wiatru obcych doktryn. Fale herezji piętrzą się coraz wyżej nad naszymi głowami. Starożytne kościoły, w których wiara głoszona była półtora tysiąca lat lub nawet dłużej, wykorzystywane są dziś przez wszelkiego rodzaju sekty do głoszenia ich ohydnych nauk. Powołania wydają się zanikać. Pasterze zmienili się w wilki, pożerające własną trzodę. Nawet sam Piotr wydaje się radować z faktu, że jego łódź nabiera wody. Ekumenizm, apostazja i herezja przeniknęła do samego organizmu Kościoła, opanowując umysły jego przywódców. Wszystko wydaje się być stracone. Kościół wydaje się tonąć pod uderzeniami tych fal. Kusi nas, by zawołać: "Panie, ratuj nas, bo giniemy".
Jednak Zbawiciel wie, co robi. Ma świadomość kryzysu, w jakim się obecnie znajdujemy. Jego moc jest nieskończona. Wie wszystko. Ale my mamy tak mało wiary w Niego.
Widzieliśmy dowody Jego władzy nad naturą. Potrafi zmienić wodę w wino. Potrafi uleczyć z najstraszliwszych chorób. Dlaczego mielibyśmy obecnie w Niego zwątpić? Jeśli potrafi uczynić wszystkie te rzeczy, z pewnością jest w stanie zachować swój Kościół, swoją najcenniejszą własność, od wszelakiej szkody. Podtrzymuje przecież wszystko w istnieniu. Świat nie mógłby istnieć bez Niego, nawet Jego prześladowcy nie mogliby istnieć, gdyby On sam tego nie chciał. Pozwolił, by Jego Kościół został ukrzyżowany, podobnie jak chciał, by przybito do Krzyża Jego samego.
Drodzy Wierni, Kościół katolicki nie jest instytucją jedynie ludzką, lecz również Boską. To sam Zbawiciel, my jesteśmy Jego członkami. Nie pokładamy wiary w istocie ludzkiej, ale w naszym Panu Jezusie Chrystusie, Drugiej Osobie Trójcy Świętej. W samym Bogu. Kościół obejmuje oczywiście również element ludzki, podobnie jak Zbawiciel posiadał ludzką naturę, która mogła cierpieć, a nawet umrzeć. Niemożliwe było jednak, by Chrystus Pan pozostał w grobie. Musiał powstać z martwych, ponieważ zwyciężył śmierć. Tak więc również Kościół może pozornie umierać, jednak po obecnym prześladowaniu również on powstanie z martwych, i to jeszcze wspanialszy niż przedtem, podobnie jak Chrystus. A my mamy sposobność pomóc w tym chwalebnym zmartwychwstaniu.
Trwajcie przy Chrystusie, Drodzy Wierni. Obecnie wydaje się On spać w łodzi Kościoła, ale jej nie opuścił. Jest wciąż w łodzi, nawet podczas sztormu. Rozumując po ludzku, wszystko wydaje się być stracone. Wróg jest już wewnątrz murów, sami nawet biskupi wydają się nie wierzyć w naszego Pana, w to, że jest On kimś więcej, niż jedynie człowiekiem.
Chrystus śpi, ponieważ chce, byśmy zawierzyli Jego mocy. A jest tak potężny, że śpiąc podtrzymuje w istnieniu świat. Jednak pojawia się wówczas pokusa, by Go lekceważyć, by myśleć, że być może umarł. Dlatego właśnie potrzebujemy więcej nawet wiary, niż dotąd. Musimy tym bardziej wierzyć w Jego potęgę i Jego Bóstwo, tak jak uczniowie podczas Jego ukrzyżowania. Większa też będzie wówczas nasza zasługa.
A Chrystus pragnie, byśmy wysłużyli sobie wielką nagrodę. Podczas burzy żeglarze nie mogą pozwolić, by łódź miotana była bezładnie przez fale. Muszą wiosłować. Muszą pracować. Również my musimy pracować. Musimy robić wszystko, co w naszej mocy, by zachować wiarę, by utrzymać się na powierzchni wody (czyli nie utonąć).
Tak więc, Drodzy Wierni, w istocie żyjemy w najlepszych dla katolików czasach. Do tej pory być katolikiem było stosunkowo prosto. Trzeba było jedynie czynić to, co inni. A często nie było to wcale nic specjalnie godnego podziwu. Istniała więc wielka pokusa, by być przeciętnym, poniekąd można było być przeciętnym i w jakiś sposób uratować swoją duszę - jednak jak mała wówczas zasługa, jakie marnotrawstwo łaski! Dziś jednak to niemożliwe.
Obecnie heroizmu wymaga nawet samo zachowanie wiary. I jaką jest zasługą! Jaki to wielki dowód miłości - zostać ze Zbawicielem, nawet kiedy łudź wydaje się tonąć. Dzisiejszy świat staje się coraz gorszy i coraz trudniej być katolikiem. Musimy więc mieć więcej wiary w Chrystusa Pana, więcej miłości do Niego. Ale też czekać nas za to będzie większa nagroda!
Święta Teresa od Dzieciątka Jezus miała tylko jedno życzenie, który nigdy się nie spełniło. Pragnęła żyć w czasach ostatecznych, podczas najbardziej okrutnych prześladowań Kościoła, by mogła pokazać całą swą miłość do Zbawiciela. Takie były jej pragnienia, ale Panu Jezusowi spodobało się ich nie spełnić. Dał jednak tę sposobność nam. Nie zmarnujmy jej. Nie rozczarujmy św. Teresy naszą miernością. Sprawmy, by była z nas dumna. Kochajmy Pana Jezusa z wielkodusznością, jaką ona miała, byśmy mogli kiedyś dzielić z nią jej radość z oglądania Boga.

Amen.

Powrót


Wykład x. Jana Jenkinsa FSSPX


"Traditio tradita - Tradycja zdradzona!" - Rzecz o ruchach indultowych


Wstęp
Na początku chciałbym odwołać się do ostatniej konferencji o nowej Mszy, którą wygłosiłem niedawno w tym miejscu i przypomnieć wnioski końcowe, do jakich wówczas doszliśmy. Po pierwsze nowa Msza nie wyraża Wiary Katolickiej, ponieważ nie wyraża zasadniczych prawd należących do Depozytu Wiary. Doszliśmy więc do wniosku, że nowa Msza jest zasadniczo zła i prowadzi ludzi do utraty wiary. Obecna konferencja jest na pewien sposób kontynuacją poprzedniej w tym sensie, że na początku muszę powiedzieć o praktycznych konsekwencjach, jakie ma nowa Msza dla życia Kościoła, zwłaszcza w odniesieniu do tragicznych wyborów, przed jakimi postawiła wiernych i duchowieństwo. Konferencja ta będzie prezentować będzie krytykę konkretnych rozwiązań ogromnych problemów będących skutkiem II Soboru Watykańskiego oraz reform, które były jego następstwem, a zwłaszcza krytykę tego, co nazywamy potocznie "Mszą indultową". Chciałbym ponownie, jak w czasie poprzedniej konferencji, skoncentrować się na wadze doktrynalnej tych zagadnień, a nie na nadużyciach czy kwestiach personalnych. Konferencja ta ma tytuł "Traditio tradita" czyli "Tradycja zdradzona", co wyrażać ma przekonanie, że pragmatyczne rozwiązanie proponowane przez to, co nazywa się potocznie Mszą indultową jest w istocie zdradą doktryny katolickiej. Nie mam więc zamiaru mówić o konkretnych osobach, ale o zasadach. Z pewnością moglibyśmy podać długą listę ludzi, którzy porzucili walkę o Tradycję, zwłaszcza w ostatnich czasach, nie sądzę jednak, by było to dla was specjalnie budujące czy pożyteczne. Skoncentrujemy się więc na zasadach, które będą stanowiły niejako drogowskazy dla tych, którzy pragną pozostać wiernymi Katolickiej Tradycji i nie zdradzić Wiary. Okupacja Kościoła Niesamowita i można by powiedzieć niewiarygodna wręcz liczba zmian wprowadzonych w Kościele przez II Sobór Watykański oraz reformy będące jego rezultatem, stworzyły w sytuację na wiele sposobów bezprecedensową: oto cała struktura Kościoła używana jest do narzucenia wiernym nowej liturgii i nowej doktryny, pozostających w jaskrawej sprzeczności z tym, czego Kościół zawsze nauczał. Fakt, że doktryna nauczana przez sobór jest całkowicie obca Kościołowi wynika jasno z samych jego dekretów oraz z wypowiedzi interpretujących ją papieży. Paweł VI w swej mowie wygłoszonej na zakończenie soboru posumował jego pracę tymi słowami: "Religia Boga, który stał się człowiekiem, spotkała się z religią człowieka, który czyni siebie Bogiem. Co wyniknęło z tego spotkania, z tej konfrontacji? Czy wyniknął wstrząs? Czy wyniknęła walka? Czy wyniknęła anatema? Mogło się tak zdarzyć, ale jednak nie miało to miejsca. (?) Sobór został w pełni przesiąknięty bezgranicznym współczuciem dla świata. Odkrycie potrzeb ludzkich, a są one tym większe, im większy staje się człowiek, przykuło uwagę Soboru i Kościoła. Odkrycie potrzeb ludzkich, pochylenie się nad ranami człowieka - jak Samarytanin - oto jest duchowość współczesnego Kościoła. Wy, współcześni humaniści, którzy odrzucacie transcendencję rzeczy Boskich, uznajcie przynajmniej tę zasługę i doceńcie nasz nowy humanizm, gdyż my bardziej niż ktokolwiek inny wyznajemy kult człowieka". Tak więc sobór miał charakter zasadniczo humanistyczny. Kościół wedle słów samego Pawła VI odkrył nową swoją misję: kult rodzaju ludzkiego i odkrywanie ludzkich potrzeb. W jego dokumentach nie ma potępienia religii "człowieka, który czyni siebie Bogiem", ponieważ sobór zasadniczo zgadza się z ideą godności człowieka. Kościół nie zajmuje się już czcią należną Bogu, ale kultem człowieka. Nie wspomniano również o dekretach z przeszłości, które potępiały współczesne nam błędy, takie jak komunizm, liberalizm i modernizm, ponieważ wedle słów samego Pawła VI: "władza nauczycielska Kościoła nie chciała formułować nadzwyczajnych orzeczeń doktrynalnych", ale raczej pozostawać "w służbie ludzkości" i dążyć do porozumienia ze światem współczesnym oraz postępem. Konstytucja Gaudium et spes jest całkowicie sprzeczna z wcześniejszym dekretem dogmatycznym Piusa IX - Syllabusem błędów, przyznał to sam Benedykt XVI kiedy był jeszcze kardynałem Prefektem Kongregacji Nauki Wiary. Możemy więc słusznie twierdzić, że Vaticanum II nauczało doktryny sprzecznej z tym, czego Kościół nauczał przez stulecia, stwierdzili to sami papieże interpretując autorytatywnie dokumenty soborowe. Owa fundamentalna zmiana w doktrynie wymagała zmiany w rytach wszystkich sakramentów i dopasowania ich do nowej misji Kościoła, polegającej na odkrywaniu ludzkich potrzeb oraz godności człowieka. Nowa Msza oraz nowe ryty sakramentów były konieczne, ponieważ zmianie uległa sama misja Kościoła. Kościół nie jest już posłany do wszystkich narodów aby je nauczać, nawracać i zadośćczynić za grzechy całego rodzaju ludzkiego - obecnie jest on jedynie świadkiem dobrej nowiny o godności człowieka, pomagającym w jednoczeniu świata poprzez dialog i działania na rzecz pokoju. To narzucenie Kościołowi całkowicie mu obcych doktryn oraz towarzyszących im rytów, które doktryny te wyrażają, przypomina działania władzy okupacyjnej, sytuację w której jakiś kraj okupowany jest przez obce siły. Kiedy jakieś państwo chce okupować i kontrolować terytorium innego państwa, usiłuje najpierw zlikwidować wszelką potencjalną opozycję. Armia inwazyjna likwiduje opozycję zbrojną, a skoro zostanie ona unicestwiona, agresor instaluje na zajętym terytorium instytucje pozwalające mu na kontrolę zajętego obszaru. źródła surowców i wszelkie fundamenty życia ekonomicznego zostają przekazane w ręce poddanych władzy okupacyjnej, aby mogła ona kontrolować siłę polityczną jaką daje bogactwo. Nowy rząd mianuje wszystkich wyższych urzędników. Wszyscy, którzy sprzeciwiają się ideom głoszonym przez władze okupacyjne zostają izolowani lub zdymisjonowani. Na koniec również instytucje systemu edukacji zostają w 90% "zreformowane", by nauczać języka, idei oraz zwyczajów okupanta, i doprowadzić stopniowo do wychowania następnego pokolenia na dobrych obywateli nowej republiki stworzonej na terytorium okupowanym. Ten sam proces obserwujemy w Kościele od czasu zakończenia II Soboru Watykańskiego. Za jednym zamachem pozbyto się najbardziej konserwatywnych biskupów - zmuszając ich do przejścia na wcześniejszą emeryturę. Zakony odbywały w Rzymie kapituły generalne, by wybrać nowych przełożonych, zmuszane też były do zmodyfikowania swych konstytucji oraz reguł oraz dostosowania ich do ducha soboru. Duch ten dotknął samą nawet ekonomię łaski: Msza oraz ryty sakramentów zostały radykalnie zmodyfikowane. Blisko dwutysiącletnie tradycje zostały zniesione. Kuria Rzymska została "zreformowana" w taki sposób, że większość władzy skupiona została w rękach Sekretarza Stanu. Państwa katolickie zostały zlaicyzowane, a odniesienia do wiary katolickiej zostały usunięte z ich konstytucji na żądanie samych władz rzymskich. Szkoły katolickie, pozostające do tej pory w rękach zakonów, przekazane zostały państwu. Innymi słowy: widzimy, jak na przestrzeni kilka zaledwie lat wszystkie katolickie instytucje zostały obalone, aby dostosować je do dekretów i nowej orientacji II Soboru Watykańskiego. Poniekąd już sama liczba zmian narzuconych przez sobór jest sama w sobie dowodem, że sobór nie kontynuował dzieła Kościoła, ale zrywał z nim w sposób definitywny. Gdyby sobór kontynuował to, co czynił Kościół, tak wielka ilość zmian nie byłaby konieczna. Jak sami wiecie ze smutnego doświadczenia waszego kraju, okupacja przez obcą władzę nie jest niczym przyjemnym, pociąga ona za sobą wiele cierpienia, zwłaszcza wobec ludzi, którzy znajdą się pod okupacją. Jednak jak na ironię to wcale niekoniecznie obcy rząd powodować musi największe szkody. Częstokroć obca władza jest szczęśliwa, jeśli ludzie po prostu płacą podatki i są posłuszni nowemu rządowi. Zwykły żołnierz armii okupacyjnej może być okrutny i niezdyscyplinowany, często jednak jest tam po prostu dlatego, że ma taki ma obowiązek, również jego życie nie jest więc łatwe. Dla ludności miejscowej oczywiste jest, że jest on wrogiem i nie można mu ufać, a jestem pewien, że każdy żołnierz wolałby raczej wrócić do domu i swej rodziny niż przebywać w obcym kraju wśród ludzi wrogo do niego nastawionych. Niestety najgorsze cierpienia nie są powodowane przez władzę okupacyjną, ale przez współrodaków, którzy z władzą tą kolaborują, którzy sprzedają wolność swego kraju za korzyści materialne. Dla wpływu lub pieniędzy zdradzają oni swój kraj. Porzucają walkę oraz opór i zaczynają pomagać wrogowi. Ci właśnie ludzie powodują najwięcej szkody i najwięcej cierpień, to dzięki nim bowiem okupacja jest możliwa. Zdrajca zna zwyczaje i język swych ziomków. Zna strefy wpływów oraz ludzi, których władza okupacyjna musi zlikwidować. Zna mocne strony swego kraju i chce go zniszczyć dla nikczemnego, materialnego zysku. Bez tych zdrajców żołnierze nie byliby w stanie kontrolować okupowanego kraju, ponieważ nie mówią jego językiem ani nie znają ludzi. To kolaborant umożliwia trwanie okupacji, można nawet powiedzieć, że to dzięki niemu jest ona w ogóle możliwa. To samo można powiedzieć w odniesieniu do Kościoła. Moderniści nie mogliby odnieść sukcesu, gdyby nie było katolików, którzy współpracowali z nimi w organizowanej przez nich okupacji.

Czym jest Msza indultowa?

Przejdźmy teraz do głównego tematu tej konferencji, którym jest Msza indultowa. Czym jest Msza indultowa? Jestem pewien, że wiecie, czym jest Msza, jednak termin "indult" wymaga prawdopodobnie krótkiego wyjaśnienia. Słowo "indult" pochodzi od łacińskiego "indultus", co oznacza przywilej lub pozwolenie, zwłaszcza w odniesieniu do czegoś, co byłoby normalnie zakazane lub grzeszne. W języku Kościoła oznacza to specjale zezwolenie udzielone przez papieża biskupom, by czynili coś, co normalnie byłoby zakazane przez ogólne prawo Kościoła. Normalnie czynność ta nie byłaby dozwolona, staje się taką jednak na mocy przywileju papieskiego, który nazywamy "indultem". Dlaczego więc używamy tego terminu w odniesieniu do Mszy? Samo sformułowanie Msza indultowa brzmi raczej dziwacznie, ponieważ główną funkcją kapłana jest odprawianie Mszy. Wydaje się czymś dziwnym, by papież musiał udzielać kapłanowi zezwolenia na czynienie czegoś, co jest on zobowiązany czynić i co normalnie czynić miałby prawo. Msza jest sama w sobie czymś dobrym, jak więc jej odprawianie mogłoby nie być dozwolone? W całej historii Kościoła nie możemy znaleźć wzmianki o przypadku, w którym kapłanowi udzielany był indult na odprawianie Mszy, co jest przecież celem, dla którego został on wyświęcony. Wręcz przeciwnie, całe dotychczasowe prawodawstwo Kościoła skupiało się na tym, w jakich godzinach i w jaki sposób kapłan powinien odprawiać Mszę - samo prawo do odprawiania Mszy pojmowane było jako coś bezspornego i oczywistego. By zatem zrozumieć ów termin "Msza indultowa" musimy przypomnieć sobie nieco najnowszą historię związaną z reformami liturgicznymi, przeprowadzanymi od czasu Vaticanum II. W roku 1962 promulgowany został pierwszy dekret w kwestii liturgii -Sacrosanctum concilium. Sam w sobie dokument ten mówi bardzo niewiele o zmianach w liturgii, jest raczej konserwatywny, zarządzając na przykład, by Msza odprawiana była nadal po łacinie. Dokument ten pozostawiał jednak zadanie "reformy liturgii" mającym zostać powołanymi później grupom ekspertów czy też doradców. Owi eksperci poszli o wiele dalej niż proponował to tekst soborowy i stworzyli to, co znamy dziś jako nową Mszę. Co ciekawe, podczas pierwszej celebracji Mszy w tzw. "rycie normatywnym" będącej można powiedzieć "projektem" nowej Mszy, większość obecnych biskupów jej nie zaaprobowała. Pomimo braku ich aprobaty była ona jednak promowana jako dzieło soboru. Kardynałowie Ottaviani oraz Bacci podpisali tzw. Krótką analizę krytyczną NOM , w której stwierdzali, że nowy ryt Mszy "różni się w sposób zasadniczy od doktryny Kościoła zdefiniowanej przez Sobór Trydencki". W dołączonym liście kardynałowie prosili papieża o unieważnienie lub wycofanie aktu prawnego promulgującego nową Mszę i umożliwienie wiernym dalszego uczestnictwa w tradycyjnej Mszy, która wydała tak wspaniałe owoce na przestrzeni wieków. Dokument ten, który zachował wielkie znaczenie po dziś dzień, stanowił pierwszą poważną próbę obrony wiary katolickiej przeciw zakusom współczesnych reformatorów. Co ciekawe, Paweł VI odpowiedział na to krytyczne studium podczas konsystorza w sposób raczej wymijający: "nie mówmy o nowej Mszy, ale raczej o nowej epoce w której żyje obecnie Kościół". Następnie przyznał, że "innowacja ta bardzo zaniepokoi ludzi pobożnych". Jak na ironie to najwyższy pasterz Kościoła promulgował coś, co zakłócało pobożność wiernych, jednak sam papież to przyznał. Co również ciekawe, wspominał on również, iż trudno jest być zobligowanym do przyjęcia Mszału, który nie jest jeszcze kompletny i że nie jest pewne, jak powinno się w tej sytuacji zachować - co jest dowodem na to, jak ogromny chaos spowodowała w Kościele reforma liturgiczna. W obliczu tego zamieszana papież zaproponował, by do 28 listopada 1971, kiedy to prace różnych komisji miały się zakończyć, każdy kapłan mógł używać albo Mszału Rzymskiego, albo nowego mszału. Widzimy więc że od samego początku nowy mszał nie był kontynuacją czcigodnego Rytu Rzymskiego, ale nowinką, narzuconą przez komisję ekspertów, którzy przekroczyli swoje uprawnienia, nowinką która, wedle słów samego papieża, niepokoiła ludzi pobożnych. Co więcej, decyzja Ojca świętego, by równolegle używane były dwa ryty, wyszydzona została przez sekretarza komisji jako potencjalne źródło podziałów i zamieszania wśród wiernych, którzy mogliby poczuć się zaniepokojeni widząc różnice pomiędzy oboma liturgiami. Media i prasa zaczęły więc rozpowszechniać informację, że Msza Trydencka zostanie zakazana od pierwszej niedzieli adwentu 1971 roku. Na przykład czytelnicy The Universe mogli przeczytać: "Od tej niedzieli, czyli pierwszej niedzieli adwentu, zakazane jest na całym świecie odprawianie Mszy w rycie trydenckim. Przy specjalnych okolicznościach starzy lub emerytowani kapłani mogą prosić swego biskupa o zgodę na posługiwanie się tym rytem, ale jedynie podczas Mszy prywatnych". Zauważmy, że w rzeczywistości Msza Trydencka nigdy nie została zakazana, jak to potwierdziła komisja powołana przez Jana Pawła II w roku 1986. Potwierdza to motu proprio Benedykta XVI. Informacje podawane przez media były po prostu fałszywe i nieprawdziwe, ich źródłem byli zaś sami reformatorzy, pragnący narzucić własny wytwór katolikom na całym świecie. Od samego początku reform wielu pobożnych katolików występowało w obronie Wiary. W roku 1971, tym samym, w którym nowy ryt zastąpić miał tradycyjny ryt katolicki, grupa intelektualistów i pisarzy w Anglii napisała do Ojca świętego list z następującym wezwaniem: "Gdyby jakiś bezsensowny dekret miał nakazywać całkowite lub częściowe zniszczenie bazylik czy katedr, nie ulega wątpliwości, że osoby wykształcone, niezależnie od osobistych przekonań, podniosłyby pełen przerażenia głos sprzeciwu. A przecież bazyliki i katedry zbudowane zostały, aby celebrować w nich ryt, który jeszcze kilka miesięcy temu, stanowił żywą tradycję. Mamy tu na myśli rzymskokatolicką Mszę. Wedle ostatnich doniesień z Rzymu, istnieje plan unicestwienia tej Mszy przed końcem obecnego roku? Sygnatariusze tego apelu pragną zwrócić uwagę Stolicy Apostolskiej na straszliwą odpowiedzialność wobec historii ducha ludzkiego, gdyby nie pozwolono na przetrwanie tradycyjnej Mszy (?)". Dzięki temu apelowi, podpisanemu przez wielu sławnych artystów i pisarzy, uzyskano dla Anglii oraz Walii zgodę na kontynuację odprawiania tradycyjnej Mszy. Kard. Heenan, abp. Westminsteru, przewodniczący Konferencji Episkopatu Anglii i Walii, otrzymał od samego papieża dekret zapewniający przetrwanie rytu rzymskiego w Anglii i Walii. Wśród słynnych osób, które podpisały wspomniany apel była znana pisarka Agatha Christie, od której nazwiska dekret ten nazwany jest często "indultem Agathy Christie". Zwróćmy uwagę, że wedle tekstu tego dekretu papież usankcjonował kontynuację odprawiania tradycyjnej Mszy, sugerując w ten sposób, że nie została ona zniesiona poprzez wprowadzenie nowego rytu. Można mówić o słabych stronach tego apelu w tym sensie, że odwoływał się on do przesłanek natury kulturowej, niemniej jednak był to prawdziwy apel do strażnika dziedzictwa Kościoła. Reformatorzy jednak nie zamierzali łatwo się z tym pogodzić. Oto ich projekt zastąpienia czcigodnego rytu Mszy nowym znalazł się w niebezpieczeństwie. Zaledwie kilka dni po tym, jak papież przychylił się do prośby sygnatariuszy, kard. Heenan otrzymał od msgr Bugniniego, sekretarza Kongregacji Kultu Bożego, list z nowymi warunkami, które nie figurowały w odpowiedzi udzielonej przez papieża. Po pierwsze, jak pisał, biskupom dano jedynie władzę, by przy specjalnych okazjach, mogli oni zezwalać pewnym grupom wiernych na uczestnictwo we Mszy wedle wcześniejszego rytu i wedle tekstów Mszału Rzymskiego. Bugnini dołączył też do oficjalnego pisma osobisty list, w którym pisał: "Wasza Eminencja powinna zadbać o to, by zgoda ta udzielana była z roztropnością i ostrożnością, jakiej wymagają te kwestie. Jest również pożądane, by zgoda udziela była bez zbytniego rozgłosu (?)". Ten krótki objętościowo dekret, pochodzący od prostego sekretarza, a sprzeczny pod wieloma względami z wyraźną zgodą papieża, nakreślił na wiele lat kierunek walki o zachowanie tradycyjnej Mszy. W pewnym sensie msgr Bugnini uratował rewolucję przez swe mistrzowskie posunięcie. Podczas gdy żadna władza na ziemi nie może zakazać nikomu trzymania się Tradycji, wedle niego musimy posiadać na to zezwolenie.

Mistrzowskie posunięcie

Na czym polegało to mistrzowskie posunięcie? Po pierwsze, odprawianie Mszy, która uświęcała niezliczone pokolenia wiernych, wymaga obecnie zezwolenia. Jest więc czymś, co nie jest samo w sobie dobre, jest raczej postrzegane jako pewne zagrożenie, jako coś, co trzeba kontrolować. Sugeruje się w ten sposób że to, co uświęcało pokolenia katolików jest w jakiś sposób niebezpieczne i niestosowne dla naszych czasów. To, do czego mogliśmy zachęcać, a nawet w czym mieliśmy obowiązek uczestniczyć, wymaga obecnie zezwolenia. Po drugie, nowa Msza jest obecnie zwykła liturgią w której uczestniczą katolicy, Tradycja natomiast jest zarezerwowana dla "pewnej grupy". Msza, która uświęcała miliony katolików wszelkich narodowości przez stulecia jest obecnie jedynie dla "pewnych grup" i na specjalne okazje. Już te dwa warunki są rewolucyjne i nie do przyjęcia dla żadnego katolika. Można by powiedzieć, że oznaczają one pełną okupację kraju przez wrogą armię. Wyobraźmy sobie na przykład, że pewnego dnia nie będzie wam już wolno mówić po polsku. Wyobraźcie sobie, że jakieś wrogie siły przejmują kontrolę nad waszym krajem. Spowodowałoby to jednak natychmiastową reakcję. Bardziej subtelnym i skuteczniejszym sposobem na wzmocnienie przez okupanta roli swego własnego języka byłoby wydanie dekretu głoszącego: "Od tej pory możecie mówić po polsku, potrzebujecie jedynie na to zgody". Wasi przodkowie, wasi rodzice mówili tym językiem. Nikt nie ma prawa ograniczać posługiwania się nim przez was. Gdybyście potrzebowali zgody na zachowywanie zwyczaju, który obowiązywał przez tak długo byłby to znak, że żyjecie w okupowanym kraju. Wasi rodzice, wasi dziadkowie i ich rodzice modlili się po łacinie - a jednak obecnie potrzebujemy na to zgody. Samo ta koncepcja jest całkowicie sprzeczna ze zdrowym rozsądkiem, prowadzi do wniosku, że Kościół do którego należeli nasi rodzice i dziadkowie jest w jakiś sposób okupowany przez kogoś, kto nie mówi w języku Kościoła. Staranie się o zezwolenie oznacza w tym przypadku de facto zgodę na ten niesprawiedliwy stan rzeczy. Przez sam fakt występowania o zezwolenie uznaje się, że nowa Msza jest normą i że zmiany w Kościele są uprawnione i dobre. Zwracanie się o zgodę na czynienie tego, co niegdyś było wrodzonym prawem jest właśnie istotą tego co nazywamy "Mszą indultową". Postawa tak kontrastuje jednak z reakcją innych biskupów i kapłanów, którzy skonfrontowani zostali z tą samą rzeczywistością nowej Mszy - niesłusznie narzuconej Kościołowi. Co ciekawe, w tym samym roku, w którym ogłoszony został indult Agathy Christie, działające w Anglii i Walii Latin Mass Society wydało oświadczenie, że będzie bojkotować nową Mszę ze względu na konflikt sumienia. Abp Lefebvre podał powody dla których odrzucał nową Mszę podczas konferencji wygłoszonej w Econe oraz kilku konferencji wygłoszonych później za zagranicą: nowa Msza odchodzi od doktryny wiary, a przez swe dwuznaczności sprzyja herezji. Tak więc powstałe wówczas Bractwo świętego Piusa X odrzucać będzie nowy ryt ze względu na fakt, że odchodzi on od Wiary Katolickiej i trzymać się będzie Mszy Wszechczasów. Jak powiedział abp Lefebvre w kazaniu wygłoszonym w Lille w rocznicę swych święceń kapłańskich, nie wyobraża sobie, by mógł nie wypowiadać nad kielichem tych samych słów, do których wypowiadania został wyświęcony. Jak bardzo postawa ta kontrastuje z występowaniem o zgodę na odprawianie katolickiej Mszy, pokazuje, że moralnym obowiązkiem katolika w obliczu inwazji obcych sił na Kościół jest trzymanie się Tradycji. Wyraża ona w sposób jednoznaczny brak zgody na okupację przez wrogie siły. Praktyczne konsekwencje indultu z roku 1971 były praktycznie równe zeru. Tradycyjna Msza odprawia była przy nielicznych okazjach, jednak zgodnie z dyrektywą msgr Bugniniego, prywatnie i dla małej grupy artystów lub estetów zainteresowanych historycznymi obrzędami. Niezależnie od hałasu, jaki cała sprawa wywołała w prasie, indult ten był w istocie ignorowany i nawet dziś większość katolików nie słyszała nic o tej zgodzie udzielonej przez papieża. Jednak odrzucenie nowej Mszy przez abpa Lefebvre oraz kilku innych biskupów, takich jak bp de Castro Mayer z Brazylii oraz licznych duchownych na całym świecie stanowiło prawdziwe zagrożenie dla planu powszechnego narzucenia nowej liturgii. Wielu kapłanów a zwłaszcza seminarzystów pragnęło przyłączyć się do Bractwa św. Piusa X, które szybko zaczęło budować kilka seminariów w różnych częściach świata, zaczęła się więc prawdziwa kontrofensywa wobec soboru oraz modernistycznej okupacji Kościoła. To właśnie odrzucenie nowej Mszy stało się kamieniem probierczym w walce o Tradycję, w rzeczywistości jednak sercem walki było zachowanie katolickiej doktryny, której najpełniejszym wyrazem była właśnie Msza. Po soborze Kościół zainicjował proces autentycznej autodestrukcji. Być może najlepszym sposobem na zobrazowanie rozmiarów tego procesu będzie przytoczenie garści statystyk z przełomu drugiego i trzeciego tysiąclecia. W roku 1965, będącym rokiem zamknięcia soboru, w Stanach Zjednoczonych studiowało w seminariach duchownych ponad 49 tysięcy kleryków. W roku 2002 było ich mniej niż 5 tysięcy - mamy więc do czynienia z 90% spadkiem powołań. W roku 1965 zaledwie 1% parafii pozbawionych było kapłana. W roku 2002 było ich już 2928, czyli 15 procent, a liczba ta stale się zwiększa na skutek braku powołań. Również zgromadzenia zakonne odnotowały lawinowy spadek powołań. Na przykład redemptoryści mieli w roku 1965 1148 kapłanów i 1128 seminarzystów: w roku 2000 było ich jedynie 349 kapłanów i 24 seminarzystów. Salezjanie w 1965 roku mieli 552 kandydatów do kapłaństwa, a w roku 2000 zaledwie jednego. A statystyki te oddają zasadniczo stan całego Kościoła: w Szwajcarii nie wyświęcono kapłanów odprawiających nową Mszę od pięciu lat. Jak powiedział kard. Ratzinger w roku 1984: "Z pewnością skutki [Vaticanum II] wydają się w okrutny sposób kontrastować z ówczesnymi oczekiwaniami (?)". W międzyczasie kontrofensywa Tradycji osiągnęła wielki rozmach. Na przestrzeni pięciu lat założone zostały cztery seminaria, zgromadzenie Sióstr Bractwa, Braci Bractwa, Karmelitów? Wkrótce Bractwo obecne było w ponad 30 krajach (obecnie jest w ponad sześćdziesięciu) -wszystko to wydarzyło się w ciągu zaledwie kilku lat. A wszystko to pomimo potępień ze strony mediów oraz pomimo niesprawiedliwych i nielegalnych cenzur ze strony modernistycznego duchowieństwa. W obliczu zagrożenia, jakie stanowił dla nich ruch tradycjonalistyczny, reformatorzy zmuszeni zostali do zmiany taktyki. Siły okupujące Kościół traciły członków w astronomicznym tempie - na przykład liczba uczestniczących we Mszy na terenie Francji spadła do zaledwie 7% wszystkich ochrzczonych. Jeśli sprawy dalej toczyłyby się tym torem, wkrótce nikt nie uczestniczyłby w nowej Mszy. Posługując się wcześniejszą analogią, pojawiło się zagrożenie, że okupowane terytorium zostałoby wkrótce bez ludności, narastał opór wobec okupacji, a ludzie nadal byli przywiązani do czcigodnych obrzędów swych przodków. Coś trzeba było z tym zrobić.

Indult z roku 1984

Tak więc w roku 1984, widząc jak wielu wiernych jest całkowicie rozczarowanych nową Mszą, władze rzymskie zainicjowały nową politykę. W październiku tego roku Jan Paweł II ogłosił dokument Quattour adhinc annos. Dawał on każdemu ordynariuszowi diecezji na świecie prawo udzielania indultu, pozwalającego kapłanom na odprawianie a wiernym na uczestnictwo w Mszy wedle mszału z roku 1962. Widzieliśmy już, jakie niebezpieczeństwo niesie za sobą sama idea uzyskiwania zezwolenia na odprawianie Mszy. Istniało jednak kilka warunków, które czyniły ten dokument nie tylko bezużytecznym, ale nawet niemożliwym do wcielenia w życie. Po pierwsze kapłani odprawiający wedle tego indultu nie mogli kwestionować poprawności doktrynalnej nowego rytu. Domagano się nawet, by stanowisko to było jednoznacznie i publicznie wyrażone - poprzez kazania lub inne działania. Po drugie owo prawo do odprawiania tradycyjnej Mszy powinno być wykorzystywane w taki sposób, by nie przeszkadzało w stosowaniu reformy liturgicznej [Pawła VI] do życia wspólnoty Kościoła. Po trzecie intencja tego dokumentu była jasna, miał on: "ułatwić komunię kościelną ludziom, którzy czują się przywiązani do tych form liturgicznych". Już później kard. Mayer będzie to interpretował w taki sposób, że zgoda na tradycyjną Mszę jest jedynie tymczasowym ustępstwem mającym na celu przywrócenie tych wiernych do "komunii eklezjalnej", której "normalnym wyrazem" jest nowa Msza. Należy zauważyć, że aż do tego momentu ludzie przywiązani do tradycyjnego rytu nie byli postrzegani jako pozostający poza Kościołem. Znaczenie tych trzech warunków jest oczywiste. Msza może być sprawowana wedle starego rytu, ale jedynie pod warunkiem, że akceptuje się nowy ryt. Jeśli się nad tym zastanowimy -jest to całkowicie bezsensowne. Jeśli ktoś akceptuje nowy ryt, normalne jest, że jest on zobligowany do celebracji w tym właśnie rycie. Jeśli ktoś wierzy, że nowy ryt jest doktrynalnie zdrowy - nie ma powodów by go odrzucać, chyba że w grę wchodzą powody osobiste czy sentymentalne. W ten sposób Msza staje się jedynie wyrazem sentymentu, a nie wiary. Sam cel Mszy - uświęcanie i zadośćuczynienie za grzech jest wiec zredukowany do przejawu sentymentu religijnego. Jest to nie do przyjęcia dla żadnego świadomego swej wiary katolika. Drugi z tych warunków uniemożliwia de facto jakiekolwiek odprawianie tradycyjnej Mszy. Wymóg, by "nie przeszkadzało [to] w stosowaniu reformy liturgicznej [Pawła VI] do życia wspólnot Kościoła" oznacza, że tradycyjna Msza będzie musiała być odprawiana wedle nowego kalendarza, z nowymi czytaniami i na stole, a nie na ołtarzu. Oznacza, że tradycyjna Msza nigdy nie może stanie się normalną Mszą w parafii, zawsze odprawiana będzie w późnych godzinach, zmodyfikowana i z dziwactwami zaczerpniętymi z nowej Mszy. Biskup mógłby pozwolić na tradycyjną Mszę, ale np. o dwudziestej, kiedy nikt nie może w niej uczestniczyć, albo jeśli będzie ona odprawiana twarzą do ludzi, ponieważ w taki sposób zbudowany jest kościół, albo też z tekstami zaczerpniętymi z nowego lekcjonarza. Trzeci warunek jest równie zwodniczy. Przed rokiem 1984 nie wspominało się o tym, by tradycjonaliści znajdowali się "poza komunią kościelną", obecnie jednak z powodu ich przywiązania do Mszy przodków potrzebne są rzekomo wysiłki ekumeniczne, w celu przyciągnięcia ich z powrotem do zreformowanego Kościoła. Z jakiegoś powodu, poprzez swe przywiązanie do Tradycji Katolickiej znajdują się oni poza Kościołem. Wszystkie te warunki można by porównać do sytuacji, w obliczu ktorej staje żołnierz walczący z okupantem. Żąda się od niego, by złożył broń i nie krytykował nowego reżimu. Wymaga się od niego, by wtopił się w społeczeństwo - by zdjął mundur. Potem zaś poprzez stopniową akceptację nowego reżimu zacznie on akceptować również nowe zwyczaje. Rzecz jasna żołnierz często nie ma wyboru w tych kwestiach. Jednak dla nas, gdy dotyczy to użycia naszej woli w kwestiach, które znajdują się całkowicie pod naszą kontrolą, byłoby to zdrada wobec sprawy, dla której trzymamy się Tradycji. Byłaby to dezercja z pola walki. Skutki indultu z roku 1984 były daleko większe niż poprzedniego, dotyczącego jedynie Anglii i Walii. Kilku biskupów, zwłaszcza w Ameryce oraz Francji zaczęło wykorzystywać ten indult, by na siłę zmusić wielu kapłanów i wiernych do powrotu do reform Vaticanum II. Msze indultowe były strategicznie lokalizowane niedaleko kaplic, w których odprawiana była Msza Trydencka, z wyraźną intencją odciągania z tych kaplic wiernych. Bezpośrednią konsekwencją praktyczną miało być zmniejszenie uczestnictwa we Mszach sprawowanych w kaplicach oraz powstrzymywanie ich rozwoju. W tym samym czasie wierni byliby wydani w ręce duchowieństwa, które stopniowo ukazywałoby im bogactwo nowego rytu. W praktyce oznaczałoby to, że dozwolona byłaby jedynie Msza - inne sakramenty takie jak chrzest, małżeństwo, bierzmowanie byłyby udzielane wedle rytu zreformowanego. Tradycyjna Msza byłaby jak ogród zoologiczny, w którym owe niebezpieczne przedpoborowe idee mogłyby być trzymane pod kontrolą i nadzorem, i zawsze dokładałoby wszelkich starań, by nie wydostały się one ze swej klatki. Ludzie mogliby przychodzić i je oglądać, ale jedynie przy wyjątkowych okazjach i nigdy nie miałoby to praktycznych konsekwencji w realnym życiu. Można by więc być katolikiem przez kilka godzin w niedzielę, nie powinno to jednak przeszkadzać wdrażaniu - wedle słów indultu - zreformowanej liturgii. Warunki tego indultu ukształtowały politykę kongregacji rzymskich wobec Tradycji na długi czas, jednak z niewielkim powodzeniem. Wielu biskupów po prostu nie jest zainteresowanych Mszą Trydencką - zostali oni, jak by nie było, mianowani na swe stolice po to, by wdrażać reformę. Indult służy zasadniczo jako narzędzie do stopniowego przeciągania tradycyjnych grup na stronę reformy, biskupi nie interesują się więc nim specjalnie, chyba że w ich diecezji istnieje bardzo liczna grupa wiernych przywiązanych do starego rytu. Biskupi są przede wszystkim ludźmi Vaticanum II, ich wysiłki skoncentrowane będą więc raczej na wdrażaniu idei soborowych, niż na zachowywaniu Tradycji.

Indult z roku 1988

Moderniści łudzili się, że opór ze strony tradycyjnych wiernych zostanie stopniowo zneutralizowany, że porzucą oni walkę i odnajdą miejsce wśród różnych Mszy indultowych. Najlepszą polityką było po prostu ignorowanie Tradycji i w nadziei, że ruch ten samoistnie zaniknie. Abp Lefebvre był już w zaawansowanym wieku, wydawało się więc, że to jedynie kwestia czasu. A jednak Arcybiskup ogłosił w roku 1987, że zamierza konsekrować w następnym roku biskupów. W kongregacjach rzymskich zapanowała prawdziwa panika i byliśmy świadkami bezprecedensowego ożywienia i uprzejmości wobec Tradycji. Kard. Gagnon przybył do Econe i wychwalał dzieło Arcybiskupa. Rozmowy z papieżem, z kard. Ratzingerem, listy mające wykazać błędy Vaticanum II (wszystkie pozostały bez odpowiedzi). Na koniec osiągnięto porozumienie co do tego, że dla Tradycji wyświęcony zostanie biskup i abp Lefebvre podpisał 5 maja protokół zapewniający, że kandydat będzie konsekrowany w tym celu, by kontynuować dzieło Bractwa św. Piusa X. Jednak choć władze rzymskie podpisały ten protokół, nie zamierzały honorować zawartego porozumienia. Arcybiskup zapytał o bardzo praktyczną kwestię: kiedy mogłaby się odbyć ceremonia konsekracji - i zaproponował jako porę najbardziej odpowiednią koniec roku seminaryjnego. Okazało się jednak, że to niemożliwe, że to za szybko. To może w sierpniu, w uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny? Nie, to nie najlepsza pora. Może na Boże Narodzenie? Niech się zastanowimy.. I tak dalej. Podpisali oni protokół, którego nie mieli zamiaru honorować, więc Arcybiskup dokonał konsekracji biskupów, na którą Rzym zasadniczo udzielił już zgody, pomimo iż niesprawiedliwie twierdzi się, że Arcybiskup działał bez mandatu papieskiego. W wyniku tych konsekracji Rzym opublikował motu proprio Ecclesia Dei stwierdzający zaciągnięcie przez Arcybiskupa ekskomuniki, co było zarówno niesprawiedliwe jak i bezprawne. Różne wspólnoty indultowe, czy jak je nazywamy wspólnoty Ecclesia Dei stworzone zostały z tych, którzy opuścili abpa Lefebvre. Na przykład Bractwo świętego Piotra utworzone zostało z byłych członków Bractwa świętego Piusa X. Klasztor Dom Gererda we Francji, choć ten ostatni uczestniczył w samych konsekracjach biskupich, zintegrowany został później ze strukturami Ecclesia Dei. Również liczne inne małe grupy dostały się na przestrzeni kolejnych lat pod parasol Ecclesia Dei. Wszystkie one jednak, aby uzyskać uznanie kanoniczne, spełnić musiały warunki wymieniane przez indult z roku 1984, czyli owe trzy warunki, o których już mówiliśmy: żadnej krytyki soboru i jego reform; żadnego uszczerbku dla wdrażania reformy liturgicznej i cytując konstytucje Bractwa świętego Piotra: "praca nad doprowadzeniem do jedności tych, którzy pozostają skłóceni z Kościołem na tle obecnych reform liturgicznych". Każda z tych wspólnot zaprzestała w zasadzie realnej opozycji wobec reform soborowych, jako że samym warunkiem ich uznania było zaprzestanie polemik dotyczących soboru. Moglibyśmy podać długą i smutną listę serii kompromisów, które sparaliżowały ich apostolat i opór wobec Kościoła soborowego. Wszystkie one doprowadzone zostały ostatecznie do akceptacji czy nawet celebracji Mszy w nowym rycie. Nie jest to jednak celem obecnej konferencji. Ważniejsze jest zrozumienie, że samą zasadą Mszy indultowej jest kompromis, który prowadzi do autodestrukcji, a nawet do zdrady walki o wiarę i prędzej czy później doprowadzić musi do utraty wiary katolickiej. Posunąłbym się nawet do twierdzenia, że większymi wrogami Kościoła są dziś nie tyle moderniści, ale ci, którzy z modernizmem współpracują. Moderniści są jak siły okupacyjne, tak naprawdę są oni zainteresowani jedynie posiadaniem władzy, jaką dają im diecezje i dykasterie rzymskie do szerzenia swej nowej doktryny. Nie usiłują oni jednak usprawiedliwiać tej doktryny - posługują się argumentem z autorytetu: papież tak mówi, papież to zmienił, sobór tego chce, sobór tego zakazał. Nie próbują nawet cytować papieży żyjących ponad cztery dekady temu. Dla nich Kościół zaczął się podczas II Soboru Watykańskiego, przedtem nie wydarzyło nic specjalnie godnego uwagi. Dla nich wybór jest więc zupełnie prosty - pomiędzy tym, co papieże nauczali wcześniej a tym, czego nauczają obecnie. Jednak wspólnoty Ecclesia Dei usiłują w karkołomny sposób usprawiedliwić dokumenty Vaticanum II i pogodzić je z Tradycją. Znają oni trochę Tradycję, w istocie wielu z nich było jej obrońcami, znają więc język poprzednich papieży. Chcieliby jednak, by papieże ci mówili to samo, co II Sobór Watykański. Tak więc przez rozmaite naciągane argumenty ludzie ci usiłują usprawiedliwić dokument Dignitatis humanae o wolności religijnej, jako pozostający w jakiś tajemniczy sposób w zgodzie z Tradycją, pomimo faktu, że sami jego autorzy twierdzili, że nauka Kościoła w tej kwestii uległa zmianie. Podobnie usiłują oni obronić doktrynę ekumenizmu posługując się argumentami z Tradycji, podczas gdy sam papież interpretuje go w całkowicie przeciwnym sensie, w sensie Asyżu. Podczas gdy moderniści narzucają po prostu nowy ryt Mszy ignorując jakikolwiek zmysł Tradycji, jedynie tak zwani konserwatyści usiłują na wszelkie sposoby wykazać, że ryt ten jest ortodoksyjny, ważny i prawomocny. Tak więc prawdziwym wyznawcą Vaticanum II nie jest modernista, jest to tak zwany konserwatywny katolik, który usiłuje interpretować rewolucję na sposób tradycyjny. Próby te są jednak nie tylko z góry skazane na niepowodzenie, są również ze swej istoty szkodliwe. Ten rodzaj działań przedłuża jedynie okupację Kościoła przez idee, które są mu całkowicie obce i umożliwia modernistom stopniowe niszczenie tradycji Kościoła. Ludzie ci są kolaborantami, którzy osłabiają obronę Kościoła poprzez akceptację i próby usprawiedliwienia idei, które są powodem obecnego kryzysu.

Zakończenie i wnioski praktyczne

Na zakończenie tego, co do tej pory powiedziałem, chciałbym przejść do kilku wniosków praktycznych. Po pierwsze Msza indultowa. Czy możemy w niej uczestniczyć? Jest to z pewnością pytanie, które często sobie zadajecie. Aby na nie odpowiedzieć, wystarczy przypomnieć sobie to, o czym już mówiliśmy: jest to wynik kompromisu. Msza indultowa ustanowiona została w tym celu, aby doprowadzić wiernych do akceptacji nowej Mszy. Możecie więc oczekiwać podczas kazań indultowych pouczeń, że Chrystus Pan ustanowił Mszę jako ucztę, możecie usłyszeć o konieczności zmian w naszych czasach etc. Choć sama Msza może być celebrowana bardzo pobożnie i prawidłowo, cel jest jasny: ma ona doprowadzić wiernych do "zwykłego" sposobu jej celebracji. Jako taka Msza ta może być dobra, zagrożenie stanowić może jednak na przykład nauczanie podczas kazania. Ponadto kapłan odprawiający Mszę indultową odprawia na co dzień nową Mszę, będzie więc postępował stosownie do przyzwyczajeń nabytych podczas jej celebracji. Istnieje więc niebezpieczeństwo zmieszania dwóch rytów, zezwalania na przyjmowanie Komunii na rękę czy na inne świętokradztwa. W każdym przypadku należy roztropnie osądzić jak prawdopodobne jest niebezpieczeństwo, jednak również chrześcijańska roztropność podpowiada nam, że jeśli istnieje możliwość uczestnictwa we Mszy, podczas której niebezpieczeństwa te nie występują, mamy obowiązek udać się właśnie na nią. Trzeba również pamiętać, że Msza nie jest jedynie prywatną formą pobożności, ale aktem publicznym. Uczestnicząc we Mszy indultowej pośrednio dajemy do zrozumienia, że zgadzamy się z warunkami wymaganymi dla udzielenia indultu, warunkami które są, jak widzieliśmy, nie do przyjęcia. Jeśli jednak nie ma innej możliwości uczestnictwa w tradycyjnej Mszy, oczywiście powinno się uczestniczyć w indulcie, zamiast w Mszy modernistycznej - należy jednak być w pełni świadomym, że nie jest to sytuacja idealna. Konferencja ta nie ma na celu krytykowania tych, którzy uczestniczą we Mszy indultowej - w Mszach tych uczestniczy wielu dobrych katolików, dostrzegających problem jaki niesie ze sobą nowa Msza. Być może nie rozumieją oni jeszcze wszystkiego, zachowali jednak przynajmniej zmysł wiary. Są nawet tacy, którzy odkryli Tradycję dzięki indultowi. To, co było pomyślane jako droga do nowej Mszy, jest często drogą odejścia od niej. Bóg czyni dobry użytek z tej sposobności aby doprowadzić do siebie dusze, pragnie bowiem ich uświęcenia. Jednak owe prawdziwie pobożne dusze same dojdą z czasem do wniosku, że indult nie jest rozwiązaniem i w naturalny sposób, o ile wytrwają w swej walce o Tradycję, dołączą do tych, którzy opierają się reformom w sposób konsekwentny i spójny. A co z motu proprio Summorum pontificum? Czyż nie zmienia ono wszystkiego? Pod pewnym względem motu proprio jest wielkim zwycięstwem Tradycji i usprawiedliwieniem walki podjętej przez abpa Lefebvre. Fakt, że Stolica Apostolska przyznaje, iż Msza Trydencka nigdy nie została zniesiona i że każdy kapłan mam prawo ją odprawiać jest ważnym punktem zwrotnym w naszej walce o prawa Tradycji. Fakt, że prawo Kościoła uznaje to, jest dowodem na słabość okupacji. Kiedy jednak przyglądniemy się stosowaniu i praktycznym dyrektywom dotyczącym motu proprio dojdziemy do konkluzji, że znajdujemy się w sytuacji bardzo podobnej jak po ogłoszeniu poprzednich indultów. Sami dobrze wiecie, jak hojnie biskupi się do niego stosują. Rzym powiedział, że każda parafia powinna mieć przynajmniej jedną Mszę w starym rycie, ile jednak takich parafii możecie wskazać w waszej diecezji? Bardzo niewiele, jeśli nie żadnej. Ponadto Msze sprawowane wedle wolności potwierdzonej przez papieża podlegają często tym samym wypaczeniom i niespójnościom co Msze indultowe - przykładem może być Msza która miała być odprawiona 18 maja w katedrze w Cardiff. Dziekan katedry nalegał, by służyły do niej ministrantki, co ostatecznie doprowadziło do odwołania celebracji. Podobne przykłady można by mnożyć i jest to dowodem na to, jak niebezpieczne jest powierzanie odprawiania tradycyjnej Mszy modernistycznym kapłanom. Po drugie, sam papież podczas ostatniej podróży do Lourdes stwierdził, że motu proprio jest jedynie aktem duszpasterskiej tolerancji wobec pewnej grupy ludzi. Powiedział również, że nie ma sprzeczności pomiędzy nową a starą liturgią, co jest po prostu fałszem, i stwierdził, że mogą się one wzajemnie ubogacać. Nie jest jasne, co ma to oznaczać w praktyce, sprawia to jednak wrażenie, że stary ryt będzie w jakiś sposób "ubogacony" przez takie nowinki jak Komunia na rękę czy ministrantki. Co ciekawe, gdy kongregacja rzymska stwierdziła, że wyrażenie "pro multis" (za wielu) jest niewłaściwym i błędnym tłumaczeniem, biskupi dostali cztery lata na korektę ksiąg liturgicznych. Jednak nowa modlitwa za Żydów z tradycyjnej liturgii Wielkiego Piątku została narzucona praktycznie natychmiast. W oczywisty sposób nie chodzi o ochronę wiary czy Tradycji, ale o praktykowanie ekumenizmu z tak zwanymi "integrystami". Na koniec nie wolno nam zapominać, że wdrożenie motu proprio będzie zawsze zależało od kaprysu biskupa diecezji i tych samych duszpasterzy, którzy czynili wszystko co w ich mocy, by wykorzenić tradycyjną Mszę ze swych parafii. Tak więc nadzieja na nagły renesans tradycyjnych Mszy po motu proprio jest czystą iluzją. Dopóki papież nie wzmocni tego dekretu usuwając biskupów, którzy nie chcą się do niego stosować, nie będzie żadnej racjonalnej nadziei na to, by życie parafialne zwykłych wiernych podobne było do życia ich przodków sprzed zaledwie trzech dekad. Tak więc, drodzy przyjaciele, niech mi będzie wolno zakończyć tę konferencję wezwaniem: "Nie porzucajcie walki!" Walczyliśmy przez tak wiele lat, by zachować Tradycję Kościoła i dobry Bóg pobłogosławił nam hojnie wieloma powołaniami i kaplicami na całym świecie. Były zwycięstwa, były też zdrady. Walczyliśmy mężnie przeciwko wszystkim błędom, które okupanci usiłowali nam narzucić - nie zaczynajmy po tylu latach oporu współpracować z heretykami okupującymi Kościół. Walka będzie długa, jako że moderniści naprawdę okupują wszystkie organy Ciała Mistycznego. Zajęli już nasze piękne kościoły i pomniki wiary. Wypaczyli sakramenty i pozwolili na wszelkie rodzaje obrzydliwości w naszych świątyniach. Pamiętacie, jak niegdyś naruszona została integralność waszego kraju, nie tylko przez bomby i broń, ale przede wszystkim przez zniszczenie waszej kultury, waszego języka, waszych zwyczajów - mówiąc wprost - waszej duszy. W jaki sposób się wówczas opieraliście? Niekiedy opór zbrojny jest niemożliwy, jednak o sile danego kraju stanowi nie tylko siła jego armii, ale fakt, że jego tradycja i kultura przekazywana jest następnemu pokoleniu. Polska przetrwała nie dlatego, że miała silniejszą armie, ale dlatego, że wasi rodzice i dziadkowie przekazali wam to, co stanowi o ponadczasowej wartości waszego kraju. Przekazali wam jego tradycję. To właśnie musimy czynić jako katolicy, drodzy przyjaciele. Musimy przekazywać to, co otrzymaliśmy, dokładnie to. Nie możemy współpracować z ludźmi, którzy niszczą Kościół, nie możemy zdradzić naszej wiary przez przyjęcie kompromisu. Bóg dał nam darmo sakramenty i jako wolni ludzie możemy je przyjmować. Tradycja nie jest własnością jednej osoby, pochodzi od tych wszystkich, którzy nas poprzedzili. Nie musimy prosić o zgodę na zachowywanie tradycji naszych przodków we wierze. Naszym obowiązkiem jest ją przekazywać, dawać ją innym i w ten właśnie sposób Kościół będzie trwał do końca czasów, ponieważ Bóg zawsze znajdzie tych, którzy pragną być Mu wierni. Tak więc, moi drodzy przyjaciele, życzę wam właśnie tej wierności, oby Matka Boża, która stała u stóp naszego Zbawiciela gdy był On wyniesiony na Krzyżu, natchnęła was odwagą i siłą, byście pozostali wierni do czasu, aż zobaczymy chwałę Jego Zmartwychwstania, chwalebne zmartwychwstanie Jego Kościoła, jak to zapowiedziała Niepokalana w Fatimie. Niech was Bóg błogosławi i strzeże, dziękuję za waszą uwagę.

Ks. Jan Jenkins FSSPX

Powrót


ks. Karol Stehlin


Nasza walka w obecnych czasach

Jest prawdą objawioną, że katolik tylko poprzez nieustanną walkę duchową może zachować swoją wiarę i stan łaski. Biorąc udział w walce całego Kościoła, współdziała z nim w zbawieniu dusz oraz w ustanowieniu powszechnego królestwa Chrystusa na ziemi, a w szczególności przyczynia się do przetrwania Tradycji apostolskiej i jej tryumfu nad modernistyczną rewolucją w Kościele. Walka ta odbywa się na dwóch płaszczyznach. Musimy walczyć o zachowanie ostatnich bastionów nieskażonej Wiary, o utrzymanie (w miarę możliwości) wszystkich niezbędnych struktur, tj. m.in. kaplic, apostolatu, publikacji, szkół, klasztorów, stowarzyszeń - jest to walka o przetrwanie, walka defensywna, według słów Pana Jezusa: "bądź czujny i utwierdzaj resztki, które wymierają" (Apok 3, 2). Przede wszystkim konieczne jest ratowanie "resztki" wiernych, których życie duchowe jest zagrożone przez wszechobecną mentalność nowej anty-chrześcijańskiej religii. Jest to pierwsza misja katolików Tradycji, codzienna bitwa przeciw rewolucji, która korzysta z wszystkich możliwych środków, aby wyjałowić i zniszczyć życie duchowe wiernych. Jednakże poza tą walką w defensywie istnieje druga, jeszcze ważniejsza, walka o tryumf Chrystusa Króla i Jego niezmiennego, tradycyjnego depozytu Wiary. Tryumf ten jest zagwarantowany przez samego Pana Jezusa, zarówno w Ewangelii, jak i w objawieniach Jego Najświętszego Serca danych w Paray-le-Monial św. Małgorzacie Marii: "będę królował pomimo [starań] Moich wrogów!". Najbardziej znane objawienia Matki Bożej potwierdzają szczęśliwy wynik tej walki: Bestia zostanie zrzucona z tronu, a poprzez tryumf Niepokalanego Serca Maryi nastanie królestwo Chrystusa. Z powodu tego ważniejszego celu ta walka ofensywna ma o wiele wyższą rangę od pierwszej, defensywnej. Mimo iż każdy wierny musi uczestniczyć zarówno w jednej, jak i w drugiej walce, jest jednak niezmiernie ważne, aby je rozróżniać, bowiem każda posiada swój cel i - konsekwentnie - także swoją własną strategię; szczególnie rola Boga oraz nasza znacznie się w jednej i drugiej walce różnią. Zdarza się, że zostają podjęte błędne decyzje, ponieważ myli się właściwy cel walki o przetrwanie z celem walki o tryumf. Trzeba zatem przeanalizować cele i strategie tych rodzajów walk. Chcę podkreślić, że poniższa analiza nie dotyczy tylko przełożonych, lecz wszystkich w ogóle katolików Tradycji, również świeckich.

I. Walka o przetrwanie Konserwatywna siła Kościoła

Kościół katolicki z samej swej natury jest zachowawczy - świadczą o tym wszystkie jego elementy: nauczanie, prawo, liturgia, wielowiekowe zwyczaje, instytucje zakonne i świeckie, reguły życia duchowego etc. Wierni przeważnie nie lubią nowinek i z trudnościami przyzwyczajają się do zmian. Rewolucja soborowa z jej reformami nie odpowiada mentalności katolickiej. Z drugiej strony trzeba jednak przyznać, iż wróg potrafił doprowadzić do stworzenia powszechnie obowiązującego modelu ekumenicznej "poprawności religijnej" poprzez "zburzenie wszystkich kościelnych bastionów" (Jan Urs von Balthasar) i zastąpienie ich kontrolowanym przez siebie wielostopniowym systemem propagandowym i edukacyjnym. Nowe pokolenia są urabiane na masowych zlotach ekumenicznych, np. w Taizé, w ramach ruchów charyzmatycznych etc. Nie należy się więc łudzić, że dający się obecnie zaobserwować pewien wzrost znaczenia sił konserwatywnych doprowadzi do rychłego zwycięstwa. Siły te (w Polsce skupione np. wokół "Radia Maryja") stoją na z góry straconej pozycji, ponieważ nie posiadając wspólnej strategii ani solidnego fundamentu, są wykorzystywane przez wroga, który skłóca je, a przez to neutralizuje ich działalność, podobnie jak to czyni na scenie politycznej z partiami i stronnictwami tzw. prawicy. Chcąc zwyciężyć w walce o przetrwanie, trzeba po pierwsze zrozumieć, że jest ona prowadzona przez mniejszość, która jest liczebnie bardzo słaba. Siły konserwatywne w Kościele rzecz jasna istnieją, lecz ich wysiłki są ciągle neutralizowane przez rewolucyjny establishment, który obecnie posiada niezagrożoną pozycję.
Słaba pozycja publiczna Katolicy Tradycji są świadomi, że bronią praw Boga i Kościoła przed rewolucyjną bestią modernizmu; odwieczne nauczanie teologiczne i moralne Kościoła, duchowość Świętych, przykłady z historii oraz tradycyjne prawo kanoniczne są ich podporą. Zbyt łatwo jednak wyobrażają sobie pokonanie wroga. Chociaż piszą listy, dokumentacje, analizy, próbują dostawać się do mass-mediów, żądają merytorycznych odpowiedzi od władz kościelnych, są ignorowani, a jeśli ich głosy brane są w końcu pod uwagę, to według nowych kryteriów posoborowej rewolucji i według posoborowych "osiągnięć" teologicznych i moralnych, które właśnie są przedmiotem oskarżenia...
Jeśli na tym poziomie chcemy "w imię Boga i Jego praw" wyzywać wroga na pojedynek, to... przegrywamy - co można było zauważyć już kilkakrotnie w historii Bractwa w Polsce: kiedy np. w 1997 roku ks. Nagy opublikował oszczerczy artykuł nt. Bractwa w tygodniku "Niedziela", uważaliśmy się za dość silnych do konfrontacji na drodze sądowej: podajemy do wiadomości bez dalszego komentarza, że sąd uchylił sprawę na korzyść "Niedzieli". Kiedy w 1998 r. Bractwo Św. Piusa X było obecne w Oświęcimiu w obronie honoru Kościoła katolickiego i Krzyża, to pomimo naszych usilnych protestów prasa przedstawiała tę walkę religijną jako działanie polityczne. Kiedy 1999 roku bp Pawłowicz wydał książkę skierowaną przeciwko Bractwu (Lefebvre i lefebryści. Schizma u schyłku XX wieku), nawet "neutralne" czasopisma odmówiły zamieszczenia naszej odpowiedzi, a sam dostojny Autor nie odpowiedział na trzykrotnie ponawianą prośbę o publiczną debatę na temat jego dzieła. Chcąc zwyciężyć w walce o przetrwanie, trzeba po drugie zrozumieć tę słabość i nie trwonić własnych sił, co prowadziłoby do ich wyczerpania i sparaliżowania działań.
Obowiązek przetrwania Celem walki o przetrwanie jest ratunek "resztek, które wymierają". Małe siły Tradycji katolickiej muszą być zachowane: konieczne jest nie tylko przetrwanie instytucji, lecz również zachowanie samych walczących w "dobrej formie", aby "gdy przybędzie boski Mistrz, znalazł sługi swe czuwające". Znaczy to, że należy kłaść największy nacisk na optymalne wykorzystanie tego, co już jest: poprzez kształcenie, pouczenia, katechizację i wszelki rodzaj intensywnego działania, aby utrzymać dusze wiernych w stanie łaski i na drodze gorliwej praktyki życia wewnętrznego. Widocznie Pan Bóg chce właśnie takiego dyskretnego działania, ponieważ nie doprowadza do spektakularnych i masowych nawróceń: rozwój środowiska Tradycji katolickiej jest prawie niezauważalny - tym bardziej trzeba zatem utwierdzać nawróconych poprzez odpowiednią formację. Poza tym nie wolno nam zapominać, że poza walką o przetrwanie mamy być rycerzami walki o tryumf - "zdobycia świata dla Niepokalanej", a przez Nią - dla Chrystusa Króla: będzie to jednak możliwe tylko wówczas, kiedy będzie można wesprzeć się na dobrze zachowanych instytucjach, których wewnętrzne i zewnętrzne struktury trzeba ciągle ulepszać.
Strategia roztropności W walce o przetrwanie nie można liczyć na nadzwyczajne interwencje Pana Boga, ponieważ wystarczy ją prowadzić według zasad przyrodzonej roztropności, która za każdym razem - po dokładnej analizie możliwych zysków i strat danego działania - wskaże na odpowiednią strategię i środki. Roztropność wskazuje na konieczność dyskretnego i spokojnego działania, które nie przekracza sił ani duszpasterzy, ani wiernych. Spektakularne akcje, zawsze dobrze przygotowane i głęboko przemodlone, powinny stanowić wyjątek, ponieważ wymagają one ogromnych wysiłków i wielu nakładów materialnych, które osłabiają szczupły budżet przetrwania naszych instytucji. Nie wolno również zapominać, że główne siły należy zarezerwować na walkę o tryumf Chrystusa Króla.

II. Walka o zdobycie świata


Walka ta ma podwójny cel: zduszenie rewolucji w Kościele oraz powrót Tradycji. Tego podwójnego celu mała liczba wiernych Tradycji nie jest oczywiście w stanie osiągnąć opierając się tylko na własnych, znikomych siłach. A jednak wiadomo z licznych objawień (np. w Quito, La Salette, Fatimie etc.), a także z wypowiedzi wielu świętych (np. św. Ludwika Marii Grignon de Montfort) i świątobliwych osób (np. Anny Katarzyny Emmerich), że walka ta już się zaczęła i że zbliża się - powoli, lecz nieustannie - do ostatecznego zwycięstwa. Co wiemy na temat tej walki? - 1) że prowadzi ją mała grupa tych, którzy są zaangażowani w walce o przetrwanie oraz 2) że skończy ona cudem zmartwychwstania Tradycji katolickiej.

Mała liczba


W La Salette Matka Boża powiedziała: "Walczcie, dzieci światłości, wy, mała liczba, którzy widzicie". Jakie jest z nadprzyrodzonego punktu widzenia znaczenie tej mniejszości, "małego stada", "reszty wiernego ludu"?
Bóg zawsze zachowuje sobie "małą resztę", w której zachowana jest Wiara. Czasem powierza tę rolę jednemu człowiekowi: Mojżesz w pojedynkę był narzędziem Boga, aby uwolnić Izrael z niewoli egipskiej; Dawid, aby pokonać Goliata, miał tylko procę i Wiarę; kiedy Bóg zstąpił z nieba, znalazł tylko jedno niepokalane Miejsce, w którym mógł się wcielić, a na końcu Jego publicznego życia tylko mała garstka pozostała Mu wierna aż do szubienicy Krzyża. Podobnie w historii Jego Mistycznego Ciała - Kościoła - ratunek częstokroć zależał od małej grupy wiernych (i tak np. św. Atanazy uratował cały Kościół w czasach arianizmu, podobnie św. Katarzyna Sieneńska pod koniec awiniońskiej niewoli papiestwa; św. Dominik przyczynił się do zachowania Wiary w rejonach zdominowanych przez katarów etc.).
Boża interwencja zawsze przychodzi w ostatniej chwili, kiedy zawodzi wszelka ludzka nadzieja. To oczywiste: gdyby wszystko nie wydawałoby się już stracone, nie byłby potrzebny "zbawiciel".
Aby jednoznacznie ujawnić cud zbawczej interwencji Boga, trzeba, aby ludzki element, owa "rezerwa Wiary", był minimalny, stanowił znikomą siłę; musi jednak oczywiście w ogóle istnieć. Jest bardzo ważne, żeby zrozumieć ten boski zamysł: kiedy wydaje się, że wszystko już stracone, kiedy Wiara prawie całkowicie zanikła, a Bóg nie ma już - prawie - żadnego "świadka" na ziemi, wówczas Jego tryumf jest bardziej widoczny za każdym razem, kiedy odnawia On swe dzieło, zrujnowane przez ludzkie zaniedbanie. Pan Bóg oczywiście mógłby tryumfować również wtedy, kiedy nie byłoby tego "prawie" - jednak to nie jest Jego wolą: tylko na początku stworzył świat z niczego i na końcu świata "uczyni wszystkie rzeczy nowe" (Apok 21, 5), ale poza tym zawsze chce udziału stworzeń w swoich dziełach. Działa w sposób cudowny, używając ludzkich narzędzi, które są biedne, słabe, są niczym - ale które istnieją.
Bóg posługuje się tą małą resztką, aby wszystko odnowić, zbawić, uratować. Bóg i dziś używa resztki słabych i ułomnych wiernych, aby złamać ogromną siłę Bestii.
Czy to znaczy, że ta resztka ma zamknąć się w sobie i zrezygnować ze starań o nawrócenia innych do Tradycji katolickiej? Bynajmniej! Byłoby to sprzeczne z zasadniczym zadaniem katolicyzmu, którym jest nawrócenie wszystkich dusz na prawdziwą Wiarę. Znaczy to jednak, że owa resztka pozostanie mała z woli Bożej, tak długo, jak długo rządzi Bestia. Wierni muszą zdać sobie sprawę, że z powodu ułomności ludzkiej i genialnych posunięć wroga mało jest dusz, które przez Opatrzność Bożą gotowe są do przejścia spod dyktatury liberalizmu i modernizmu na "margines" Tradycji. Potrzeba właśnie odkrywać te nieliczne "zdrowe dusze", nie zaś myśleć, jakby tu przez szumną propagandę i za pomocą wielkich nakładów powiększyć znacznie liczbę wiernych, gdyż działanie takie byłoby iluzją.

Cud zmartwychwstania

Synteza wszystkich objawień, wypowiedzi Świętych oraz komentarzy Ojców i Doktorów nt. "wielkiej apostazji" w Kościele potwierdza przekonanie, że odnowa Kościoła i powrót do Tradycji Apostolskiej będzie prawdziwym cudem zmartwychwstania. Wskrzeszenie Łazarza (J 11, 38-44) może być wzorem, który pozwoli lepiej zrozumieć ten cud, którego oczekujemy. Przebiega on w czterech fazach: Pierwsza faza to wymagany przez Chrystusa akt wiary: Pan Jezus uzależnia swój cud od stopnia wiary, będącej warunkiem koniecznym Jego interwencji: "Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem (...) czy wierzysz? - Tak, Panie, ja wierzę, żeś Ty jest Chrystus, Syn Boga żywego". Druga faza to wymagany przez Chrystusa czyn ludzki: "Odsuńcie kamień". - Widocznie kamień jest przeszkodą pomiędzy Chrystusem a zmarłym Łazarzem. Tę przeszkodę muszą usunąć ludzie, aby pozwolić działać Chrystusowi. Trzecia faza to boska interwencja: "Łazarzu, wyjdź z grobu!". Tylko Bóg może dokonać cudu przywrócenia do życia. Czwarta faza to znowu wymagane przez Chrystusa działanie ludzi: "Rozwiążcie go i pozwólcie mu odejść". W podobny sposób Pan Jezus wskrzesił córkę Jaira (Łk 8, 54-55). Te cztery fazy powtórzą się w odnowie Tradycji, która stanowi istotny cel naszego działania w walce ofensywnej: Chrystus Król wymaga od nas bezgranicznego zaufania i pełnej wiary: czy wierzymy, że jest On w stanie odnowić Kościół, zwyciężyć modernistyczną rewolucję, najgorszy atak szatana na dzieło Boże? Wielu katolików już w to nie wierzy! Lecz przecież istnieje "mała resztka", na której spoczywa odpowiedzialność - nie samej odnowy, ale jej przygotowania. Pierwszym krokiem w tych przygotowaniach jest właśnie żywa wiara we wszechmoc i miłosierdzie Boże. Boska interwencja nie nastąpi, dopóki nie "odsuniemy kamieni". "Odsunąć kamień" to znaczy usunąć przeszkodę, która powstrzymuje Boga od działania: jest to nasza niewierność, brak żarliwości i modlitwy. Jak to? Pan Bóg uzależnia od naszej gorliwości i wierności wykonanie tego, co On sam gorąco pragnienie dokonać, a mianowicie uzdrowić swoją umierającą mistyczną Oblubienicę? Oto jednak "obyczaj Bożej łaski": Chrystus nie dokonał żadnego cudu, jeśli u proszących Go nie było żywej wiary. Chrystus nie działa, jeśli ze strony ludzi spotyka tylko obojętność. Musi istnieć mniejszość, "resztka", która czeka i czuwa. - Pan Jezus wzywa więc nas do prawdziwej "służby pragnienia": od intensywności tego pragnienia Bóg uzależnia czas zwycięstwa i odnowy. Wskrzeszenie zmarłego, leżącego w grobie od czterech dni, leży poza ludzkimi możliwościami. Podobnie rzecz się ma z katolicką Tradycją, która została pogrzebana przed laty niemal czterdziestu. Jej odnowa może być tylko dziełem Bożej wszechmocy, przeznaczonym, aby ujawnić chwałę Majestatu Bożego: "Ta choroba nie jest na śmierć, ale dla chwały Bożej, żeby Syn Boży był uwielbiony przez nią" (J 11, 4). Bóg jest zazdrosny o swoją chwałę: "Nikomu innemu nie dam mojej chwały" (Iz 40, 11). Nie wolno nam odbierać Mu niczego z Jego chwały, nie wolno nam przypisywać sobie bystrości, mądrości, umiejętności, które należą tylko do Boga. Ratunek Kościoła nie będzie zasługą ludzi, nawet najświętszych. Po swoim cudownym działaniu Bóg wezwie nas ponownie do pracy, "a robotników jest mało". Okoliczności i posłuszeństwo pokażą wtedy każdemu, gdzie z Woli Bożej ma pomóc w odbudowaniu ruin, które pozostawił po sobie modernizm.

Nasza walka: przygotowanie Jego zwycięstwa

Jest oczywiste dla każdego, że cud Boży jeszcze nie nadszedł. Skoro zaś ci sami wierni, którzy walczą o zachowanie resztek tradycyjnych struktur, są równocześnie wezwani do walki o tryumf Chrystusa Króla, to muszą być oni zarówno "ludźmi akcji" w walce o przetrwanie, jak i "ludźmi modlitwy" w walce o tryumf. W tym miejscu rodzi się pytanie: jak pogodzić te dwa obowiązki, te dwa działania w dwóch walkach - i to w samym czasie - według ich obiektywnej rangi? Co jest ważniejsze: "akcja" - czy modlitwa? Działanie zewnętrzne - czy troska o życie wewnętrzne? Przedstawiona powyżej analiza ukazuje ziemską bitwę, w której ciągle przegrywając na szerokim polu, ratujemy ostatnie miejsca ucieczki, i bitwę niebieską, która jest na razie w fazie przygotowania. Najlepsze wyjście polega na dobrym, a zarazem stanowczym podziale swego czasu, aby dać temu, co istotne, najlepszą porę dnia, a temu, co drugorzędne, resztę czasu: a więc najlepszy czas na walkę ofensywną o tryumf i przygotowanie Chrystusowego zwycięstwa, pozostały czas - na walkę defensywną o przetrwanie, o zachowanie bastionów. Na czym polega obecnie walka o tryumf? Chrystus Król przez Niepokalane Serce przygotowuje swe zwycięstwo - a więc to On sam pragnie końca okupacji Kościoła przez rewolucję. Widać jednak, że jeszcze czeka. Oblubieniec opóźnia swoje przyjście, mimo katastrofalnego stanu Oblubienicy i dusz. Dlaczego? - Ponieważ brakuje jeszcze z naszej strony prawdziwego, szczerego i żywego pragnienia. Walka nasza musi być zatem szturmem nieba przez modlitwę i pokutę, a także usuwaniem wszelkich przeszkód, aby Bóg rychło zlitował się nad nami. Musimy być jak owych pięć panien mądrych, mających "olej w naczyniach" (Mt 25, 4). Oblubieniec opóźnia się, ponieważ nie błagamy Go o przyjście z dostateczną intensywnością. Owszem, modlimy się, pragniemy Jego zwycięstwa, ale niedostatecznie mocno: osłabione życie duchowe, brak wielkoduszności w małych i wielkich ofiarach, lekceważenie i obojętność, niestałość w postanowieniach (np. rekolekcyjnych), nieregularność głębokiego życia sakramentalnego i modlitewnego - to wszystko wskazuje, że jeszcze niewystarczająco dobrze walczymy na polu najważniejszej bitwy. Bóg dla swego zwycięstwa wybrał "małą resztkę", pusillus grex, "swoje małe stado", mówiąc, że zarezerwował swoje zwycięstwo "prostaczkom", "maluczkim", "pokornego serca": dopóki nie wypowiemy wojny nie tylko bestii modernizmu, ale także temu, co przydaje jej mocy, mianowicie pysze, to nasza walka w ogóle się jeszcze nie zaczęła. Wroga zwycięży się, jeśli przeciwstawia mu się siłę większą od jego siły; zwyciężymy, jeśli nasza pokora będzie większa od jego pychy. Poza tym otrzymaliśmy od Niego samego najlepszą broń do skutecznej walki i zapewnionego zwycięstwa: nabożeństwa do Jego Najświętszego Serca i do Niepokalanego Serca Maryi. Niepokalana jest pośredniczką wszystkich łask i Jej jedynie została dana obietnica, że nie tylko zniszczy wszystkie herezje na całym świecie, ale także zetrze głowę węża. Pozostać głuchymi na wezwanie Pana Jezusa z Paray-le-Monial i Matki Bożej w Fatimie, to znaczy zrezygnować z udziału w tej walce o tryumf - bo nie można wszak walczyć bez broni, tj. bez tych pomocniczych środków, które zostały nam dane szczególnie dla obecnej, apokaliptycznej walki. Siła złych wynika ze słabości dobrych: chociaż katolicy Tradycji rozumieją potrzebę walki defensywnej, to niestety bardzo często lekceważą, a nawet w praktyce negują swoje główne zadanie na obecne czasy, to znaczy konieczność walki o zdobycie świata. Trudno inaczej wytłumaczyć fakt, że tylko mała część wiernych korzysta stale i gorliwie z sakramentów i z nabożeństw pierwszych piątków i pierwszych sobót miesiąca. Jest to po ludzku zrozumiałe: walka o przetrwanie współgra z naturalną chęcią działania, stanowiąc często coś w rodzaju religijnego przedłużenia działań i akcji politycznych; tymczasem walka o tryumf mieści się w kategoriach wyłącznie nadprzyrodzonych i wymaga konsekwentnego ducha wiary i ufności w Chrystusa Pana. W obliczu nacisków świata, który obywa się zupełnie bez Boga, jest to bardzo trudne. Zacznijmy wreszcie walczyć tak, jak trzeba!

Trzy słowa na zakończenie: ufność, spokój i wytrwałość!

Powrót


"BIADA ŚWIATU DLA ZGORSZENIA" (Prasa)


Kochani bracia w Chrystusie!
Przed tron Boży - jak czytamy w dziele pewnego rosyjskiego pisarza - przybyły jednocześnie dwie ludzkie dusze. Jedna z nich należała niegdyś do mordercy, na którym wykonano wyrok śmierci przez powieszenie, druga zaś do światowej sławy pisarza, którego książki odznaczały się wprawdzie pięknym stylem, ale były pełne bluźnierstw i niemoralności. Na tamtym świecie nie ma protekcji, nie ma usprawiedliwień, i obie dusze zostały srogo osądzone. Na potwornie grubym łańcuchu wisiały dwa żelazne kotły - mówi opowiadanie. Do jednego z nich włożono mordercę, do drugiego pisarza, i dobrze pod kotłami zapalono. Mijały dziesiątki lat. Obie dusze cierpiały okropne męki. Ale pod jednym z kotłów po pewnym czasie zaczął ogień słabnąć... wygasać... aż w końcu zgasł zupełnie. Morderca odpokutował swoje winy. Drugi natomiast ogień płonie i płonie, może nawet silniej niż na początku.
"Panie, to okrucieństwo... to niesprawiedliwość! - woła z bólu pisarz. - Ja nie zabijałem, jak ten oto rozbójnik, nie skonałem na szubienicy. Na ziemi teraz z wielką uroczystością obchodzą setną rocznicę moich urodzin, a ja muszę cierpieć!" - "Nieszczęsliwy robaku, jeszcze ośmielasz się coś mówić!? - grzmi odpowiedź. Ty masz jeszcze odwagę porównywać siebie z tym drugim? Zabił on w gniewie jednego człowieka i odpokutował za to. Ale ty? Iluż to młodziutkich studencików pożera pokryjomu twoje bezecne pisma! Patrz, jak błoto twojej książki brudzi ich kryształoo czyste dusze! I ty ośmielasz się jeszcze mówić?! Ty jeszcze narzekasz? Tamten morderca zabił tylko jednego - a ty? Patrz na tysiące dusz, które oczarowałwś powabem swojej mowy, pięknym stylem. One pod wpływem twoich książek stały się albo staną bezbożnymi, niemoralnymi i brudnymi. A ty jeszcze narzekasz? Ogień pod tobą nigdy nie wygaśnie, a robak toczący twoje serce, nigdy nie zginie. Bo biada temu, kto zgorszył choćby tylko jednego z tych, którzy wierzą w Chrystusa!"
Tu kończy się opowiadanie pisarza. Domyślacie się, Bracia, na pewno, co będzie tematem dzisiejszego kazania. Mówimy jeszcze ciągle o V przykazaniu. "Nie zabijaj!" Ale zabijać można nie tylko stalowym sztyletem - zabijać można i ostrą stalówką. Sztylet zabija ciało, stalówka duszę. Morderczy zamach sztyletu ściga ciężka kara praw świata, gdy tymczasem podstępnemu morderstwu duszy, dokonanemu piórem, nie potrafi zaradzić prawie nic na świecie.
Przypatrzmy się:
I) Czego żąda V przykazanie od pracownika piórem, od pisarza? i
II) czego spodziewa się od nas, od czytelników?

I)Czego żąda V przykazanie od pracownika piórem, od pisarza?


Bracia! Nie ma chyba wynalazku tak brzemiennego w następstwa, jak wynalazek druku. I przedtem ceniono ludzką wiedzę, i przedtem płonęła jasna pochodnia ludzkiego geniuszu, ale przed wynalezieniem druku nie można było skupić koło nauki szerszych mas, nie można było wiedzy rozpowszechniać. Po wynalezieniu druku wszystko się zmieniło! Dawniej bywali królowie, którzy nie umieli czytać, pisać. Dziś czyta każdy! Czyta uczeń w domu, w szkole, w wolnym czasie, często podczas lekicji. Czyta pokojówka po skończonej pracy. Czyta szofer oczekujący pasażera. Czta przechodzień na ulicy, czyta podróżny w pociągu. Czyta ten, kto wieczór nie może zasnąć... Czyta każdy. Ale co cztają? Oto wielkie pytanie: co czytają?
1) Przy dzisiejszym gorączkowym życiu dla przeważnej częsci ludzkości prawie że jedyną lekturą są dzienniki, gazety. Można ubolewać nad tym, że mało kto czyta poważne dzieła naukowe, ale faktem jest, że dzisiejsi ludzie czytają prawie wyłącznie gazetę, która kieruje ich moralnością, i psuje, albo wyrabia światopogląd i smak. Zwłaszcza dla rozbitej nerwowo generacji gazety mają moc sugestii i są bezwzględnym panem.
a) Wobec takiego stanu rzeczy, Bracia, jakie zawrotne poczucie odpowiedzialności powinni mieć ci, którzy drukowanym słowem mogą prowadzić jednostki, rodziny, społeczeństwa, narody na drogi moralności albo zepsucia, powodować zadowolenie albo rozterki, pożytek albo rewolucję, pokój albo wojnę! Tak, kto pracuje piórem, musi mieć poczucie tej olbrzymiej odpowiedzialności. Musi odznaczać się subtelnością uczuć, o jakiej mówi pewien wielki pedagog w opisie ciekawej drobnostki.
"Będąc w wagonie restauracyjnym, potrzebowałem ołówka - pisze pedagog. - Zapytałem przeto kelnera, czy nie ma może ołówków na sprzedaż. _ Nie mam, ale mogę panu pożyczyć. Wieczór będzie pan łaskaw go oddać, bo będzie mi potrzebny. Zgodziłem się. Wieczorem, po powrocie do domu, patrzę, co mam w kieszeni?... Ołówek kelnera!... Pociąg pędzi daleko, wśród ciemności nocy. Kelner na pewno w tej chwili o mnie myśli. A jak mnie przeklina! Ufał mi jako panu i zawiódł się. Swoim roztargnieniem pogłębiłem tylko przepaść między dwoma warstwami społecznymi! Odezwał się we mnie głos: Dlaczego się gryziesz taką drobnostką? Jeden ołówek! Kelner również poprosi kogoś o pożyczenie ołówka i tak samo zapomni... Ale to jeszcze mnie bardziej przestraszyło. Moje zapomnienie staje się powodem tylu grzechów! Zapomnienie? O tym, co myśmy komuś pożyczyli, rzadko zapominamy, tylko zapominamy o tym, co myśmy wypożyczyli od kogoś..."
Tak niepokoi się, myśli i troska się wrażliwe sumienie - z powodu jednego ołówka! O, gdyby każdy robotnik pióra i ołóka tak poważnie zastanawiał się nad swoim powołaniem! Żeby wprzód nim napisze, pomyślał, czy naprawi lub też zepsuje czytelnika!
b) Musimu stwierdzić smutny fakt, że wielu dziennikarzy nie posiada nawet najelementarniejszych śladów poczucia tej odpowiedzialności! Bo gdyby ono w dziennikarzach istniało, czy ośmieliliby się na łamach swoich pism całymi miesiącami wałkować tylko same steki grzechów?! Czy odważyliby się pod różnymi tytułami szperać w skandalach tajemnic rodzinnych i z wyszukaną przewrotnością hołdować zwierzęcym instynktom czytelników?! Gdyby istniało w nich poczucie odpowiedzialności, czy mieliby odwagę pisać z cynizmem o rzeczach najświętszych, albo kłamać z rozmysłem i rzucać oszczerstwa?! Nie ma tak wzniosłej idei, nie ma instytucji, nie ma człowieka tak świętego, by go nie obryzgazł swoją śliną język oszczercy. Gdyby zdawali sobie sprawę z ogromu odpowiedzialności, jaka na nich ciąży, czy odważyliby się w imię "wolności myśli" tak lekkomyślnie, powierzchownie i z tak obrażającym szyderstwem traktować tematy religijne i etyczne oraz instytucje kościelne?! Wolność myśli! Dziś w imię wolności myśli można wszystko drukować: Każdy błąd, bezpodstawną hipotezę albo jawną niedorzeczność. Tylko Bóg może wiedzieć, ile z tego wynika zepsucia i trucizny dla dusz! Na sztandarze Stanów Zjednoczonych widnieje 48 gwiazd, symbol 48 stanów. Jeden z nich nazywa się Tennessee. Sądzę, że niewiele wiemy o nim, nie znamy go nawet z imienia. A jednak przed kilkoma laty cały świat mówił o nim, a raczej o ciekawym procesie, jaki tam miał miejsce. Stan ten posiada mianowicie prawo zabraniające nauczania czegoś sprzecznego z Pismem Świętym. Jeden z profesorów przekroczył to prawo, nauczając o zwierzęcym pochodzeniu człowieka. Rząd wytoczył mu proces! To było treścią tego ciekawego procesu, o którym swojego czasu głośno było na całym świecie. Przede wszystkim sprawa ta nie należy do decyzji sądu, ale do opinii wiedzy i Kościoła. Ale nie można bez wzruszenia czytać i słuchać, że ten stan rzekomo tylko dolarowi hołdującej Ameryki, jeden stan tak mądrze czuwa nad duszą młodzieży, swych przyszłych obywateli, nad ich moralnymi pojęciami. I pytam was, Bracia, czy nam nie wolno rozpowszechniać wypływającej z tego procesu nauki: że ważniejszą rzeczą jest prawowierność myśli niż wolność myśli! Ważniejsza jest moralnoiść niżwiedza! Ważniejszą rzeczą jest wychowanie młodzieży w bojaźni Bożej i w posłuszeństwie dla rodziców i wszelkiej powagi, aniżeli nauczanie, kiedy i jak rozwinął się człowiek z ssaków czworonożnych do dzisiejszej wykończonej postaci, albo w której epoce wymarł ichtiozaurus! Człowiek średniowieczny mniemał, że słońce kręci się naokoło ziemi, a jednak budował katedry i w ich cieniu tworzył harmonijne życie. A dziś? Nasza młodzież, po opanowaniu rozległej wiedzy - nie umie sprzeciwić się złu! Odkryliśmy wielkie prawa natury, a zapomnieliśmy wiecznych praw moralności. Odkryliśmy tajemnicę latania, pływania pod wodą, radio - a zgubiliśmy tajemnicę spokojnego i harmonijnego życia. Przyczyna tego w wielkiej mierze leży w ustawicznym nadużywaniu czcionek drukarskich i niszczeniu duszy przez prasę! Jak okropne spustoszenie powoduje niemoralna prasa, ilustrowane tygodniki i zła książka, można się domyśleć ze słów filozofa Kierkegaarda, znanego z gołębiego serca i spokojnej duszy: "Bóg wie - pisze - że nie jestem chciwy krwi, że jestem świadom swojej odpowiedzialności wobec Boga: a jednak w imię Boga przyjąłbym na siebie odpowiedzialność i kazałbym rozpocząć ogień karabinowy, gdybym się wprzód dokładniej przekonał, że przed lufami karabinów nie ma innego człowieka, żadnego tworu żyjącego - prócz dziennikarzy!" Jakież okropne doświadczenia musiał mieć ten łagodny filozof!
2) Ale czy lepiej wychodzą na tym ci, którzy poza gazetami czytają książki? Mówimy o książce, że jest więcej warta niż przyjaciel. O przyjaźni zaś mówi przysłowie: Powied, z kim się przyjaźnisz, a powiem ci , kim jesteś. A teraz oglądnijmy się naokoło i zastanówmy się, jakie książki mają największy popyt i jakie książki-przyjaciółki czychają na każdym kroku czytelnika? Począwszy od szklanej budki kiosku kolejowego, przez wystawy księgarń, aż do antykwarni, wszędzie biją w oczy rażące zmysłowością broszury, tygodniki znacznie przekraczające linię demarkacyjną moralności, romanse rozdrażniające wyobraźnię brudnymi myślami i grzeszną lubieżnością. Bracia! Skarżymy się na wielkie braki w stanie zdrowotnym naszego społeczeństwa. Poświęcamy wielkie sumy na wzmocnienie siły narodu! W tym samym czasie bez słowa sprzeciwu patrzymy na grasowanie niemoralnych druków, na burzycielską prasę, nad którą nie ma większego wroga narodowe zdrowie. Nie widzimy, że książki zagrażające moralności nie zatrzymują się przed wejściem do świątyni rodziny ani przed białymi drzwiami pokoi panieńskich. I tam się już dostały! Bo zło umie się zamaskować i ukryć. Ewangelia, z której bije najgłębsza znajomość duszy, nazywa aniołów upadłych nie tylko diabłami, wężami, smokami, lwami ryczącymi, ale - dziwnie to będzie brzmiało - siewcami ziarna. Zły duch jako sieca! Jakiż to dziwny obraz, a jednak jak przerażająco realny! Zło wśród ludzi zazwyczaj nie występuje w całej swojej ochydzie - bo każdy by się nim przeraził. Nie, nie. Chwast, zepsucie i grzech jest z początku ledwie dostrzegalny. Któż dostrzeże w wirze życia rozsiane małe ziarenka? Dobre czy złe! Dlatego groźniejsze jest zepsucie rozrzucone przez siewcę, niż napady węża, smoka i lwa ryczącego. Ten ostatni zwłaszcza przeraziłby ludzi, którzy obojętnie patrzą, jak siewca sieje ziarna zła do rodziny, życia społecznego i wszystkich jego przejawów. Druki diabelskie czyhają zwłaszcza na duszę młodzieży. Na dusze tych, od których silnych muskułów, jasnego spojrzenia, gładkiego czoła i czystej krwi zależą nowe tysiąclecia istnienia narodu. Mówiąc o tym, chciałbym ogniem wypalić moje słowa! Bo kogo mam na myśli? Wampirów kieszeni, dla których nie ma nic świętego, którzy drukują, sprzedają i kładą na wystawę najbrudniejsze plugastwa, zabagniają moralność, żeby tylko z tego wydobyć pieniądz. Trucizny nie wolno byle komu mieć na składzie, nawet aptekom wolno ją wydawać tylko z polecenia lekarskiego. Ale zatruwające duszę obrazy i książki może byle kto sprzedawać i kupować. O to nikt się nie troszczy. Jakżeż obużamy się, gdy policja wykryje przemytników kokainy! Ale czyż nie tysiąckrotnie bardziej zabija i niszczy duszę trucizna grzesznej, zmysłowej lubieżności?!

II) czego spodziewa się od nas, od czytelników?

1)Nie wystarcza wiedzieć tylko o tym. Nie wystarcza potępiać. Nie! Nie! Bakterii nikt nie przeklina - ale z trwogą ich unika! Szerzeniem się epidemii nie gorszymy się - ale staramy się ją stłumić. Przeciwko niemoralnym i antyreligijnym produktom prasy, przeciwko okropnemu spustoszeniu, jakie czynią, jest tylko jeden środek: popieranie dobrej prasy, a unikanie zepsutej, jak bakterii dżumy! Ale tu właśnie przejawia się opłakana ślepota mas chrześcijańskich! Wprost trudno uwierzyć, że chrześcijanie, ludzie religijni, praktykujący, kupują co dzień pisma i ilustracje, prenumerują czasopisma jawnie lub skrycie, delikatnie albo grubiańsko atakujące naszą wiarę i nasze pojęcia moralne. Najlepsi z nas pracują nad wzmocnieniem chrześcjiańskiej sprawy. Urządzają kongresy prasy, ankiety. A w tym samym czasie nasz chrześcijański lud - jakby oślepiony przez złego ducha - przyjmuje i czyta dziennie setkami tysięcy egzemplarzy gazety, artykuły, stanowiące broń przeciwko zasadom naszej wiary i zabijające prawa moralności. - idę ulicą - pisze wybitny pisarz francuski Pierre I'Ermite i na rogu spotykam diabła. Proszę się nie bać! Dziś diabeł już nie ubiera się tak strasznie jak dawniej: długi ogon, ognisty język, kopyta końskie... Gdzie tam. Był pięknie ubrany w elegancki garnitur, półtwardy kołnierzyk, prasowane spodnie, jedwabne skarpetki.
- Co tu porabiasz? - zapytałem go.
- Śledzę kongres prasy - brzmiała odpowiedź.
- Zdaje mi się, że narobi ci dużo kłopotu.
- No, nie powiedziałbym - uśmiechnął się szyderczo mój rozmówca. - Urządzajcie sobie ile chcecie zebrań, biedni katolicy! Patrz na tę rękę - pokazał kanciastą dłoń. - Ona doskonale wie, jak trzeba zawiązywać oczy waszemu ludowi. Czy widzisz tego oto eleganckiego pana?... Jemu też zawiązaliśmy oczy. Jest katolikiem, słyszysz? A prenumeruje skrajne pismo lewicowe. Po przeczytaniu wrzuca je do kosza, a wieczorem służąca je czyta. Szliśmy dalej ulicą. Naprzeciwko nas idzie jakaś kobieta.
Widzisz? Ta też ma zawiązane oczy. Idzie właśnie do kościoła, ale z torebki jej sterczy antychrześcijańskie pismo. Kupuje je zawsze po obiedzie. "O tych parę groszy przecież nie wzbogaci nieprzyjaciół. To tylko kropla w morzu!" - broniłaby się, gdybyś jej czynił z tego powodu wyrzuty. Ale ty dobrze wiesz, że i największe morze składa się z kropel. Z dziesięciu groszy tej tercjarki i wielu tysięcy innych buduję swoje pałace, kupuję nowoczesne maszyny drukarskie i drukuję artykuły, godzące w moralny światopogląd. Stanęliśmy przed kioskiem gazeciarza... Szeroko porozkładane stoły pism. Oczy szatana zabłysły pychą:
- Zlicz swoje pisma! No, nie ociągaj się. Policz! Zaczynam liczyć: jeden, dwa, trzy... Trzy - nie ma więcej. - No, a teraz policz moje! Hebanową laską wskazywał pismo po piśmie: - To moje. Artykuły tego pisma pełne są zmysłowości. To też moje: ono zawsze atakuje wiarę. To też. W tym znów piśmie drobne ogłoszenia i korespondencja prowadzą do grzechu wiele naiwnych dziewcząt. To tu... na pozór ani moje, ani wasze... Mówi o sobie, że jest "niezależne", ale w rzeczywistości należy do mnie, bo często pod szatą naukową napada na was, a ilustracjami zabija wiarę w duszy czytelnika. Tamto też moje. Zwróć uwagę na pikantne obrazki... To też i tamto... i to... Widzisz, dotychczas już naliczyłeś 17, a idź do pociągów, na okręty, do kawiarń! Idź do cichych domów, rodzinnych domów! Do poczekalń lekarskich, do fryzjerów, do kasyna. Gdziekolwiek... rozumiesz? - gdziekolwiek! Wszędzie znajdziesz moją najwierniejszą armię: gazety...
2) Kochani Bracia! To całe opowiadanie jest tylko zmyśloną impresją literacką, w której pisarz poglądowo pragnie przedstawić przerażającą potęgę złej prasy. Ale nie jest zmyśleniem, lecz czystą prawdą to, o czym mówił ze zgorszeniem gazeciarz, sprzedający gazety tu naprzeciwko kościoła. Mówił, że ludzie wychodzący z kościoła kupują najbardziej wrogie dla religii pisma. Teraz powiedzcie, Bracia, czy nie szatan zawiązał im oczy? Czy nie miał słuszności gazeciarz, gorsząc się tym? Czy to nie chańba, że ludzie praktykujący, modlący się, chodzący do kościoła są na tyle ślepi w tych sprawach?! "Dwom panom nikt nie może służyć" - powiedział Chrystus Pan pewnego razu. Jeśli więc służysz Chrystusowi, powinieneś strzec się tego, co może cię oddalać od Niego. "Nie zabijaj!" - mówi V przykazanie. A ty lekkomyśnie narażasz swoją wiarę, moralność na zabicie, na śmierć?!
a) Nawet nie potrzeba czytać pism zdecydowanie atakujących wiarę, by ponieść ogromną szkodę. Wystarczy jeśli pismo jest tzw. obojętne: nie napada religii, ale i nie pisze o niej. Wystarczy, jeśli ktoś latami w małych, niepostrzegalnych dawkach, ale systematycznie wpaja w serca swoich czytelników inny światopogląd, a o katolickim nawet nie wspomni. Ani się spostrzeżesz, jak zwiędnie w twojej duszy kwiat poważnego, chrześcijańskiego myślenia. Przed kilkoma laty wydarzył się fakt światowego znaczenia, którego doniosłość trudno nawet przewidzieć. Ojciec święty, rzymski papież, uzyskał z powrotem zupełną niepodległość i niezależność. Następnego dnia po tym wydarzeniu wpadło mi do rąk pewne budzpesztańskie pismo. Na pierwszej stronie olbrzymimi literami wydrukowano wiadomość... O papieżu? Gdzie tam! - "Miss Hungaria została miss Europy!" Otóż to, Bracia! Możemy mieć światowej sławy filozofów katolickich, poetów, artystów; mogą obradować nasze naukowe towarzystwa, kongresy; możemy wysyłać tysiące misjonarzy, bohaterskie dusze, niosące światło Ewangelii między pogan; możemy budować szpitale, przytułki dla sierot, w nich mogą pracować zakonnice z poświęceniem całego życia; może wspaniale szerzyć się myśl katolicka - ty o tym nic nie wiesz, pojęcia nie masz, bo twoje "neutralne" pismo nie pisze o tym ani słowa.
b) I nie mów tak, jak mówi wielu ludzi z pewnością siebie: Proszę się o mnie nie bać, na mnie to nie wywiera żadnego wpływu! Nikt nie może powiedzieć, że nie wywiera wpływu stałe otoczenie, codziennie czytana gazeta. Chcąc nie chcąc, stajemy się lepsi albo gorsi pod wpływem przyjaciół, towarzystwa i lektury! Zdrowie i dobroć nie są zaraźliwe, ale choroba i grzech tak! Wierzę, że nie chcesz stracić wiary! Wierzę, że nie chcesz zepsuć się moralnie. Młynarz w młynie równierz nie chce się zawalać mąką, a jednak jest biały. Kominiarz też nie chce być czarny, a jednak jest powalany sadzą. Święty Paweł nie bez przyczyny napomina: "Nie ciągnijcie w jednym jarzmie z niewierzącymi" (2 Kor 6, 14); "wynijdźcie z pośrodka ich, a odłączcie się" (2 Kor 6, 7). W innym miejscu nawet tłumaczy swoje słowa: "Pisząc do was, iżbyście nie przestawali, to miałem na myśli: Jeśli ten, który się bratem mianuje, jest porubcą, albo chciwcem, albo bałbochwalcą, albo oszcercą, albo pjianicą, albo zdziercą: żebyście z takowym ani jedli" (2 Kor 5, 11).
c) "Nawet wtedy, gdy pisarz odznacza się wspaniałtm stylem? Nawet wtedy nie wolno mi czytać, gdy to jest uznawana światowa wielkość?" Nawet wtedy nie! Niestety są pisarze, którzy nie wahają się oddać wielkiego talentu, otrzymanego od Boga, na usługi zła moralnego, którzy błyskotliwym językiem i czarownym stylem gotowi chwalić grzech, bryd i zarazę. Tych też nie wolno czytać? Zwłaszcza tych nie wolno! Po pierwsze dlatego,że śmietnisko zostanie zawsze śmietniskiem, chociażby je zlano perfumami. Po drugie, dlatego, że ci zdolni, niemoralni pisarze są bardziej niebezpieczni aniżeli ci, których brutalność i niemoralność uderza wprost w oczy. Są pisma ilustrowane, które otwarcie szerzą niemoralność, i są książki i sztuki teatralne, które też otwarcie wysławiają grzech. Kto sięga po nie, z góry wie, co dostaje, bo brudu nie można ukryć. Daleko natomiast niebezpieczniejsze są pisma, które swoje ataki na wiarę i moralność owijają w sztuczną mgłę frazesów i haseł barwnego stylu. Niepodejrzliwy czytelnik tego nie spostrzeże tak długo, dopóki pewnego pięknego dnia nie zmieni się jego światopogląd do tego stopnia, że w końcu i sam prawa moralności będzie uważał za nieznośne i na kazdym kroku znajdzie coś do wyrzucenia z prawd chrześcijańskich. Nasza dusza w stosunku do pięknie wykończonych i delikatnie tonowanych brudów moralnych zachowuje się tak samo, jak organizm cielesny w stosunku do pewnych trucizn. Gdy ktoś zażyje 3-4 gramy trucizny, to umrze, ale jeśli zażyje 6 gramów, to mu to nie zaszkodzi, bo żołądek zaraz ją wydali. Moralny człowiek nie będzie czytał szorstkiej, otwartej, brutalnej pornografii, ale 3-4 gramową truciznę wykwintnych pisarzy niepostrzeżenie połknie i - umrze!
Bracia! Pewne pismo wiedeńskie podało do wiadomości smutne zdarzenie. Pisało, że pewna wiedeńska dziewczyna otrzymała w podarunku ciekawą książkę, do czytania której zabrała się natychmiast. Książka zaciekawiła ją do tego stopnia, że nie mogła oczu od niej oderwać... W między czasie ściemniło się. Żeby więc lepiej widzieć, usiadła przy kominku... Wtedy wyskoczyła iskra... i dziewczyna spaliła się. Wiadomość zaopatrzona była tytułem: "Spaliła się w czasie czytania". "Spaliła się w czasie czytania!" Jakaż to tragiczna myśl, jeśli ją zastosujemy do duszy! Na Rynku w Wiedniu stoi olbrzymi dom, którego jedną część przerobiono na kaplicę. Dawniej był tu teatr, w którym w czasie olbrzymiego pożaru 8 grudnia 1882 r. spaliło się 400 ludzi. Na tę pamiątkę wznosi się tam teraz kaplica. Bracia! Gdyby podać wszystkie wiadomości o duszach, które w czasie czytania spaliły się, nie wystarczyłoby miejsca w pismach całego świata; gdyby na miejscu teatrów, w których spłonęły dusze wiecznym ogniem, stały kaplice, nie brakłoby kościołów na ziemi. Bracia! Jeśli ktoś jest powierzony waszej opiece, uważjcie, by książka, obraz, druk albo teatr nie zabił jego duszy! A każdemu jest powierzony olbrzymi skarb: ałasna dusza! Uważaj! Uważaj, żebyś nie spalił swej duszy w czasie czytania. Amen.

Źródło: "Dekalog" - Dzieła zebrane biskupa Tihamera Tótha, Te Deum Warszawa 2002,
L. 1312/47 VISUM ET ADMISSUM, E Curia Principis Metropolitae Cracoviae, die 15 II 1947
Adam Stefan Kardynał Sapieha - Książę Metropolita Krakowski, Ks. Stefan Mazanek - kanclerz

Powrót


Ojciec Pio wobec rewolucji soborowej

450
Dużo napisano o Ojcu Pio - zdaje się ponad 600 prac - a autorzy zawsze podkreślają nadzwyczajną stronę jego życia, nie tylko szczególne charyzmaty (odczytywanie dusz, uzdrawianie, wskrzeszanie, bilokację, ekstazy, unoszącą się woń, przepowiadanie itp.), ale także straszne cierpienia, których doznawał od wczesnego dzieciństwa, prześladowania ze strony ludzi Kościoła i współbraci, oraz jego dwa wielkie dzieła: otworzenie Domu Cierpienia i założenie grup modlitewnych. Ojca Pio bardziej przedstawia się jako "świętego" raczej do podziwiania, niż do naśladowania, przez co tracimy z naszych oczu najważniejsze lekcje, które winniśmy wynieść z jego życia, i praktyczne konsekwencje, które moglibyśmy zastosować do nas samych. Możemy więc spróbować, choć niedoskonale, przypomnieć kilka z tych lekcji, mając nadzieję, iż będziemy w stanie z nich skorzystać, i że Ojciec Pio z wysokiego nieba sam nam dopomoże, tak jak to obiecał wszystkim tym, którzy chcieliby stać się jego "dziećmi duchowymi". U zarania swego życia całkowicie poświęconego Bogu i duszom, znajdujemy pobożną, biedną i liczną rodzinę, w której osobiste wyrzeczenia jej członków łagodzą trudy codziennego życia. Tu też znajdują potwierdzenie słów msgr. de Segur, który powiedział, że w rodzinach, gdzie brakuje ducha poświęcenia, powołania są najbardziej ryzykowne. Ochrzczonemu dzień po urodzeniu - co było łaską, za którą będzie dziękował przez całe swoje życie - Ojcu Pio nadano imię Francesco (Franciszek), co było zapowiedzią jego franciszkańskiego powołania, które odkrył przy okazji wizyty mnicha kapucyńskiego żebrzącego o jedzenie dla klasztoru. Nawet wówczas jednak decyzja o wyborze powołania nie przyszła bez problemów: "Poczułem w sobie dwie przeciwstawne siły rozdzierające moje serce: świat pragnął mnie dla siebie, a Bóg powoływał mnie do nowego życia. Nie sposób opisać tego męczeństwa. Nawet samo wspomnienie walki, która się wówczas rozegrała, mrozi krew w moich żyłach...". Nie miał jeszcze 16 lat, gdy wstąpił do nowicjatu. Nad drzwiami klasztoru, jako powitanie, przeczytał napis: "Czyń pokutę lub giń". Codzienna reguła życia zawierała wiele modlitwy, dość pracy i niewiele czytania, ograniczonego tylko do studiowania Reguły i Konstytucji zakonnych. Brat Pio dał się poznać przez obfitość łez, które ronił każdego ranka podczas cichej modlitwy, która w domach kapucyńskich jest poświęcona rozważaniu Męki Pańskiej - łez tak obfitych, że koniecznym stało się rozkładanie ręcznika przed nim na podłodze. Podobnie jak w przypadku św. Franciszka, to właśnie wskutek pełnego miłości i współczującego rozważania Jezusa ukrzyżowanego otrzymał później łaskę doświadczenia bolesnych stygmatów na swoim ciele. Mimo to, jak wyznał swemu kierownikowi duchownemu, ojcu Agostino: "W porównaniu z tym, co cierpię na ciele, walki duchowe, które staczam, są dużo gorsze". Pokutowanie dla grzeszników: próby wewnętrzne
Wydaje się, iż Bóg pragnie, aby sprawiedliwi pokutowali w sposób szczególny za grzechy im współczesnych, czyli przez pokusy. W czasach, gdy psychoanaliza, w sprytny sposób znajdująca wytłumaczenie dla winy i grzechu, święciła sukcesy, Ojciec Pio - podobnie jak mała Teresa - miał przejść kryzys zwątpienia prawie nie do zniesienia, który dręczył go przez trzy długie lata. Po tej burzy przyszła noc, noc dla duszy, która trwała przez dziesięciolecia, którą tylko z rzadka rozświetlały błyski światła: "Żyję w nieustającej nocy... Każda rzecz stanowi mi przeszkodę i nie wiem, czy czynię dobrze, czy źle. Widzę, że nie jest to zniechęcenie, ale rujnują mnie wątpliwości czy to, co czynię, zadowala Boga, czy nie. Trwoga ta dopada mnie wszędzie: przy ołtarzu, w konfesjonale, dosłownie wszędzie!". Zamysłem jego mistycznych doświadczeń było, aby jego maksymy były później rozważane: "Miłość jest piękniejsza, gdy towarzyszy jej niepokój, gdyż dzięki temu staje się silniejsza", albo: "Im bardziej ktoś kocha Boga, tym mniej to odczuwa!". święta Teresa od Dziesiątka Jezus przeciwstawiła dumnemu racjonalizmowi jej doby skromną ścieżkę swego życia duchowego, ale też odpokutowała to strasznymi pokusami przeciwko wierze. Jej okrzyk "Będę wierzyć!" jest dobrze znany. Ojciec Pio także doświadczał gwałtownych i długotrwałych pokus przeciwko wierze, jak zaświadczają o tym jego listy do ojca Agostino: "Bluźnierstwa nieustająco przeszywają mój umysł, a nawet bardziej jeszcze fałszywe koncepcje, idee niedowierzania i niewiary. Czuję, że moja dusza jest przebita w każdym aspekcie mego życia - to mnie zabija... Moją wiarę podtrzymuje tylko ciągły wysiłek woli przeciwny każdemu rodzajowi ludzkiej perswazji. Moja wiara jest tylko owocem ciągłych wysiłków, których od siebie wymagam. A wszystko to, Ojcze, nie zdarza się parę razy na dzień, lecz trwa cały czas... Ojcze, jakże trudno jest wierzyć!". Jaka stąd lekcja dla nas? To, że na przykład nie powinniśmy być zaskoczeni, gdy sami do świadczymy podobnego rodzaju pokus.

Kierownik duchowy

Ojciec Pio przeszedł te straszne próby postępując zgodnie z tym, czego nauczył się w nowicjacie: wytrwałość w modlitwie, umartwienie zmysłów, niezachwiana wierność obowiązkom stanu oraz, wreszcie, doskonałe posłuszeństwo swojemu kierownikowi duchowemu. Jego boleśnie przyjęte doświadczenie pozwoliło mu pociągnąć za sobą dusze poszukujące doskonałości i pozwoliło mu być wymagającym. Duszom, którymi kierował, dał pięć zasad: cotygodniowa spowiedź, codzienna Komunia św. i czytania duchowne, rachunek sumienia każdego wieczora oraz cicha modlitwa dwa razy dziennie. Co się zaś tyczy odmawiania różańca, jest to tak oczywiste, że nawet o tym nie wspominamy... "Spowiedź to kąpiel dla duszy. Trzeba ją odbyć przynajmniej raz na tydzień. Nie chcę, aby dusze pozostawały bez spowiedzi więcej niż tydzień. Nawet czysty i niewykorzystywany pokój gromadzi kurz i gdy się wejdzie do niego po tygodniu to widać, że trzeba go znowu odkurzyć!". Tym, którzy określają siebie niegodnymi przyjęcia Komunii św., odpowiada: "Prawdą jest, że nie jesteśmy godni przyjęcia takiego daru. Jednakże przyjęcie Najświętszego Sakramentu w stanie grzechu śmiertelnego to jedno, a brak godności, to co innego. Wszyscy jesteśmy niegodni, ale to On nas zaprasza. To jest Jego pragnienie. Uniżmy się więc i przyjmijmy Go z sercem skruszonym i pełnym miłości". Innemu człowiekowi, który stwierdził, że codzienny rachunek sumienia jest rzeczą zbędną, gdyż jego sumienie zawsze wyraźnie mu ukazuje, czy dany postępek jest dobry, czy zły, odpowiedział: "To prawda. Ale każdy doświadczony kupiec nie ogranicza się tylko do śledzenia w ciągu dnia, czy na danej transakcji stracił, czy zarobił. Wieczorem podsumowuje swoje księgi, aby wiedzieć, co ma czynić dnia następnego. Wynika stąd, że rygorystyczny rachunek sumienia jest wręcz niezbędny: zwięzły ale jasny, każdego wieczora. Szkoda, którą przynosi duszy unikanie czytania świętych ksiąg, przyprawia mnie o dreszcze... Jakąż moc duchową mają te księgi, by doprowadzić do zmiany postępowania, i aby sprowadzić każdego miłośnika tego świata na drogę poszukiwania doskonałości". Gdy Ojcu Pio wprowadzono zakazy, nie spędzał wolnego czasu na czytaniu gazet - "ewangelii diabła" - ale na czytaniu książek nt. doktryny, historii i duchowości. Pomimo tego zwykł mawiać: "Szukają Boga w książkach, ale znajdują Go w modlitwie". Jego zalecenie cichej modlitwy było proste: "Jeśli nie możesz medytować, nie zaniedbuj swoich obowiązków. Jeżeli zaniedbania są liczne, nie trać odwagi; ćwicz się w cierpliwo ści, a jeszcze zyskasz. Określ z góry długość swojej medytacji, a nie opuszczaj swego miejsca przed końcem, nawet gdybyś miał być ukrzyżowany... Czemu się tak obawiasz, że nie możesz medytować tak, jak byś tego pragnął? Medytacja jest sposobem wznoszenia się do Boga, ale nie jest celem samym w sobie. Celem medytacji jest miłość Boga i bliźniego. Miłuj Boga z całej swojej duszy bez ograniczeń, a bliźniego swego jak siebie samego, a to już stanowi połowę twojej medytacji". To samo tyczy się uczestnictwa w świętej Ofierze Mszy, które bardziej polega na czynieniu aktów (skruchy, wiary, miłości...), niż na intelektualnych refleksjach i rozważaniach. Człowiekowi, który spytał, czy koniecznym jest podążanie za Mszą wg mszału, Ojciec Pio odpowiedział, że tylko kapłanowi potrzebny jest mszał. Według niego, najlepszym sposobem uczestnictwa w świętej Ofierze jest zjednoczenie się z Bolesną Matką u stóp Krzyża, we współczuciu i miłości. Dopiero w raju, jak zapewnia swojego rozmówcę, dowiemy się o wszystkich pożytkach, które otrzymaliśmy w wyniku uczestnictwa we Mszy św. Ojciec Pio, który był tak uprzejmy i przyjemny w kontaktach z ludźmi, mógł stać się surowy i nieugięty, gdy chwała Boża była zagrożona, szczególnie wewnątrz kościoła. "Rozgardiasz wśród wiernych mógł być natychmiast ukrócony przez Ojca, który w tym celu otwarcie rzucał spojrzenie na tego, kto nie zachowywał właściwej postawy modlitwy... Jeżeli ktoś stał, nawet z uwagi na brak miejsca w ławkach, Ojciec stanowczo nakazywał mu uklęknięcie, aby godnie uczestniczył w świętej Ofierze Mszy". Nawet rozkojarzony chłopiec na chórze mógł usłyszeć: "Drogie dziecko. Jeżeli chcesz iść do piekła, mój podpis ci niepotrzebny". Powojenna moda spotkała się z tego samego rodzaju cenzurą: "Ojciec Pio, siedząc w otwartym konfesjonale, przez okrągły rok dbał o to, aby kobiety i dziewczęta, które się u niego spowiadały, nie przystępowały do spowiedzi w zbyt krótkich spódnicach. Czasem nawet przyprawiał o łzy taką, która po paru godzinach oczekiwania w kolejce została odesłana z powodu nieprzyzwoitego ubioru... Zdarzało się, że inni starali się pomóc. Gdzieś w rogu próbowali naprędce wydłużyć spódnicę albo pożyczyć swój płaszcz. Ostatecznie, czasami, Ojciec pozwalał upokorzonemu penitentowi przystąpić do spowiedzi". Pewnego dnia jego kierownik duchowy wyrzucał mu jego ostry sposób bycia. Odpowiedział: "Mogę cię posłuchać, ale wiedz, że to sam Jezus za każdym razem mówi mi, jak mam postępować z ludźmi". Tak więc jego surowość była inspirowana z góry, dla chwały Boga i zbawienia dusz. "Kobiety, których ubiór cechuje próżność, nigdy nie przyobleką życia Jezusa Chrystusa. Co więcej, tracą one piękno swej duszy, gdy to bożyszcze wkroczy do ich serca". I niech nikt nie oskarża go o brak miłosierdzia: "Błagam was, abyście mnie nie krytykowali odwołując się do miłosierdzia, gdyż największym miłosierdziem jest ratowanie dusz znajdujących się w szponach szatana, aby wygrać je dla Chrystusa".

Ojciec Pio a Novus Ordo Missae

Ojciec Pio był wzorem czci i poddania się swych duchownym i kościelnym przełożonym, szczególnie w okresie jego prześladowania. Mimo to nie mógł milczeć wobec wypaczeń zgubnych dla Kościoła. Jeszcze przed zakończeniem Soboru Watykańskiego II, w lutym 1965 r., pewien człowiek poinformował go, że wkrótce Ojciec Pio będzie miał odprawiać Mszę św. zgodnie z nowym rytem, ad experimentum, w języku narodowym, zgodnie z wytycznymi soborowej komisji liturgicznej mającymi na celu odpowiedzenie na potrzeby współczesnego człowieka. Natychmiast, zanim jeszcze ujrzał tekst nowego rytu Mszy, napisał do Pawła VI prośbę o dyspensę od tego liturgicznego eksperymentu oraz o umożliwienie mu kontynuowania odprawiania Mszy św. Piusa V. Gdy kardynał Bacci odwiedził go przywożąc odpowiednią zgodę, Ojciec Pio pozwolił sobie na wyrażenie skargi w obecności wysłannika papieskiego: "Na miłość Boską, szybko zakończcie ten Sobór!". W tym samym roku, podczas soborowej euforii zapowiadającej nową wiosnę Kościoła, zwierzył się jednemu ze swych synów duchownych: "W tych czasach ciemności, módlmy się. Czyńmy pokutę za naszego elekta". Właśnie szczególnie za tego, który miał być pasterzem na tym padole, całe swoje życie złożył w ofierze za panującego papieża, którego fotografia znajdowała się wśród zaledwie kilku obrazków dekorujących jego celę. Odnowa życia religijnego? Wiele scen z jego życia jest bardzo znaczących, jak na przykład jego reakcja na aggiornamento zgromadzeń zakonnych przygotowane w następstwie Soboru Watykańskiego II. W roku 1966 Ojciec Generał [Franciszkanów] przybył do Rzymu jeszcze przed specjalną Kapitułą na temat Konstytucji, prosząc Ojca Pio o modlitwę i błogosławieństwo. Spotkał się on z Ojcem Pio w klasztorze: "Ojcze, przybyłem polecić twoim modlitwom specjalną Kapitułę na temat nowych Konstytucji..." Ledwie usłyszał te słowa "specjalna Kapituła" i "nowe Konstytucje" z jego ust, Ojciec Pio uczynił gwałtowny gest i wykrzyknął "to nic innego jak destrukcyjny nonsens". "Ależ Ojcze, mimo wszystko, trzeba wziąć pod uwagę młodsze pokolenie... młodzi ewoluują wraz z nowym stylem życia... są nowe potrzeby...". "Jedyne rzeczy, których brakuje, to rozum i serce, to wszystko, zrozumienie i miłość". Wówczas podszedł do swojej celi, obrócił się i wskazując palcem powiedział: "Nie wolno nam się wynaturzyć, nie wolno nam się wynaturzyć! Na Sądzie Bożym św. Franciszek nie pozna swoich synów!". Rok później to samo się powtórzyło w kwestii aggiornamento dla kapucynów: Pewnego dnia, niektórzy (doradcy generała lub prowincjała zgromadzenia religijnego) dyskutowali z Ojcem Generałem nad problemami Zgromadzenia, gdy Ojciec Pio, w szokujący sposób, wykrzyknął, rzucając odległe spojrzenie: "Po coście przybyli do Rzymu? Co knujecie? Czyż chcecie zmienić nawet Regułę św. Franciszka?". Generał odpowiedział: "Ojcze, proponujemy zmiany, ponieważ młodzi nie chcą słyszeć o tonsurze, habicie i bosych stopach...". "Wygnajcie ich! Wygnajcie ich! Cóż można o nich powiedzieć? Czy są to ci, którzy biorą za wzór św. Franciszka, przywdziewając habit i naśladując jego drogę życia, czy też to nie św. Franciszek daje im ten wielki dar?". Jeżeli weźmiemy pod uwagę, że Ojciec Pio był prawdziwym alter Christus, że jego osoba, ciało i dusza były doskonale upodobnione, jak to tylko możliwe, do Jezusa Chrystusa, jego zdecydowana odmowa wobec Novus Ordo i aggiornamento winna być dla nas dobrą lekcją. Warto też wspomnieć, że dobry Pan zapragnął wezwać Swego wiernego sługę krótko przed tym, jak zmiany zostały nieubłaganie narzucone Kościołowi i Zakonowi Kapucyńskiemu. Warto też dodać, że Katharina Tangari, jedna z najbardziej uprzywilejowanych córek duchowych Ojca Pio, tak wspaniale wspierała księży Bractwa św. Piusa X z Ecône aż do swej śmierci, która nastąpiła rok po konsekracjach biskupich w 1988 r.

Ostatnia lekcja: Fatima

Ojciec Pio w jeszcze mniejszym stopniu poddawał się rozpowszechniającemu się społecznemu i politycznemu porządkowi, czy raczej nieporządkowi, nazywając go (w 1966 r.): "pomieszaniem idei i panowaniem łotrów". Przepowiedział, że komunizm zapanuje "ku zaskoczeniu, bez jednego wystrzału... Stanie się to jednej nocy". To nie powinno nas dziwić, gdyż żądanie Matki Bożej Fatimskiej nie zostało wysłuchane. Ojciec Pio powiedział nawet msgr. Piccinelli, że czerwona flaga będzie przelatywać nad Watykanem, "ale to przeminie". I tu ponownie jego konkluzja pasuje do słów Królowej Proroków: "Na koniec moje Niepokalane Serce zatriumfuje". Znamy środki, za pomocą których Jej przepowiednia się spełni - dzięki mocy Bożej. Ale trzeba ją skłonić za pomocą dwóch wielkich narzędzi znajdujących się w rękach ludzi: modlitwy i pokuty. To jest właśnie lekcja, którą Matka Boża chciała nam przypomnieć na początku wieku: Bóg pragnie uratować świat poprzez nabożeństwo do Niepokalanego Serca Maryi i nie istnieje problem materialny lub duchowy, narodowy lub międzynarodowy, którego nie można by rozwi ązać za pomocą Różańca św. i naszego poświęcenia. To także jest lekcja, którą chciał nam pozostawić Ojciec Pio dzięki swemu przykładowi, a szczególnie poprzez "grupy modlitewne", które założył na całym świecie. "Nigdy nie rozstawał się ze swym różańcem, jeden miał nawet pod poduszką. Podczas dnia odmawiał wiele dziesiątek różańca". Na kilka godzin przed śmiercią, gdy zgromadzeni wokół niego pragnęli jeszcze usłyszeć parę słów, wszystko, co zdołał wypowiedzieć, brzmiało: "Miłujcie Błogosławioną Dziewicę i okażcie Jej swoją miłość. Zawsze odmawiajcie różaniec!".(...)

Tłumaczenie na podstawie artykułu opublikowanego w "Listach do Przyjaciół św. Franciszka" wydawnictwa klasztoru Ojców Kapucynów św. Franciszka w Morgon (Francja), tradycyjnego zgromadzenia wspierającego dzieło arcybiskupa Marcela Lefebvre. "Angelus", maj 1999. o.Jan OFMCap

Powrót


Dlaczego nowa Msza nie jest katolicka?

Tytuł mojej dzisiejszej konferencji może wydawać się nieco szokujący: dlaczego nowa Msza nie jest katolicka. Przez nową Mszę rozumiem oczywiście mszał powstały po reformach II Soboru Watykańskiego, ogłoszony przez Pawła VI bullą Missale romanum w roku 1969. Jest to Msza, w której wielu, jeśli nie większość katolików na całym świecie uczestniczy w każdą niedzielę. Twierdzenie, że Msza ta nie jest katolicka, mogłoby więc wydawać się nieco dziwne. Jak jednak zobaczymy w przeciągu krótkiego czasu, jaki mamy do dyspozycji, kiedy przyjrzymy się treści nowego rytu, takiemu, jaki jest on w istocie, jest rzeczą trudną, jeśli nie wręcz niemożliwą, pogodzić ją z nauką Kościoła odnoszącą się do Najświętszej Ofiary Mszy.

Proszę zauważyć, że powiedziałem: "takiemu, jaki jest on w istocie". Na plakacie informującym o niniejszej konferencji zobaczyć można zdjęcie z celebracji nowej Mszy przez kard. Mahoney podczas konsekracji katedry 2 kwietnia 2002 roku. Tego rodzaju aberracje liturgiczne są niestety bardzo powszechne w kościołach, w których sprawowana jest obecnie nowa Msza. Nie będziemy jednak zajmowali się świętokradztwami takimi jak Komunia na rękę, klaskanie i tańce podczas liturgii itd. Nadużycia te są tak rozpowszechnione i nagminne, że w świadomości wielu ludzi są one wręcz elementami składowymi nowej Mszy. Znajomy ksiądz z Ameryki powiedział mi kiedyś żartem, że potrzebuje indultu nawet na odprawienie nowej Mszy zgodnie z obowiązującymi rubrykami...


Nie mamy jednak czasu zajmować się najrozmaitszymi nadużyciami liturgicznymi, jakie katolicy na całym świecie zmuszeni są obecnie znosić. Ograniczymy się do doktrynalnych nieścisłości nowej Mszy, czyli do jej oficjalnego łacińskiego tekstu ogłoszonego przez Watykan, wolnego od wszelkich nadużyć. Zobaczymy, że nawet w swej najczystszej formie nowy ryt jest pod wieloma aspektami doktrynalnymi ułomny i że in se, czyli sam w sobie, nie wyraża wiary katolickiej w sposób zdefiniowany przez Kościół.


Owe liturgiczne ekstrawagancje są naprawdę niczym w porównaniu z odchyleniami doktrynalnymi obecnymi w nowym mszale, trzeba też mieć świadomość, że częstokroć owe doktrynalne nieścisłości stały się źródłem wielu z nadużyć, których jesteśmy obecnie świadkami. Na przykład Komunia na rękę nie mogłaby zostać wprowadzona, gdyby uprzednio nie została zmieniona nauka dotycząca natury Najświętszego Sakramentu oraz Mszy. Zastępowanie wyświęconych kapłanów przez wiernych, czy też, jak się ich obecnie nazywa "świeckich szafarzy", nie byłoby możliwe bez całkowicie nowego pojmowania Mszy, a więc i kapłaństwa.


Tak więc, koncentrując się na doktrynie wyrażonej przez nowy ryt Mszy, będziemy w stanie odnaleźć przyczynę i źródło rozmaitych utrapień, dotykających obecnie nasze kościoły i parafie.

Porządek konferencji

Niniejsza konferencja składać się będzie z trzech głównych części. Na początku - jak myślę - dobrze będzie przypomnieć pokrótce, czego Kościół katolicki naucza o Najświętszej Ofierze Mszy. Doktrynę tę można znaleźć przede wszystkim w słowach Chrystusa Pana wypowiedzianych w Wielki Czwartek oraz w nauce Doktorów Kościoła oraz definicjach doktrynalnych formułowanych przez papieży oraz sobory, zwłaszcza przez Sobór Trydencki, który zdefiniował wiele prawd dotyczących tej czcigodnej tajemnicy naszej wiary. Dalej zobaczymy, w jaki sposób ryt Mszy używany przed wprowadzeniem nowego mszału streszczał a zarazem chronił to nauczanie Kościoła. Następnie przyjrzymy się nauczaniu wyrażanemu przez nową liturgię Mszy, przytaczając nie tylko tekst jej samej, ale również autorytatywnego dokumentu tłumaczącego jej autentyczny sens, oraz wypowiedzi członków Concillium, czyli komitetu będącego rzeczywistym autorem reform liturgicznych. Na koniec zobaczymy, że nowej Mszy nie tylko brak jest doktrynalnej precyzji, jaką powinna posiadać , ale również że sami jej autorzy pragnęli wyraźnie, żeby wyrażała ona doktrynę inną niż nauka zdefiniowana przez Sobór Trydencki. Poczynimy też kilka praktycznych obserwacji i konkluzji dotyczących tego fundamentalnego faktu. Zarzut: nie wolno krytykować Stolicy Apostolskiej!
Niech mi będzie wolno na samym początku, przed przejściem do tematu niniejszej konferencji, ustosunkować się do zarzutu, że nie wolno nam krytykować rytu, który Kościół katolicki podaje nam za pośrednictwem Stolicy Apostolskiej, że byłoby czymś bezbożnym a nawet gorszącym badać czy krytykować ryt, w którym uczestniczy większość katolików. Jest to po prostu nieprawda. Każdy katolik ma moralny obowiązek szukać rozwiązania dylematu stworzonego poprzez wprowadzenie nowego rytu. Nigdy przedtem, w 2000-tysięcznej historii Kościoła nie wydarzyło się nic podobnego. Żaden papież, w całej historii Kościoła, nigdy nie stworzył nowego rytu Mszy.Oczywiście papieże modyfikowali różne obrzędy związane z Mszą. Na przestrzeni wieków zmienianybył kalendarz i układ świąt, aprobowane były rozmaite nabożeństwa, a różne lokalne zwyczaje wprowadzane lub znoszone. W Liber Pontificalis, starożytnej historii papieży, czytamy o rozmaitych małych zmianach, jakie niektórzy z nich czynili w rycie Mszy. Na przykład św. Telesfor, Grek zmarły w roku 136 (czyli jakieś sto lat po Wniebowstąpieniu Pana Jezusa) zadekretował: "septem hebdomdas ante pascha iejunium celebraretur, et natale Domini noctu missas celebrarentur, nam omni tempore, ante horae tertia cursum nullus praesumeret missas celebrare, qua hora Dominus noster ascendit crucem; ante sacrificium hymnus diceretur angelicus, hoc est : Gloria in excelsis Deo", czyli że "należy pościć przez siedem tygodni przed Wielkanocą, że w dzień narodzenia Pana Msza odprawiana ma być w nocy, natomiast w każdym innym czasie nikt nie powinien jej odprawiać przed godziną trzecią, czyli godziną, o której Pan wstąpił na Krzyż, a także że Hymn Anielski (czyli Gloria) powinien być odmawiany ?przed ofiarą? czyli przed kanonem Mszy". Inny papież dodał do Communicantes imiona świętych Kosmy i Damiana, po śmierci tych męczenników w roku 303. Wszystkie te zmiany miały jednak charakter drugorzędny, większość z nich polegała po prostu na wprowadzeniu pewnych dodatków, czyniących bardziej precyzyjnymi pewne aspekty tajemnic wiary, atakowanych przez herezje pojawiające w danym wieku, lub po prostu upiększali części stałe Mszy niedzielnych hymnami, które byłyby normalnie odmawiane w dni świąteczne. Nigdy jednak, powtarzam - nigdy, w całej historii Kościoła, nie napotykamy na stworzenie w całości nowego rytu Mszy. Wszystkie ryty, zarówno wschodnie jak i zachodnie, wywodzą swój początek od jednego z Apostołów, od kogoś, kto był obecny podczas Ostatniej Wieczerzy lub był głosicielem Ewangelii w kraju, do którego Apostołowie zostali posłani. W rzeczy samej, to jedynie starożytność danego rytu decydowała zawsze o tym, że mógł on być używany przez Kościół, a nie fakt, że był on promulgowany przez papieża. Z samej definicji sakramenty czerpią swą moc z zasług Zbawiciela, który dał swym Apostołom i ich następcom władzę składania ofiary Mszy i zarazem nałożył na nich obowiązek zachowywania depozytu wiary. To właśnie w tym celu papież obdarzony jest nieomylnością w kwestiach wiary i moralności: aby definiował i chronił depozyt wiary, a nie po to, by tworzył nowe doktryny. Ponieważ zaś liturgia powinna być zawsze wyrazem depozytu wiary, papież ma władzę i obowiązek chronić oraz doprecyzowywać obrzędy Mszy, nie ma jednak władzy tworzyć liturgii całkowicie nowej i różnej od istniejących. Papież jest z definicji Wikariuszem Jezusa Chrystusa, Jego zastępcą, którego obowiązkiem jest strzec tego, co mu powierzono. Papież nie jest twórcą sakramentów, jest ich depozytariuszem. Już sam fakt, że po raz pierwszy w historii Kościoła jesteśmy świadkami takiego aktu ze strony najwyższej władzy w Kościele, obliguje nas do przyjrzenia się bliżej temu nadzwyczajnemu wydarzeniu, jakim było promulgowanie "nowego rytu Mszy". Jedynym znanym z historii precedensem stworzenia w całości nowego rytu jest przypadek wspólnot, które odłączyły się od Kościoła katolickiego. Marcin Luter, wkrótce po zerwaniu z Kościołem katolickim i wprowadzeniu swej nowej nauki o usprawiedliwieniu, po napisaniu traktatu "O zniesieniu Mszy prywatnych" w roku 1521 opublikował swoje nowe zreformowane "obrzędy Wieczerzy Pańskiej". Jan Kalwin zaprowadził nabożeństwo odpowiadające głoszonej przez siebie nowej doktrynie, wedle której nauka o Rzeczywistej Obecności Pana Jezusa w Eucharystii jest bałwochwalstwem. Owe "zreformowane" liturgie wprowadzone zostały właśnie dlatego, że pojawiły się nowe doktryny. Nowe doktryny wymagają nowych praktyk, a poprzez udział w nowych praktykach pozyskuje się wyznawców nowych doktryn. Tak więc sam instynkt naszej wiary, czy raczej roztropność nabyta przez Kościół na przestrzeni wieków każe, byśmy byli powściągliwi i podejrzliwi wobec wszelkich rzeczy "nowych" i "zreformowanych". Normalną reakcją każdego katolika, a właściwie każdego uczciwego człowieka, jest badanie wszystkiego, co nowe i osądzanie, czy jest to zgodne z tym, w co wierzy, czy też nie, czy jest dobre czy złe, czy powinien coś czynić czy też nie. Nie jest więc wyrazem braku szacunku wobec władzy uważne czy nawet krytyczne badanie tego, co jest przez tę władzę promulgowane - jest to w istocie raczej komplement, gdyż poprzez badanie tego, co władza nakazuje, okazujemy, że słuchamy jej głosu. Nie może być mowy o żadnym posłuszeństwie, bez wcześniejszego rozważenia, czy to, czego od nas żądają jest słuszne, wykonalne i w jakim stopniu. Nie jest jednak komplementem, by posłużyć się przykładem zaczerpniętym od Christiana Andersena, mówić cesarzowi, że wygląda w swych nowych szatach olśniewająco, podczas gdy w rzeczywistości jest on nagi...

Cześć pierwsza: Nauka Kościoła o Najświętszej Ofiary Mszy


Zacznijmy więc od przypomnienia tego, co Kościół naucza o Najświętszej Ofierze Mszy. Owo nauczanie Kościoła jest po prostu wyjaśnieniem tego, co Chrystus Pan mówi nam w Ewangelii, w ustępie dotyczącym pierwszej Mszy, Ostatniej Wieczerzy. Zbawiciel wziął chleb, pobłogosławił go i powiedział: "Bierzcie i jedzcie, TO JEST CIAŁO MOJE", podobnie wziął kielich i powiedział: Pijcie z tego wszyscy, TO JEST BOWIEM KIELICH KRWI MOJEJ NOWEGO PRZYMIERZA, KTÓRA ZA WIELU BĘDZIE WYLANA NA ODPUSZCZENIE GRZECHÓW" [Mt 26,28]. Te dwa zdania zawierają w sobie całą tajemnicę Mszy. Pan Jezus mówi: "TO JEST CIAŁO MOJE". Już pierwsze słowo: "TO" oznacza dokładnie "to, co tutaj mam". Kiedy pytamy: "Co TO jest?", oczekujemy w odpowiedzi słowa czy wyrażenia, które odda naturę danej rzeczy. Pytam was "Co to jest?", a wy odpowiadacie, że to stół - słowo "TO" odnosi się do czegoś obecnego przed wami, ale co jego trwałych przymiotów, do jego natury, do istoty rzeczy. Nie odpowiadacie na przykład: "To jest białe" albo "To jest duże", ale raczej "To stół". Czym innym byłoby zapytanie: "Jakie to jest duże?" czy "Jaki to ma kolor?". Odpowiedzi na te pytania powiedziałyby nam coś innego, nie powiedziałyby jednak "czym" jest dana rzecz. Wiele rzeczy jest dużych i białych - zarówno samochód jak i budynek mogą być równocześnie duże i białe, nikt jednak nie pomyliłby jednego z drugim. Tak więc kiedy Zbawiciel mówi: "TO" z zdaniu ?TO JEST CIAŁO MOJE", nie odnosi się do koloru ani wielkości tego, co się przed Nim znajduje, ale raczej do natury tej rzeczy, albo tego, co moglibyśmy nazwać jej "substancją". Nazywamy to substancją, gdyż jest tym, co ?sub-stare", czyli tym, co "stoi za" czy też "kryje się za" przymiotami danej rzeczy. Możemy pomalować samochód na czarno lub żółto, nadal jednak pozostanie on samochodem. Zewnętrzne przymioty odpowiadają temu "jak" lub "w jaki sposób" rzecz może istnieć. A jednak Pan Jezus mówi: "TO". Oznacza to, że w momencie wypowiadania tych słów, odnosi się do substancji tego, co znajduje się przed Nim. Zauważmy też, że Pan Jezus nie mówi: "to przedstawia" czy nawet "oby to było" [warunkowo]. Mówi po prostu: "JEST", czyli w czasie teraźniejszym. Stwierdza prosty fakt, identyczność podmiotu z orzeczeniem. Nie wyraża pragnienia czy życzenia, ale prosty fakt. Następnie mówi: "CIAŁO MOJE". Utożsamia naturę tego, co trzyma w swych dłoniach, ze swoim prawdziwym Ciałem. Chrystus Pan mówi: "TO JEST CIAŁO MOJE", stwierdzając w ten sposób, że natura tego, co trzyma w dłoniach, jest substancjalnie [substantialiter] ta sama, co natura Jego Ciała. Pan Jezus nie powiedział też nic "o pewnej ilości" czy "pewnej wielkości" czy o jakiejkolwiek innej cesze, a jedynie o naturze rzeczy. Stąd cud Najświętszej Eucharystii: kolor, wielkość, kształt i wszystko, co moglibyśmy nazwać "akcydensami" rzeczy pozostają te same, jednak ich natura się zmienia. Pan Jezus, poprzez prosty akt wypowiedzenia tych słów, dokonuje tego, co wcześniej obiecał: daje swe Ciało za pokarm, substancjalnie i rzeczywiście obecne pod postaciami chleba.


Następnie Zbawiciel mówi: "TO JEST BOWIEM KIELICH KRWI MOJEJ NOWEGO PRZYMIERZA, KTÓRA ZA WIELU BĘDZIE WYLANA". Utożsamia "TO" z zawartością kielicha, ponieważ często płyn bierze nazwę od naczynia, w którym się znajduje, często mówimy butelka wody, a nie po prostu woda i odwrotnie: mówimy: "Daj mi trochę wody", mając w rzeczywistości na myśli "Podaj mi butelkę z wodą", ponieważ płyny ze swej natury umieszczane są w pojemnikach. Zwróćmy też uwagę na kolejne słowa: "ZA WIELU BĘDZIE WYLANA". Pan Jezus mówi w istocie o przelewaniu swej Krwi nie w czasie przyszłym, ale teraźniejszym. Mówi o przelewaniu swej Krwi w akcie ofiary, o sakramentalnym oddzieleniu swego Ciała od Krwi, podobnie jak krwią baranka paschalnego, który spożyty został na krótko przedtem przez dwunastu Apostołów, skropiono uprzednio na ołtarz świątyni. Zbawiciel wspomina też o powodzie, dla którego ofiaruje swą Krew: "ZA WIELU". Podobnie jak krew baranka paschalnego uratowała od pewnej śmierci tych, których drzwi namaszczone zostały jego krwią, również Pan Jezus ofiaruje swą Krew i namaszcza wargi tych, którzy składają ofiarę za odpuszczenie grzechów członków rodziny Bożej. Zbawiciel powiedział bowiem Apostołom: "To czyńcie, ilekroć pić będziecie, na moją pamiątkę". Pan Jezus nakazuje im "czynić to", czyli czynność wykonaną właśnie przed ich oczyma. Mówi również: "na moją pamiątkę". Nie mówi: "wspominając mnie" w rozumieniu ceremonii upamiętniania, ale "na moją pamiątkę", czyli w akcie kontynuującym to, co On uczynił i uobecniającym to, co spełnił w ofierze. Z tego powodu kapłan podczas Mszy nie mówi: "To jest Ciało Chrystusa", ale "TO JEST CIAŁO MOJE", działając, jak mówimy, in persona Christi, w samej osobie Chrystusa, z władzą daną dokonywania tego samego aktu, jaki spełnił On podczas Ostatniej Wieczerzy i na Kalwarii. Ofiara Mszy jest więc tym samym, co Ofiara Krzyżowa - jedyna różnica polega na sposobie, w jaki jest dokonywana. Na Krzyżu fizyczne Ciało i Krew Pana Jezusa oddzielone zostały od siebie poprzez ręce oprawców, w które dobrowolnie się oddał. Podczas Mszy natomiast fizyczne Ciało i Krew Zbawiciela rozdzielane są pod postaciami Chleba i Wina, poprzez ręce wyświęconych do tego celu sług ołtarza, w celu zastosowania tych zasług, które wysłużył On na Krzyżu w jedynej Ofierze, odnawianej na chrześcijańskich ołtarzach. Jest to ta sama ofiara, inny jest jedynie sposób jej dokonywania - jest to ofiara przebłagalna, podobnie jak Ofiara Krzyżowa, składana dla zastosowania zasług wysłużonych przez Ofiarę Kalwarii. św. Paweł w 13 rozdziale Listu do żydów pisze: "Mamy ołtarz, z którego nie mają prawa jeść ci, którzy przybytkowi służą". Ołtarz implikuje ofiarę, ofiarę nie będącą ofiarą Starego Prawa, czy też ofiarą tych "którzy przybytkowi służą". Oznacza ofiarę doskonalszą od ofiar Starego Prawa, ofiarę, którą sprowadzającą na ołtarz Jezusa Chrystusa, uświęcającego ludzi swą własną Krwią, jak pisze św. Paweł w innym miejscu tego samego rozdziału. Stąd fundamentalna prawda dotycząca Ofiary Mszy: jest to ofiara przebłagalna. Ta ofiara, którą składa Zbawiciel za nasze grzechy podczas Mszy św. jest tak często wspominana w starożytnej literaturze chrześcijańskiej, że podawanie tu tych przykładów byłoby zbyteczne. Byłoby bardzo ciekawe ukazać niezwykłą ciągłość nauki Kościoła dotyczącej Mszy św., wymagałoby to jednak znacznie więcej czasu i mogłoby stanowić temat osobnej konferencji. Przedstawmy więc w zwięzły sposób naukę Kościoła, która została w sposób nieomylny i niezmienny zdefiniowana przez Sobór Trydencki podczas jego XXII sesji. Poniżej przedstawimy obszerny fragment dokumentów przyjętych podczas tej sesji , który posłuży nam później jako punkt odniesienia podczas analizy nowego rytu Mszy. Chociaż podczas konferencji nie zaleca się generalnie przytaczania długich cytatów, niemniej jednak uważam, że sobór zdefiniował naukę w sposób tak jasny, że żadne moje słowa nie mogłyby oddać tego lepiej: Sobór Trydencki uczy: "A ponieważ w Boskiej ofierze, dokonującej się we Mszy św. jest obecny i w sposób bezkrwawy ofiarowany ten sam Chrystus, który na ołtarzu Krzyża ?ofiarował samego siebie? [Żyd 9,27] w sposób krwawy, przeto naucza św. sobór, że ofiara ta jest prawdziwie przebłagalna [kan. 3]. Przez nią bowiem, kiedy przystępujemy do Boga ze szczerym sercem i prawdziwą wiarą, z bojaźnią i ze czcią, skruszeni i pokutujący ?otrzymujemy miłosierdzie i znajdujemy łaskę w stosownej chwili? [Żyd 4,16]. Tą ofiarą Pan przebłagany, udzielając łaski i daru pokuty, odpuszcza przestępstwa i grzechy, nawet bardzo wielkie. Jedna przecież i ta sama jest Hostia, jeden i ten sam poprzez posługę kapłanów Składający ofiarę, który wówczas ofiarował samego siebie na Krzyżu, tylko sposób ofiarowania jest inny. Tej to krwawej ofiary otrzymujemy przeobfite owoce przez tę niekrwawą, która daleko jest od tego, by w jakikolwiek sposób uwłaczała pierwszej [kan.4]. Dlatego też słusznie bywa ofiarowana nie tylko za grzechy, kary, zadośćuczynienia i inne potrzeby wiernych żyjących, ale według tradycji Apostolskiej także za zmarłych w Chrystusie, którzy jeszcze nie zostali całkowicie oczyszczeni [kan.3]".


Widzimy tu trzy fundamentalne prawdy, w sposób konieczny związane z katolickim rozumieniem Ofiary Mszy:
1. Msza jest prawdziwą ofiarą, którą Zbawiciel pozostawił nam poprzez ustanowienie Eucharystii.
2. Polega ona na złożeniu Jezusa Chrystusa w sposób bezkrwawy, w tej samej ofierze, którą złożył On na Krzyżu ofiarując samego siebie Ojcu jako Żertwa. Ofiara ta jest identyczna z Ofiarą Krzyża pod tym względem, że ten sam jest Kapłan oraz Żertwa, różny jest jedynie sposób ofiarowania.
3. Ofiara ta ma więc wartość wynagradzającą, ponieważ Zbawiciel ofiarował się na Krzyżu na odpuszczenie naszych grzechów.
Aby więc ryt Mszy był katolicki, czyli by wyrażał katolicką ideę chrześcijańskiej ofiary, musi on wyrażać równocześnie te fundamentalne prawdy. Istnieją z pewnością inne jeszcze aspekty ofiary Zbawiciela, jednak te trzy prawdy tworzą jak gdyby jądro tajemnicy. Gdyby ktoś zaprzeczył jednej z tych prawd, nie wyznawałby wiary katolickiej, ale jakąś inną, różną od niej religię. Ponieważ prawdy te mają tak fundamentalne znaczenie dla naszej wiary, mamy prawo doszukiwać się jasnego ich wyrazu w rycie Mszy. Uczestniczymy we Mszy przede wszystkim dlatego, że zobowiązuje nas do tego nasza wiara - jesteśmy na Mszy, ponieważ naszym obowiązkiem jest oddanie czci Bogu i ponieważ potrzebujemy łask, jakie są skutkiem Mszy. Byśmy jednak mogli otrzymać te łaski - obrzędy i modlitwy towarzyszące ofierze, które nazywamy rytem Mszy, muszą pozostawać w zgodzie z wiarą. Ryt Mszy powinien wyjaśniać w sposób jasny i jednoznaczny przynajmniej te trzy wspomniane punkty, aby być w zgodzie z doktryną nauczaną przez Kościół od czasów apostolskich.

Część druga: doktryna nowej Mszy

Przyjrzyjmy się więc rytowi nowej Mszy i przeanalizujmy jej doktrynalne podstawy. Już na pierwszy rzut oka nowa Msza wydaje się być dość niejasna w wielu używanych przez siebie sformułowaniach. Wprowadza wiele słów i wyrażeń, których nie spotykamy w starym rycie - takich jak "napój duchowy", które są bardzo niejednoznaczne, przez co często trudno jest zrozumieć ich znaczenie. Na szczęśćcie wraz z rytem Mszy z roku 1969 opublikowana została ważna instrukcja zatytułowana Institutio Generalis Missalis Romani [IGMR], która służy nam jako Wstęp do nowego mszału. Co ciekawe, o ile starożytny ryt posiadał jedynie na początku zbiór rubryk opisujących praktyczną celebrację Mszy (jak odprawiać Mszę, opis obrzędów), to nowy mszał jest pod tym względem bardziej ambitny. To Wprowadzenie, jak stwierdził sam architekt nowego rytu [Notitiae 46, kwiecień 1969, s. 151], nie jest jedynie zbiorem rubryk, ale traktatem teologicznym, nie tylko duszpasterskim, ale również katechetycznym ze swej natury i niezbędnym do zrozumienia Mszy. Ciekawe też, że o ile stary ryt traktował fundamentalną naturę Mszy jako coś dobrze już znanego (Mszał był w zasadzie jedynie praktycznym podręcznikiem do użytku kapłana), to tekst nowej Mszy opublikowany został ze wstępem doktrynalnym, którego intencją było przedstawienie teologicznych podstaw nowego rytu. Choć od tego czasu dokument ten podlegał wielu poważnym modyfikacjom - zwłaszcza w roku 2002 - ja przytaczał będę treść jego oryginalnej wersji, która opublikowana została z mszałem w roku 1969, a która najjaśniej oddaje intencje twórców nowego rytu. Powierzchowne porównanie mszału Pawła VI z tym, który używany był przed nim od niepamiętnych czasów, wykazuje pewne podobieństwa pomiędzy oboma Ordo Missae: w obu mamy Kyrie eleison, Gloria, czytania i Credo, Prefację oraz Sanctus, Komunię św. etc. Jednak bliższa analiza pierwszego z nich pokazuje, iż pomimo pewnych pozornych podobieństw, zasadnicza struktura liturgii została zmieniona. Podczas gdy tradycyjna Msza ma strukturę ofiary, obejmującej przedstawienie ofiary, ofiarowanie oraz spożycie żertwy, to struktura nowej Mszy przypomina żydowską ucztę paschalną: berakh albo błogosławieństwo pokarmów, dziękczynienie oraz łamanie się chlebem i jedzenie. Tradycyjny ryt Mszy, ze względu na fakt, że jest ona - jak Kościół zawsze utrzymywał - prawdziwą ofiarą, ofiarą czystą zapowiedzianą przez proroka Malachiasza [1,11], skoncentrowany był na tajemnicy zawartej w słowach Konsekracji. Poniekąd cały ten ryt obraca się wokół jednego zasadniczego punktu, któremu służą wszystkie inne obrzędy. Ponieważ jako istoty ludzkie nie jesteśmy w stanie zrozumieć w całości tajemnicy, która dokonuje się w tym jednym momencie, ryt przebiega w sposób pedagogiczny, często odnosząc się do niekonsekrowanej hostii jako "Hostii" czy "Żertwy", w antycypacji aktu, który ma wkrótce nastąpić, jak np. w Offertorium w modlitwie "Suscipe sancte Pater (...) hoc immaculatam hostiam", "Offerimus tibi, hunc calicem salutaris (...)". Podobnie, aby ukazać rzeczywistość Żertwy, czyni się odniesienia do Ciała Chrystusa Pana poprzez jego przymioty: "panem sanctum vitae aeternae" - można to zobaczyć zwłaszcza w rytach wschodnich, gdzie bardziej akcentowana jest rzeczywistość żertwy ofiarnej. Tak więc w tradycyjnym pojmowaniu liturgii, Msza jawi się jako jedna, jedyna w swoim rodzaju akcja ofiarna, polegająca na uprzednim już rozważaniu, ofiarowaniu, urzeczywistnieniu, uwielbieniu i uczczeniu, a na koniec na spożyciu w jedności Ciała Mistycznego. Jednak reformatorzy i autorzy nowego rytu uważali, że Eucharystia, jako ustanowiona podczas uczty paschalnej, powinna posiadać cechy wspomnienia. Dogłębna jedność z Ofiarą Krzyża, a nawet ofiarny charakter paschy zostały więc osłabione, aby zaakcentować aspekt uczty upamiętniającej. Jest to oczywiste od samego początku IGMR, która w drugim paragrafie opisuje Mszę jako "celebrację Ostatniej Wieczerzy Pana", którą nasz Pan ustanowił "jako pamiątkę swej Męki i Zmartwychwstania". Zauważmy tu, że chociaż prawdą jest, iż Msza została ustanowiona podczas Ostatniej Wieczerzy, nie jest ona celebracją Ostatniej Wieczerzy - nie jest pamiątką w rodzaju jakiejś "rocznicy", czy przejawem nostalgii za Ostatnią Wieczerzą, w której uczestniczył sam Zbawiciel. Jest ona pamiątką jedynie w tym sensie, że w jej trakcie dokonuje się ta sama Ofiara, której dokonał Chrystus Pan. Msza uobecnia ponownie tę samą Żertwę i tego samego Kapłana, aby po raz kolejny spełnić tę samą ofiarę. Nie jest więc całkowicie poprawnym twierdzenie, że Pan Jezus ustanowił Mszę "jako pamiątkę" - właściwszym byłoby powiedzenie, że ustanowił On Mszę na pamiątkę tej ofiary - jak tego naucza Sobór Trydencki - aby ofiara kontynuowana była i obecna w Kościele aż do końca czasów. Drugi paragraf IGMR wprowadza tu pierwszą niejasność - mogłoby to bowiem oznaczać, że Msza jest rodzajem wspomnienia Ostatniej Wieczerzy, co byłoby nieprawdą, albo też, że jest ona w jakiś sposób jej rekonstrukcją, co byłoby mniej więcej poprawne, ale bardzo niejasne. Zauważmy również, że wyrażenie "jako pamiątkę swej Męki i Zmartwychwstania" jest po prostu błędne. Msza jest pamiątką jedynej Ofiary, będącej źródłem Odkupienia, podczas gdy Zmartwychwstanie jest raczej owocem z tej Ofiary wynikającym. Mówiąc ściśle - w Zmartwychwstaniu Pana Jezusa nie ma niczego ofiarnego, można natomiast powiedzieć, że Zmartwychwstanie to jest owocem, jaki Pan Jezus czerpie ze swojej Ofiary. Nie dokonuje On wynagrodzenia za nasze grzechy poprzez Zmartwychwstanie. Przez Zmartwychwstanie nie spłaca długu Bożej sprawiedliwości, ale raczej otrzymuje nagrodę za swe posłuszeństwo, posłuszeństwo aż do śmierci krzyżowej, jak uczy nas św. Paweł. Zmartwychwstanie czyni owoce ofiary - tj. obfitość Bożej łaski - możliwymi do przyjęcia przez naszą naturę, nie ma jednak skutku ofiary. Czyniąc Mszę pamiątką równocześnie Męki jak i Zmartwychwstania, wprowadza się dwuznaczność: ponieważ Zmartwychwstanie nie na charakteru ofiarnego. Ktoś natomiast mógłby pośrednio wyciągnąć z cytowanego zdania wniosek, że pamiątka nie jest ofiarą, ale raczej prostym wspomnieniem całego dzieła odkupienia. Te niedokładne sformułowania, łączące dwa związane ze sobą, ale różne akty, można niestety znaleźć w całym Wprowadzeniu Ogólnym i samej nowej Mszy. Skutek tego jest taki, że niezwykle trudno jest odczytywać znaczenie jej tekstu w tradycyjnym katolickim znaczeniu. Czym więc jest Msza? Drugi paragraf IGMR pozostawia nas w niepewności pod tym względem. A jednak Wprowadzenie podaje dalej, w artykule 7, definicję Mszy, definicję, będącą streszczeniem teologii wyrażanej przez nowy ryt: "Wieczerza Pańska lub Msza jest świętym zgromadzeniem lub zebraniem ludu Bożego gromadzącego się razem, pod przewodnictwem kapłana, by celebrować pamiątkę Pana. Z tego powodu obietnica Chrystusa: ?Gdzie są dwa albo trzej zgromadzeni w imię moje, tam ja jestem pośrodku nich? lub trzech gromadzi się w imię moje, tam ja jestem pośród nich" [Mt 18,20] stosuje się najpełniej do lokalnego zgromadzenia Kościoła". Widzimy więc, że Msza zredukowana została do roli zgromadzenia, wieczerzy. Termin "wieczerza" czy "uczta" używany jest we Wprowadzeniu Ogólnym stale, podobnie jak w rycie samej nowej Mszy. Wprowadzenie określa również tę wieczerzę jako "zgromadzenie" "pod przewodnictwem kapłana", które ma na celu celebrację pamiątki, dla przypomnienia tego, co Chrystus Pan uczynił w Wielki Czwartek. Zauważmy, że w definicji tej nie ma najmniejszej nawet wzmianki o:
- Rzeczywistej Obecności Pana Jezusa w Eucharystii
- Rzeczywistości ofiary
- Sakramentalnej funkcji konsekrującego kapłana
- Wewnętrznej wartości Ofiary Eucharystycznej, niezależnej od obecności zgromadzenia.
Widzimy więc, że definicja zawarta we Wprowadzeniu Ogólnym nie czyni odniesienia do żadnej z prawd dogmatycznych, mających zasadnicze znaczenie dla katolickiej nauki o Mszy św.. Nie sposób znaleźć w niej nawet najmniejszego śladu żadnej z tych związanych z Mszą prawd, prawd będących dogmatami wiary, w które zobowiązani jesteśmy wierzyć. Nie ma w niej żadnej wzmianki o tym, że jest to ofiara, o jej związku z Ofiarą Krzyża, ani o jej wartości wynagradzającej. Nie można w niej znaleźć śladu po żadnej z prawd, mających fundamentalne znaczenie dla właściwego rozumienia Mszy. Jakiekolwiek nie byłyby intencje autorów Wprowadzenia Ogólnego, rozmyślne pominięcie tych prawd dogmatycznych w definicji Mszy jest równoznaczne z ich kwestionowaniem. "Mszy", której definicję przedstawia Wprowadzenie, brak jest wszelkich cech, charakteryzujących Mszę katolicką. Jednak to druga część owej definicji, poprzez swe pominięcia i dwuznaczności zbliża się w niebezpieczny sposób do nauczania sekt protestanckich. Stwierdza ona, że obietnica Chrystusa "Gdzie są dwa albo trzej zgromadzeni w imię moje, tam ja jestem pośrodku nich" odnosi się w sposób absolutny do zgromadzenia wiernych. W ten sposób Wprowadzenie stawia obietnicę Pana Jezusa, odnoszącą się jedynie do Jego duchowej obecności poprzez łaskę, na tym samym poziomie jakościowym, co Jego fizyczna i substancjalna obecność w rzeczywistości Ofiary Eucharystycznej. Obecność Zbawiciela w naszych duszach poprzez łaskę i wiarę jest jednak czymś różnym od Jego obecności w Najświętszym Sakramencie. Stawiając znak równości pomiędzy tymi dwoma formami obecności, z których jedna jest całkowicie duchowa, sugeruje się, że obecność Pana Jezusa w chlebie i winie jest również jedynie duchowa. Można by oczekiwać, że Wprowadzenie Ogólne wyjaśni tę bardzo niebezpieczną, jeśli nie wręcz heretycką dwuznaczność. Jednak w kolejnych artykułach wyjaśnienia takiego nie znajdujemy, Wprowadzenie przechodzi po prostu do podziału Mszy na "Liturgię Słowa" oraz "Liturgię Eucharystyczną", gdzie przygotowywany jest "stół Słowa Bożego" oraz "stół Ciała Chrystusa", aby wierni mogli otrzymać "pouczenie i pokarm". Ale nawet ta kontrapozycja dwóch części Mszy jest niepoprawna, gdyż zdaje się sugerować, że mają one równą wartość - w istocie samo użycie terminu "stół" [mensa] zamiast "ołtarz" [altaris] i zestawienie słowa Bożego oraz Ciała Chrystusa ponownie sugeruje, że obecność Chrystusa Pana na ołtarzu ma tę samą wartość, co Jego obecność na kartach Ewangelii. Poza tym, nie znajdujemy żadnego odniesienia do faktu, że Jezus Chrystus składa sam siebie w ofierze - jest On obecny jedynie jako "pokarm", aby "posilić wiernych". Te dwa wyrażenia, pomimo, że mogą one być dopuszczalne, kiedy używane są oddzielnie, kiedy jednak używane są wspólnie - są po prostu nieprawdziwe. W owej definicji podawanej przez Wprowadzenie Ogólne nie sposób również, niestety, odnaleźć żadnej wzmianki o głównym celu Mszy, którym jest uwielbienie Boga poprzez ofiarowanie Drugiej Osoby Trójcy Przenajświętszej. Wspaniała modlitwa rozpoczynająca Offertorium w tradycyjnym rycie: "Przyjmij, Trójco święta, tę ofiarę..." została usunięta. W istocie wszelkie wzmianki o ofierze składanej Trójcy Przenajświętszej zostały systematycznie usunięte z nowej Mszy - nawet z Prefacji o Trójcy świętej usunięty został ustęp: "oby hołd służby mojej, Trójco Przenajświętsza". W tradycyjnej Mszy takiej, w jakiej odprawiana była ona przez wieki, znajdujemy nieustanne odniesienia do jej celu: zadośćuczynienia Bogu za grzechy. Jednak nowy ryt, zamiast kłaść nacisk na ofiarę za odpuszczenie grzechów żywym i umarłym, podkreśla niemal wyłącznie aspekt "karmienia" i "uświęcania". Lecz duchowe posilanie oraz uświęcanie wiernych są jedynie drugorzędnymi celami Mszy i to będącymi jedynie konsekwencją realizacji celu głównego, czyli ofiary. Msza posiada wewnętrzną wartość zbawczą czerpaną z krwawej Ofiary Kalwarii, całkowicie niezależną od obecności wiernych, którzy mogliby w niej uczestniczyć. Msza posiada dla Boga wartość nieskończoną nie dlatego, że w jej wyniku ludzie dostępują uświęcenia, ale z tego powodu, że jest to ta sama ofiara, którą Jego umiłowany Syn złożył na Krzyżu. Zarzut: W Novus Ordo Missae kilkakrotnie używane jest słowo "ofiara" W nowym rycie znaleźć można pewne wyrażenia, sugerujące akcję ofiarną, czy też samo słowo "ofiara". Jednak nawet w tych miejscach zasadnicze znaczenie słowa "ofiara" zostało pomniejszone, jeśli wręcz nie zastąpione w całości przez nową doktrynę. Ofiara, z samej swej natury, polega na oddaniu Bogu tego, co jest Mu miłe i przyjemne. Jednak z powodu grzechu pierworodnego, żadna ofiara poza ofiarą złożoną przez Chrystusa Pana nie może być sama z siebie uważana za przyjemną i miłą Bogu. Pamiętać też należy, że w wyniku tego, że człowiek przez grzech odłączył się od Boga, każda ofiara składana przez ludzi musi mieć aspekt wynagradzający. Jednak nowy ryt Mszy wydaje się zmieniać samą naturę ofiary złożonej przez Pana Jezusa na Krzyżu. Nie jest ona już postrzegana jako ofiarowanie nieskazitelnej Żertwy - Syna Bożego Ojcu, jako wynagrodzenie za nasze grzechy, ale raczej jako rodzaj wymiany darów pomiędzy Bogiem a człowiekiem. Człowiek przynosi chleb, a Bóg czyni z niego "chleb życia", człowiek przynosi wino, a Bóg zmienia je w "napój duchowy". Jak mówi modlitwa nowego rytu: "Błogosławiony jesteś, Panie, Boże wszechświata, bo dzięki Twojej hojności otrzymaliśmy chleb, owoc ziemi oraz pracy rąk ludzkich. Przynosimy go Tobie, aby stał się dla nas chlebem życia". Wyrażenia "chleb życia" i "napój duchowy" są oczywiście całkowicie mętne i mogą oznaczać cokolwiek. Po raz kolejny spotykamy się w tym miejscu ze wypomnianą już wcześniej dwuznacznością: zgodnie z nową definicją Mszy Chrystus jest obecny wśród swoich uczniów jedynie na sposób duchowy. Chleb i wino zmieniane są jedynie duchowo - nowa Msza nie używa słowa "substancjalnie". Ta dwuznaczność równoznaczna jest z negacją fundamentalnego dogmatu, wedle którego Chrystus obecny jest rzeczywiście, substancjalnie i w całości pod postaciami sakramentalnymi. Co ważniejsze, we Mszy nie przedstawiamy Bogu w ofierze chleba i wina, ale jedyną ofiarę Jezusa Chrystusa. Nawet gdybyśmy byli w stanie zinterpretować wyrażenia "chleb życia" jako oznaczające w jakiś sposób Ciało Chrystusa, nadal będzie ono niepoprawne - nie ofiarujemy Bogu chleba, aby mógł on zostać zmieniony, ofiarujemy Mu - poprzez podwójną Konsekrację chleba i wina, gdzie Pan Jezus ofiarowany jest w sposób sakramentalny, samą Ofiarę Kalwarii. To właśnie ona jest miła Bogu, a nie "dzieła rąk ludzkich", które skażone są przez grzech i błąd. Na szczególną uwagę zasługuje również fakt, że we wszystkich modlitwach eucharystycznych usunięte zostały powtarzane wielokrotnie w starym rycie prośby, by Bóg przyjął tę ofiarę. Nie błaga się już Boga, by wejrzał na tę Ofiarę, mamy do czynienia z samym tylko dziękczynieniem za otrzymane dobrodziejstwa. Znikło zasadnicze rozróżnienie pomiędzy ofiarą Boską i ludzką, zatarta też została całkowicie zasadnicza wyjątkowość składanej w ofierze Żertwy. Nowy ryt Mszy nie wyraża już w sposób jasny tajemnicy Krzyża. Została ona zaciemniona, ukryta, a przez to uczyniona nieczytelną dla wiernych. Wprowadzenie Ogólne nadaje terminowi "modlitwa eucharystyczna" [IGMR 1969, 54] następujące znaczenie: "Całe zgromadzenie łączy się z Chrystusem w wyznawaniu wielkich rzeczy, jakie Bóg uczynił i w składaniu ofiary". O jakiej ofierze jednak mowa? Kto ją składa? Nie ma żadnej odpowiedzi na te pytania. Następnie Wprowadzenie podaje następującą definicję: "Rozpoczyna się centrum i szczyt całej celebracji: Modlitwa Eucharystyczna, modlitwa dziękczynienia i uświęcenia" [IGNR 1969, 54]. Skutki tej modlitwy zastępują więc przyczyny, o których nic się nie wspomina. Jednoznaczna wzmianka o celu ofiary, wyrażona w starym rycie w modlitwie "Suscipe Sancte Trinitas..." została usunięta i nie zastąpiona absolutnie niczym. Ta zmiana w modlitwach jest dowodem na fundamentalne przeobrażenie, jakie nastąpiło w samej doktrynie. Powód, dla którego nie wspomina się już w sposób jednoznaczny o ofierze Pana Jezusa jest dość prosty: osłabiona została bowiem centralna rola Rzeczywistej Obecności. We Wprowadzeniu Ogólnym jest ona wspomniana tylko raz i to jedynie w przypisie odnoszącym się do Soboru Trydenckiego - nawet jednak wówczas mówi się o niej w kontekście posiłku. Nigdy nie czyni się wzmianki o rzeczywistej i trwałej obecności Chrystusa w przeistoczonych postaciach - o Jego Ciele, Krwi, Duszy i Bóstwie. Nawet słowo "transsubstancjacja", termin użyty przez Sobór Trydencki dla wyrażenia dogmatu wiary, jest przez Wprowadzenie całkowicie ignorowany. Z tekstu Mszy znikło obecne w tradycyjnym Offertorium wezwanie do Ducha świętego, by przyszedł i zstąpił na ofiarę, by dokonać ponownie cudu Boskiej Obecności, tak jak niegdyś zstąpił do łona Najświętszej Maryi Panny. Jest to tylko jeden z przykładów całej serii przejawów deprecjonowania i negowania Rzeczywistej Obecności. Wyrazem tej tendencji są gesty liturgiczne, jakie widzimy w nowym rycie. Starożytne i czcigodne praktyki, które wyrażały wiarę w Rzeczywistą Obecność, zostały zredukowane lub całkowicie pominięte. Na przykład: Przyklęknięcia: pozostały jedynie trzy przyklęknięcia kapłana i jedno wiernych w chwili Konsekracji. Proszę zauważyć, że uprzednio kapłan przyklękał w momencie, w którym wypowiadał słowa konsekracji, ponieważ wiara mówi nam, że w tym momencie - poprzez posługę kapłana - obecny staje się na ołtarzu Chrystus. Kapłan adoruje Go więc w tym właśnie momencie, a następnie podnosi Go tak, aby mógł być adorowany przez obecnych. Jednak w nowym rycie nie ma przyklęknięcia aż do momentu, w którym Pan Jezus ukazywanych jest zgromadzeniu, jak gdyby to ono poprzez akt wiary powodowało Jego obecność na ołtarzu. Dwuznaczność ta potęgowana jest przez fakt, że za każdym razem, kiedy nowy ryt czyni jakieś odniesienia do obecności Pana Jezusa w sakramencie, systematycznie dodaje słowo "nobis" "nam", jak gdyby obecność Zbawiciela była skutkiem subiektywnej wiary zgromadzenia. Nowy mszał nie wspomina już też o rozmaitych przepisach, zapewniających odpowiednie traktowanie świętych Postaci: o puryfikacji palców kapłana nad kielichem, o zabezpieczaniu ich przed kontaktem z rzeczami nieświętymi po Konsekracji, o puryfikacji naczyń liturgicznych, która nie musi być już dokonywana natychmiast i nad korporałem, o nakrywaniu kielicha palką i konieczności złocenia wnętrza naczyń liturgicznych. Wszystkie starożytne przepisy ustanowione na wypadek upuszczenia Hostii zostały zastąpione jedną, niemal sarkastyczną instrukcją: "Należy ją z uszanowaniem podnieść". Dziękczynienie nie jest już obecnie odprawiane w postawie klęczącej, zastąpione zostało przez groteskową praktykę, podczas której kapłan oraz obecni czynią dziękczynienie siedząc (co jest logiczną konsekwencją przyjmowania Komunii na stojąco). Komunia na rękę, praktyka nigdy nie tolerowana przez Kościół, stała się obecnie normą. Wszystkie owe pominięcia są dodatkowym świadectwem tego, w jak radykalny sposób wiara w dogmat o Rzeczywistej Obecności jest obecnie w praktyce pośrednio, jeśli ręcz nie otwarcie - negowana. Forma Konsekracji Te zewnętrzne zmiany rytu są wyrazem fundamentalnego przeobrażenia w doktrynie dotyczącej Rzeczywistej Obecności i natury ofiarnego aktu Mszy. Można to dostrzec również w zmianie tego, co stanowi serce Mszy, czyli w słowach Konsekracji, wypowiadanych w momencie, gdy kapłan urzeczywistnia obecność Chrystusa Pana na ołtarzu w akcie sakramentalnej ofiary. W starym mszale istniało wyraźne typograficzne oddzielenie kontekstu historycznego oraz samych słów Konsekracji, kapłan musiał wypowiadać je wyraźnie i oddzielnie od reszty tekstu, ponieważ dokonywał w tej chwili akcji sakramentalnej, akcji in persona Christi, a nie jedynie czytał tekst Ewangelii. Jednak w nowej Mszy nie zachowuje się już wyraźnego rozróżnienia pomiędzy akcją sakramentalną a jej historycznym kontekstem - w istocie Wprowadzenie Ogólne nazywa je "relacją historyczną", nie rozróżniając pomiędzy słowami, które powodują to, co oznaczają, a prostą relacją z wydarzenia historycznego. W starym mszale Konsekracja była formułą sakramentalną, odpowiednio wypowiadaną, a nie jedynie relacją czy wspomnieniem historii o ustanowieniu sakramentu. Można to zobaczyć w tekście samej Mszy, gdzie słowa św. Pawła "Mysterium fidei" "Tajemnica wiary" wstawione zostały w słowa Pana Jezusa, jako natychmiastowy wyraz wiary kapłana w tajemnicę, którą Kościół urzeczywistnia poprzez hierarchiczne kapłaństwo. W nowej Mszy jednak słowa te: "Tajemnica wiary" wypowiadane są pod koniec podwójnej Konsekracji, a wierni odpowiadają: "śmierć Twoją głosimy Panie Jezu (...) i oczekujemy Twego przyjścia w chwale", czyniąc aluzję do drugiego przyjścia Chrystusa - na Sąd Ostateczny. Bez najmniejszej pauzy wierni wyrażają swe oczekiwanie na Chrystusa dokładnie w momencie, kiedy jest On substancjalnie obecny na ołtarzu - jak gdyby prawdziwe przyjście Chrystusa miało mieć miejsce dopiero na końcu czasów, a nie podczas Mszy. Rola wiernych Ten akt wiary wypowiadany przez zgromadzenie pod koniec podwójnej Konsekracji jest charakterystyczny dla nowej wizji Kościoła jako wspólnoty. W nowym rycie rola przypisywana wiernym jest absolutnie autonomiczna i stąd kompletnie fałszywa. Widzimy to nie tylko w nowej definicji Mszy jako "świętego zgromadzenia lub zebrania ludu", ale też w obsesyjnych odniesieniach do wspólnotowego charakteru Mszy. Wprowadzenie Ogólne wprowadza nieznane dotąd rozróżnienie pomiędzy "Mszą ze zgromadzeniem" i "Mszą bez zgromadzenia" [IGMR 1969, 33]. Opisuje też Modlitwę Wiernych jako część Mszy, podczas której: "Lud wykonując swój urząd kapłański, wstawia się za całym rodzajem ludzkim" [IGMR 1969, 34]. Tak więc rola wiernych podniesiona została i zrównana z rolą kapłana, który jedynie "przewodniczy celebracji", jak to stwierdza definicja podawana przez Wprowadzenie Ogólne. W nowym rycie rola kapłana jest konsekwentnie pomniejszana, zmieniana i fałszowana. Kapłan jest obecnie raczej przewodniczącym, niż wyświęconym sługą ołtarza, odprawiającym Mszę in persona Christi. Jest takim samym człowiekiem, jak inni członkowie zgromadzenia, kimś delegowanym przez lud. Kiedy Wprowadzenie Ogólne mówi o części Mszy, w której nad darami wzywany jest Duch święty, a która to część tradycyjnie nazywa się "epiklezą" (według Greków w tym właśnie momencie dokonuje się Przeistoczenie), czyni to przypisując wypowiadane prośby anonimowo całemu Kościołowi. Część należąca do kapłana znikła [IGMR 1969, 55]. Również nowy obrzęd pokutny rozpoczynający Mszę ma obecnie charakter kolektywny, odtąd kapłan nie jest już sędzią, świadkiem i rzecznikiem wobec Boga, a logiczną konsekwencją tego jest zniesienie udzielanego po obrzędzie rozgrzeszenia - kapłan jest obecnie "zintegrowany ze swymi braćmi". Formalnie Komunia kapłana była rytualnie oddzielna od Komunii wiernych - również to ważne rozróżnienie została zniesione. Ponadto w nowym rycie nie mówi się ani słowa o władzy kapłana jako "ofiarnika", nie jest on już przedstawiany jako człowiek, który ma moc konsekrować, "wziętym spomiędzy ludu", jak to mówi św. Paweł w Liście do żydów [Żyd 5]. Być może ten właśnie aspekt najjaśniej pokazuje nam intencje reformatorów - zredukowanie kapłaństwa z funkcji sakramentalnej do roli urzędu przewodniczenia celebracji. Nie ma już ofiary, nie potrzeba więc też kapłana - stad jest on obecnie zastępowany przez świeckich. Ponieważ kapłaństwo związane jest wewnętrznie z ofiarą, kiedy znosi się ofiarę, to samo spotkać musi i kapłaństwo. Konsekwencją tego jest radykalna zmiana w architekturze kościołów zbudowanych po wprowadzeniu nowej Mszy. Uprzednio, we wszystkich kościołach zbudowanych przed rokiem 1969, widoczna jest wyraźna intencja architekta: skupić całą uwagę ludu na ołtarzu. Ołtarz skupiał uwagę na jednym punkcie i ku temu punktowi skierowane były wszystkie ceremonie. Kapłan stał pomiędzy ludem a ołtarzem, jako że była to jego funkcja, był rzecznikiem ludu przed Bogiem, tym, który składał ofiarę za grzechy swoje i grzechy ludu. Najświętszy Sakrament umieszczony był nad głównym ołtarzem, ponieważ jest On konkluzją ofiary ustanowionej jako wieczna pamiątka Ofiary Zbawiciela, a Pan Jezus obecny jest w tym sakramencie jako Żertwa, wstawiając się za nami u Boga i udzielając nam łask, których tak bardzo potrzebujemy. Jednak w nowych kościołach uwaga skupia się gdzie indziej: są one skoncentrowane na zgromadzeniu. Kapłan, jako przewodniczący, umieszczony jest pośrodku, twarzą do ludu, jako że zgodnie z nową definicją Mszy, Pan obecny jest raczej pośród nich, niż na ołtarzu. W rzeczy samej nowe kościoły nie mają absolutnie sensu bez obecności zgromadzenia i z tego właśnie powodu są one często zamknięte, kiedy nie odprawia się w nich nabożeństwa. Jest to wbrew tradycyjnej praktyce - zgodnie z którą kościoły powinny być otwarte, pozostawione do dyspozycji ludzi, którzy pragnęliby pomodlić się do Zbawiciela obecnego na ołtarzu. Nowe doktryny wymagają nowych praktyk, a poprzez nowe praktyki promulgowane są nowe doktryny. Konkluzja Tak więc, Drodzy Wierni, kończac nasz krótki wykład na temat rytu nowej Mszy poczyńmy kilka spostrzeżeń: Po pierwsze, nowa Msza jako taka nie jest wyrazem katolickiej doktryny o Mszy zdefiniowanej przez Sobór Trydencki. A ponieważ doktryna ta jest fundamentalnym raison d'etre Mszy, samą podstawą tego, co liturgia powinna wyrażać, musimy stwierdzić, że nowy ryt Mszy jest sam w sobie oraz z siebie, zły. Jest zły w ściśle teologicznym sensie tego słowa, którym jest brak dobra, jakie rzecz powinna posiadać. Jest wewnętrznie zły w tym sensie, że nie jest to jedynie kwestia interpretacji czy sposobu odprawiania nowej Mszy. Sam w sobie ryt ten nie wyraża prawd wiary, które wyrażać powinien. Nawet gdyby momentami jego dwuznaczne sformułowania mogły być interpretowane w tradycyjnym sensie, już sam fakt, że ryt nie wyklucza interpretacji heretyckiej wystarcza, by go odrzucić, jako nieodpowiedni do użycia przez katolików. Liturgia z samej swej natury musi być wyrazem wiary, a więc każdy katolik ma prawo i obowiązek widzieć w niej precyzyjną i jasną definicję wiary katolickiej, jasno wyrażającej to, w co katolicy wierzą odnośnie do tajemnicy, którą celebrują. Kiedy jednak mówimy, że nowy ryt Mszy jest sam w sobie zły, nie sugerujemy w ten sposób, że ludzie czy nawet kapłani, którzy go używają, muszą być koniecznie złym ludźmi, ponieważ wielu uczestniczy w tej Mszy po prostu z ignorancji albo fałszywie rozumianego posłuszeństwa. Częstokroć nie znają oni po prostu niczego innego. Niemniej jednak, ponieważ nowa Msza nie jest wyrazem wiary katolickiej, stanowi ona w bardzo realnym sensie zagrożenie dla wiary, okazję do grzechu utraty wiary. Modląc się słowami, które są celowo dwuznaczne, narażamy się na niebezpieczeństwo przyjęcia heretyckich i fałszywych poglądów. Tak więc w praktyce nikomu nie wolno uczestniczyć w nowej Mszy, podobnie jak nie wolno uczestniczyć w liturgii prawosławnej czy protestanckiej - i to z tych samych powodów, ponieważ stanowiłoby to zagrożenie dla naszej wiary. Niektórzy ludzie wysuwać mogą obiekcję, że przecież nowa Msza promulgowana została przez Stolicę Apostolską, a więc nie może zawierać żadnego błędu ze względu na nieomylność papieską. Jest to po prostu nieprawda. Nieomylność papieża nie dotyczy każdego aktu, jaki on wykonuje, ogranicza się jedynie do przypadków, gdy definiuje on doktrynę dotyczącą wiary i moralności, będącą częścią Bożego Objawienia. Nieomylność ta nie dotyczy tworzenia nowych doktryn, ale jedynie definiowania zawsze wyznawanych prawd.. Nigdy w historii Kościoła papież nie stworzył nowego rytu Mszy, o dopuszczalności danego rytu Mszy decydowało prawo zwyczajowe, a nie fakt, że został on promulgowany przez papieża. Gdyby prawdą było, że papież ma władzę tworzenia nowych rytów, niewątpliwie moglibyśmy znaleźć jakieś świadectwa historyczne tego faktu, jednak w rzeczywistości papieże zawsze mówią o tym, co otrzymali od swych poprzedników, a nie o tym, co sami stworzyli. Mówiąc wprost: sam fakt, że ryt ten został promulgowany przez papieża nie zmienia istoty samej rzeczy, zwłaszcza gdy dotyczy to nowości, niespotykanej nigdy w historii Kościoła. Nawet jednak odnośnie prawomocności promulgacji Nowej Mszy można mieć uprawnione wątpliwości - z powodów nie tylko doktrynalnych, ale i kanonicznych, oraz niemal pewnej niemożności, by prawo mogło znieść to, co było odwiecznym zwyczajem. Owa kanoniczna nieważność jest jednym z powodów, dla których znajdujemy się dziś w absurdalnej sytuacji kanonicznej, zwłaszcza po motu proprio Benedykta XVI Summorum pontificum, w sytuacji, w której mamy dwa sprzeczne ze sobą prawa powszechne rządzące tą samą kwestią w Kościele - to jednak mogłoby stanowić temat odrębnej konferencji. Niestety pomimo faktu, że temat naszej konferencji jest wystarczająco obszerny, byśmy mogli kontynuować ją jeszcze długo, musimy ograniczyć się do tego, co już zostało powiedziane, czyli mówiąc w skrócie: że nowy ryt Mszy nie wyraża doktryny Kościoła katolickiego dotyczącej Ofiary Mszy, a więc nie jest katolicki. Możemy więc zobaczyć, Drodzy Wierni, jak wielka jest rola Tradycji, zwłaszcza w naszych czasach. Kwestia nowej Mszy i dylemat przed jakim stawia ona każdego katolika nie jest jedynie sprawą łaciny, kadzidła czy chorału gregoriańskiego. To kwestia dotykająca samego serca naszej wiary. Nie chodzi jedynie o piękno rytu, ale o prawdę, jaką on wyraża. Nie chodzi jedynie o piękno budynków przeznaczonych do kultu Bożego, które nasi przodkowie wznosili kosztem wielkich poświęceń, ale o samą Ofiarę, dla której je wznosili. To kwestia zachowywania tej tradycji, która uczyniła Polskę tym, czym jest i będącą jedyną drogą, dzięki której może ona zachować swą tożsamość - kwestia wiary katolickiej. To wiara katolicka stworzyła wasz kraj, to Ofiara Mszy go uświęciła i uczyniła narzędziem obrony Chrześcijaństwa, to Ofiara Mszy dawała siłę waszym przodkom, cierpiącym tak długo pod obcą okupacją. Macie obowiązek zachować tę Ofiarę, trzymać się tego testamentu naszego Pana i Zbawiciela Jezusa Chrystusa, który spisał nam On swoją własną Krwią. Nie zdradzajcie tego testamentu, który przekazali wam wasi przodkowie. Tak jak przetrwali oni okupację ze strony fizycznych wrogów Chrześcijaństwa, tak wy musicie przetrwać okupację Kościoła przez modernistów i tych, którzy niszczą go od wewnątrz. I z łaską, która wypływa z Mszy, będziemy nadal trzymać się tego, czego musimy być pewni, gdyż Zbawiciel obiecał, że nawet bramy piekielne nie przemogą Kościoła. Tak długo, jak zachowywana jest Jego Ofiara, żadne moce piekielne nigdy nad nami nie zapanują. Tak więc, Drodzy Przyjaciele, prośmy w sposób szczególny Matkę Bożą, by zachowała nas blisko Krzyża, podobnie jak On przy nim stała, blisko ofiary naszego Pana Jezusa Chrystusa, którą kontynuuje On w Najświętszej Ofierze Mszy, byśmy poprzez owoce Mszy mogli cieszyć się życiem, które nie ma końca - którego to szczęścia życzę każdemu z was. Dziękuję za Waszą uwagę i niech Bóg obdarzy Was swoim błogosławieństwem.

(zapis wykładu wygłoszonego przez ks.Jana Jenkinsa FSSPX w Lublinie dn.14.IV.AD 2008 - sala konferencyjna hotelu Europa)


ks.Jan Jenkins FSSPX

Powrót


April 7 th, 2008  •  Posted by Free CSS Templates  •  18 Comments