Śmierć kontrrewolucjonisty


W pierwszej połowie XV wieku żył na terenie Italii pewien franciszkanin imieniem Justyn. Doszedł on w stosunkowo krótkim czasie do wysokiego stopnia pobożności przez wytrwałe ćwiczenie się w modlitwie kontemplacyjnej. Ojciec święty Eugeniusz IV tak wielkie obrał przeświadczenie o świętości franciszkańskiego zakonnika, że pewnego razu przyjmując go serdecznie, posadził obok siebie przy tronie papieskim, okazując mu wszelkie oznaki czci i szacunku. Gdy Justyn poznał w jak wielkich łaskach znajduje się u Wikariusza Chrystusowego, zaślepił się niezmiernie pychą do tego stopnia, że św.Jan Kapistran widząc powracającego z audiencji do klasztoru zakonnika rzekł do niego: "Bracie Justynie, poszedłeś aniołem, wróciłeś szatanem". I tak było w rzeczywistości. Od tamtej chwili brat Justyn z każdym dniem rósł w pysze. Na każdym kroku domagał się, aby wszyscy w klasztorze zwracali się do niego z należną czcią, stosownie do jego urojonych zasług. Aż wreszcie pewnego dnia, w przypływie gniewu Justyn przebił nożem współbrata, łamiąc śluby zakonne uciekł do Neapolu, gdzie wielu innych dopuścił się nieprawości. Niegdyś pobożny mnich, resztę swych dni zakończył w więzieniu. Zmarł ostatecznie nie pojednawszy się z Bogiem. Karty historii pełne są podobnych świadectw apostazji. Zdarzenia zbliżone w swej wymowie do przytoczonego powyżej budzą w nas lęk przed przyszłością, zdają się stawiać duszy retoryczne pytanie: czy aby kiedyś nie podzielisz losów z tymi, którzy niegdyś starannie strzegli swej prawowierności, lecz podobni spadającym z nieba gwiazdom w hańbie i odstępstwie zakończyli swe dni. Być może Ty, Szanowny Czytelniku również borykałeś się we własnym umyśle z podobnymi rozterkami: dziś jestem katolikiem i konserwatystą ale czy wytrwam przy swych ideałach do końca swych dni, ba czy wytrwam w nich do następnej wiosny? Na tak postawione pytanie pierwsza odpowiedź przeciętnego kontrrewolucjonisty zazwyczaj powiela słowa św.Piotra: choćby i wszyscy zdradzili ja nigdy nie odstąpię. Taka deklaracja powinna być już światłem ostrzegawczym przed zbliżającym się niebezpieczeństwem. świadczy ona o niczym innym jak o zarodkach pychy, gdyż dowodzi silnej wiary nie w Boga lecz w samego siebie. G.K.Chesterton w jednej ze swych znakomitych analiz współczesności wyszydzał wyświechtany slogan "wiary w siebie". Ci bowiem - uzasadniał Anglik - którzy zbyt mocno przejęli się tym dogmatem laicyzmu, aktywnie wcielali w życiu wiarę w siebie, niejednokrotnie zapisali tym samym najkrwawsze i najtragiczniejsze stronice w historii ludzkości. Na płaszczyźnie religijnej przykłady choćby jednego z największych umysłów katolicyzmu - Tertuliana, zaś w sferze metapolitycznej - hiszpańskich karlistów, powinny stapiać zbyt pewne siebie deklaracje. Ten pierwszy, niegdyś godny miana doktora Kościoła zakończył swe życie w jednej z niebezpiecznych sekt chrześcijańskich, zaś znaczne grono karlistów w XX wieku porzuciło sztandary rojalizmu i katolickiej kontrrewolucji na rzecz wcielania w życie zasad marksizmu i teologii wyzwolenia. Jak mogło do tego dojść? Jak człowiek, którego umysł poznawszy Prawdę przez wiarę, logiczne wnioskowanie, powagę tradycji, autorytet przodków oraz własne doświadczenie może bez skrupułów zrzucić z siebie jej święte jarzmo? Jak to możliwe, że niegdysiejszy reakcjonista potrafi zadeklarować się dzisiaj jako zwolennik rewolucji francuskiej, aborcji, Vaticanum II czy też orędownik socjalizmu i praw człowieka?

Podręcznik małego heretyka

W świecie idei człowieka nic nie dzieje się nagle i natychmiast. Apostazja religijna czy też światopoglądowa nie następuje z dnia na dzień. Bądź spokojny drogi czytelniku. Nie jest możliwe abyś jeszcze dziś trzymając w dłoniach "Najwyższy Czas", jutro obudził się jako namiętny czytelnik "Gazety Wyborczej". Odstępstwo od wiary i własnych przekonań to proces długofalowy, który zwykle przebiega po linii brata Justyna. Człowiek jest istotą rozumną, posiadającą wolną wolę. Wyjąwszy dogmaty wiary w celu poznania prawdy wystarczy człowiekowi sam rozum, natomiast aby czyny człowieka podporządkować poznanej prawdzie konieczna jest silna wola. Nasz rozum odpowiedzialny jest za poznanie, nasza wola odpowiedzialna jest natomiast za działanie. Na tych dwóch płaszczyznach opierają się środki prowadzące nas do ostatecznego celu ziemskiej wędrówki. Ale ażeby wola podążała za prawdą konieczne jest człowiekowi nieustannie ćwiczyć się w odwadze i pokorze. Prawda jest znienawidzona przez świat i przezeń prześladowana. Tak było, jest i będzie do końca świata. Aby się o tym przekonać nie trzeba sięgać do żywotów świętych męczenników Kościoła. Rzeczywistość tej tezy poznajemy przez codzienne doświadczenia już od najmłodszych lat. Zawsze konsekwencją poznania przez człowiek jakiejś małej prawdy jest postawienie się przed dwoma rozwiązaniami, przed dwiema wykluczającymi się nawzajem drogami. Wybór właściwej drogi świadczy o wartości duchowej człowieka. Pierwsza droga jest łatwa: zignorowanie lub przemilczenie prawdy w celu uniknięcia konfliktów ze zwolennikami fałszu. Druga natomiast droga polegająca na publicznym wyznaniu i obronie prawdy, zwykle wiąże się z nieprzyjemnymi konsekwencjami. Czym większą prawdę człowiek poznał a wolę swą zaprzągł do jej publicznej obrony, tym większe ofiary musi dla niej znosić, począwszy od ostracyzmu towarzyskiego, niemożliwości awansu w pracy, potępieniach ze strony rodziny, utracie majątku.....ostatecznym kresem tej drogi jest zawsze męczeństwo i śmierć. Dobrym przykładem na potrzeby omawianego zagadnienia jest choćby świadectwo Sokratesa. Grecki filozof światłem czystego rozumu doszedł do prawdy, że musi być tylko jeden Bóg, jedyny i duch czysty. Sokrates żyjąc w pogańskiej społeczności, która nie mogła ścierpieć tej prawdy oddał życie za naukę o jednym Bogu. Jednak ostatecznie sam zwątpił w odkrytą prawdę, gdyż przed wypiciem trucizny kazał złożyć za siebie ofiarę bożkowi Eskulapowi, na wszelki wypadek, gdyby on jednak istniał. Cóż moralnie warta byłaby wierność prawdzie, gdyby wyznawanie jej nic nas nie kosztowało, jeśli nierozerwalnie nie wiązała się ona z koniecznością odwagi, ofiary i cierpienia? Szlachectwo człowieka wytapia się przez odważne głoszenie światu "non possumus", natomiast jak podkreślał Feliks Koneczny "duchowe zero poznać po tem, że pragnie się wszystkim przypodobać". Aby zobrazować mechanizm śmierci duchowej tytułowego kontrrewolucjonisty a w konsekwencji wskazać rzeczywiste źródło apostazji wyobraźmy sobie młodego człowieka "X", który w stosunkowo krótkim czasie doszedł do bardzo zaawansowanego poznania prawdy. W celu obrony porządku moralnego wiele znosił kpin i szyderstw od swoich rówieśników wyszydzających cnotę. Na studiach niejednokrotnie doświadczył ataków i szykan ze strony lewicowych wykładowców, w pracy został pozbawiony awansu ponieważ zawiesił nad drzwiami Krucyfiks, a jego przełożony był zadeklarowanym wolterianinem. Pomimo coraz to nowych krzyży jego silna wola mężnie przeciwstawiała się światu. Zdawać by się mogło, że nic nie zwiastowało jego duchowego upadku. Jednakże jego nieprzejednana postawa wobec świata zrodziła podziw i uznanie wielu ludzie o konserwatywnych i katolickich przekonaniach. Pan "X" śladem Justyna zasmakował w pochwałach, komplementach, słowach uznania dla jego heroicznych czynów. Owe wyrazy uznania z jakimi coraz częściej się spotykał i towarzyszące temu wzbijanie się w pysze nie przeszkadzały mu mężnie stawać w obronie wiary katolickiej oraz zachowawczych poglądów wśród demoliberalnego plebsu. Wręcz przeciwnie, łasy na komplementy pokrewnych mu ideowo bliźnich dokonywał coraz to bardziej śmiałych czynów apologetycznych. Czynił je jednak już nie przez wzgląd na miłość jaką nosił dawniej w sercu dla Boga i prawdy lecz z uwagi na kwitnącą w nim subtelnie lecz bardzo intensywnie pychę. Jednak na pewnym etapie życia zabrakło mu w jednej chwili sił duchowych do stanowczej obrony własnych przekonań. Począł lawirować, wypowiadać się dwuznacznie, nie miał już sił jak dawniej cierpieć i znosić szykany dla prawdy ze strony świata, gdyż zbytnio już rozmiłował się miłości własnej. Pycha zabiła w nim miłość ofiarną, pozbawiła go cnoty męstwa i poświęcenia. Dalsze koleje jego życia przybrały jeszcze bardziej czarny scenariusz. Zaślepiająca miłość własna nie tylko zdziesiątkowała jego wolę ale także rozbroiła jego rozum. Nie był już zdolny rozeznać prawdę, gdyż na świat spoglądał przez pryzmat własnych upodobań i pragnień a nie rzeczywistego porządku rzeczy. Ostatecznie pan "X" zupełnie odstąpił z drogi, którą obrał w młodości. Kres swych dni dopełnił jako aktywista partii komunistycznej, gdyż właśnie tam przez wrodzoną erudycję i inteligencję odnalazł poklask dla swych przedsięwzięć. Historia ta, choć zupełnie fikcyjna jest obrazem zgodnej drogi wszystkich apostatów. Kto nie chce podzielić jej losów musi zrozumieć, że główną siłą sprawczą każdego duchowego upadku jest zasmakowanie w miłości własnej. Jeśli trudno nam wyobrazić sobie jak niegdysiejsze orły mogły upaść tak nisko aby przemienić się w karłowate wróble miejmy na względzie słowa Tomasza a Kempis "pospadały gwiazdy z nieba". Jedyną siłą, która może ściągnąć świecące gwiazdy z firmamentu niebieskiego jest właśnie pycha, i tylko pycha. W podręczniku każdego heretyka czy apostaty zawsze na pierwszym miejscu wygrawerowanymi literami zapisane jest słowo "pycha". Z pychy wziął się upadek największego z aniołów, którego ślepota uczyniła na wieczność najbardziej nieszczęśliwym ze stworzeń. Z miłości własnej rodzi się tylko zniechęcenie do poświęceń, do znoszenia ofiar a w konsekwencji rozpacz, obojętność i apostazja. Pycha jest wiatrem, który gasi płonący w człowieku ogień bezkompromisowości.

Kamień węgielny łaski

Ks.prof. Michał Poradowski w swej znakomitej pracy "Palimpsest" pisał: "Duch święty działa przez ludzi, przez tych chrześcijan, którzy są gotowi do ofiarnej walki w obronie Wiary, a więc do takiej postawy, za którą trzeba cierpieć". Słowa te w pełni oddają istotę najważniejszego przesłania vademecum obrońców wiary i niezmiennych zasad. Kto zakosztował w pysze nie jest zdolny wytrwać na ciernistej ścieżce, gdyż miłość własna zawsze dryfować go będzie na drogi łatwe i przyjemne. Wówczas apostazja jest wyłącznie kwestią czasu. Ten proces rozpoczyna się od osłabienia woli, która przestaje ochoczo podążać za drogą poświęcenia. Gdyby wierność prawdzie zależała wyłącznie od aktu poznania rozumowego historia nie odnotowywałaby zupełnie przypadków apostazji. Z prawdziwym wieńcem chwały kończą swą ziemską wędrówkę jedynie ludzie pokorni. Pokora jest bowiem niczym innym jak umiłowaniem prawdy, gdyż prawdą jest to czym w rzeczywistości jestem przed Tronem Boga a nie za kogo ludzie mnie postrzegają. Kochać obiektywną prawdę to przede wszystkim kochać prawdę o samym sobie, widzieć swą okropną grzeszność i słabość. Jak nauczał św.Alfons Liguori nic nie pomoże człowiekowi poważanie wśród otaczających go ludzi, jeśli godny jest pogardy u Boga, i odwrotnie, nic nam nie zaszkodzi potępienie i pogarda w oczach świata, jeśli będziemy miłymi w oczach Boga. Dlatego też św. Franciszek Salezy pisał: "Cóż za krzywda nam się dzieje, że mają o nas złe wyobrażenie, kiedy my sami tak o sobie sądzić powinniśmy? Czy może dlatego, że się czujemy złymi, chcemy by drudzy uważali nas za cnotliwych?" Kochać prawdę o samym sobie jest najtrudniej, dlatego kto posiadł tę cnotę będzie wiernie strzegł każdej innej prawdy bez względu na czasy, osoby i okoliczności. Sprzeciwianie się światu wymaga nieustannych ofiar, ale rękojmię wytrwania na tej drodze daje człowiekowi wyłącznie pokora, gdyż "Bóg pysznym się sprzeciwia a pokornym łaskę daje". Tylko poprzez pokorę człowiek zaskarbia sobie konieczne łaski wytrwania w swej bezkompromisowości. Oby nigdy nie zabrakło pokory żołnierzom kontrrewolucji w XXI wieku. AMDG! (artykuł ukazał się w tygodniku "Najwyższy Czas!" 4-11 sierpnia 2007r. nr 31-32(898-899)

Łukasz Kluska


źródło

Powrót


Arytmetyka wiary



W tym roku przypada również setna rocznica innego jeszcze wydarzenia, innego wielkiego światła danego przez Boga (oprócz Fatimy) XX oraz XXI wiekowi - ogłoszenia encykliki Pascendi, promulgowanej przez św. Piusa X w roku 1907. Jeżeli naprawdę chcemy zrozumieć, dlaczego obecny kryzys jest tak ciężki, nie możemy uczynić nic lepszego niż analizować Pascendi, co też Bractwo św. Piusa X zgodnie ze swoim statutem czyni. Atap Lefebvre wybrał tego świętego papieża na patrona założonego przez siebie bractwa bez wątpienia z powodu znaczenia jego pontyfikatu, przede wszystkim jednak - ze względu na jego zasługi jako obrońcy wiary. św. Pius X uczynił wiele dla odnowienia muzyki kościelnej, dla dopuszczenia dzieci do Komunii św., przeprowadził rewizję prawa kano-nicznego, czym jednak byłoby to wszystko bez obrony wiary? Pragnę powiedzieć parę słów o tej encyklice, którą wszyscy powinni przeczytać. Nie jest to tekst łatwy, ma jednak kluczowe znaczenie dla zrozumienia tego, czego świadkami jesteśmy obecnie. Spróbuję pokazać wam, dlaczego tak jest. Sama encyklika składa się. poza wstępem i zakończeniem, z trzech głównych części, poświęconych doktrynie modernistów, przyczynom modernizmu oraz środkom zaradczym. Najważniejsza część traktuje o doktrynie, również pozostałe dwie są z nią [doktryną] w mniejszym lub większym stopniu związane. Część pierwsza, poświęcona doktrynie modernistów, jest podzielona na podrozdziały: modernista jako filozof, modernista jako wierzący, modernista jako teolog, modernista jako historyk, modernista jako krytyk, modernista jako apologeta, modernista jako reformator. Konkluzja papieża jest jednoznaczna, nazywa modernizm ..syntezą wszelkich herezji". Żadna herezja nie jest gorsza, giębsza i bardziej zwodnicza niż modernizm, dlatego właśnie Kościół znajduje się dziś w kryzysie, który jest tak trudny do zrozumienia i do uleczenia.

Agnostyczny fenomenalizm

Pius X rozpoczyna od analizy postawy modernisty jako filozofa - i słusznie, gdyż błędy filozoficzne stanowią źródło błędów modernisty jako wiernego, teologa, historyka, krytyka i reformatora. Podrozdział ten podzielony jest na część obejmującą zasady oraz część przedstawiającą zastosowanie tych zasad w praktyce. A ponieważ stosowanie jest wynikiem zasad, jądro encykliki stanowią dwa zaledwie paragrafy, w których papież przedstawia założenia modernizmu. Zasady te są dwie: agnostyczny fenomenalizm, będący zasadą negatywną, służącą do "oczyszczenia pola", oraz immanencja życiowa, którą moderniści posługują się do tworzenia nowej koncepcji wiary i religii. Ponieważ jednak nie można budować, jeśli się wprzód nie oczyści terenu, zasada negatywna, poprzedzająca pozytywną, ma znaczenie kluczowe. Te parę słów, które św. Pius X wypowiedział o agnostycznym fenomenalizmie, można porównać do żołędzia, który zawiera w sobie jako w zarodku cały dąb. Skoro zrozumiemy zasadę agnostycznego fenomenalizmu, łatwo zrozumiemy całą encyklikę. Wedle wyznawców tej filozofii nie możemy poznać niczego poza zjawiskami (fenomenami), pozorami. Sam byt pozostaje niepoznawalny; nasz intelekt nie może poznać istoty rzeczy, a jedynie doznania zmysłowe z nią związane. Intelekt nakazuje danym przekazywanym przez zmysły rekonstruować świat. Innymi słowy, intelekt pozbawiony jest swego prawdziwego przedmiotu. Filozofia scholastyczna - filozofia Kościoła, wyrażająca w terminach technicznych to, co podpowiada nam zdrowy rozsądek - uczy nas, że przedmiot jest tożsamy z samym aktem poznania. Bez przedmiotu poznanie jest niemożliwe, co dowodzi faktu, iż najważniejszy jest przedmiot, a nie związane z nim fenomeny. Możemy poznać istotę rzeczy, wiemy, czym są za zasłoną zjawisk. Z reguły fenomeny, które postrzegane są przez nasze zmysły, wskazują na pewną zrozumiałą treść, która jest istotą rzeczy. Znamy więc istotę rzeczy; znamy rzeczywistość, znamy obiektywną prawdę. Obiektywna prawda jest w przedmiocie, pozostaje niezależna od naszych subiektywnych odczuć i możemy ją poznać, a dzięki temu poznaniu nasz intelekt może działać. Jeśli jednak powiecie, że intelekt nie jest w stanie poznać bytu, negujecie akt intelektu i czynicie go niezależnym od jego przedmiotu. Tego właśnie chcieli moderniści - wolności, największej możliwej wolności. Czcimy wolność, poszukujemy wolności, kochamy wolność, a największą wolnością jest powiedzieć, że ten namiot nad moją głową jest namiotem jedynie wówczas, jeśli chcę, by był namiotem. Jeśli jednak zechcę, by był słoniem, będzie słoniem. Przymioty są przymiotami namiotu, rekonstruuję jednak dane zmysłowe tego namiotu i twierdzę, że jest to w rzeczywistości słoń. Rozu- miecie więc szaleństwo tego systemu. Ci, którzy go wyznają, muszą stosować go selektywnie, aby nie popaść w obłęd i by utrzymać się przy życiu. Kiedy więc schodzą na śniadanie i widzą przed sobą białą filiżankę z czarnym płynem w środku, wybierają twierdzenie, że jest to kawa. Czynią tak dlatego, że gdyby zdecydowali, iż jest to coś innego, mogliby cierpieć pragnienie! Potem idą do garażu i uruchamiają kluczykiem silnik samochodu, tj. złudzeniem kluczyka uruchamiają złudzenie silnika, aby odjechać złudzeniem samochodu - inaczej nigdy nie dostaliby się na uniwersytet, gdzie nauczają tych nonsensów. To mord dokonywany na zdrowym rozsądku. Przez 200 lat, od końca XVIII wieku, człowiek usiłował zastąpić naturę i rzeczy dane nam przez Boga swymi własnymi fantazjami. Przez 200 lat, jak słusznie zauważył Marceli De Corte, intelekt był nadużywany do fabrykowania, a nie poznawania, do fabrykowania z pomocą wyobraźni świata różnego od tego, który został nam dany przez Boga. (...) Kościół i świat oderwały się od rzeczywistości i zatraciły w fantazjach, a przez to popadły w kryzys, który staje się z każdym dniem poważniejszy. Jeśli nie chcemy przegrać, musimy uczynić wszystko, co w naszej mocy, by zrozumieć zasady agnostycznego fenomenalizmu i ich zastosowanie w otaczającym nas świecie. "Wyimaginowana rzeczywistość" nazywana jest dziś, w erze elektroniki, "rzeczywistością wirtualną". Jednak, jak mówi De Corte, elektronika nie stworzyła się sama - zrodziło ją ludzkie pragnienie fantazji. Pragnienie to skłoniło ludzi do zastąpienia normalnej rzeczywistości "rzeczywistością wirtualną" i stworzenia Internetu, telewizji eto. Z technicznego punktu widzenia "wirtualna rzeczywistość" jest wspaniała, odciąga jednak człowieka od jego obowiązków wobec Boga. Rozważmy konkretne zastosowania tej zasady. Jeśli współcześni duchowni pozostają do pewnego stopnia oderwani od rzeczywistości, mogą twierdzić, że dwa plus dwa daje cztery, a równocześnie utrzymywać, że suma ta wynosi pięć. Jednak każdy, komu zostało choć trochę zdrowego rozsądku i rozumie, czym jest arytmetyka, wie, że człowiek, który uważa, iż dwa plus dwa daje cztery, ale może też dawać pięć, jest bardzo niebezpieczny. Jest niebezpieczny dlatego, że wykorzystując naszą nieuwagę, może doprowadzić nas ostatecznie do uwierzenia, że prawdziwy wynik wynosi nie cztery, a pięć. Dlatego właśnie św. Pius X napisał w swej encyklice, że kiedy czytacie prace modernistów, jedna strona jest całkowicie katolicka, a następna sprawia wrażenie, że napisał ją racjonalista. (...) Musimy więc być nadzwyczaj ostrożni wobec tzw. konserwatystów w Kościele. Nie są oni w pełni tradycjonalistami; wszyscy chcą w mniejszym lub większym stopniu zmieszać absolutną, wyłączną i obiektywną prawdę wiary katolickiej z zasadami współczesnego świata. A to nie jest możliwe. W arytmetyce to rozumiemy, jest to oczywiste. Niestety, jest to mniej jasne w kwestiach wiary. Jeśli jednak posiadam wiarę, rozumiem dobrze, że wiara jest prawdą tak samo jedyną, wyłączną i niezmienną jak to, że dwa plus dwa daje cztery; i jest to prawda o wiele ważniejsza. Np. Motu proprio [Summorum Pontificum] jest czymś bardzo dobrym. To jak stwierdzenie, że dwa plus dwa równa się cztery: uwolnienie Mszy trydenckiej jest rzeczą bardzo dobrą. Możemy sobie wyobrazić, że uwolni wiele dusz w Kościele soborowym od tego, co było dla nich więzieniem przez całe dekady. Witamy z zadowoleniem tych ludzi, dla których dwa plus dwa jest cztery, a nawet pięć! Cieszymy się, że dokonali postępu, przyznając częściej, że dwa plus dwa daje cztery, i modlimy się za nich, żeby w końcu całkowicie porzucili pomysł, że dwa plus dwa daje pięć. Jednak my, którzy dzięki łasce Bożej posiadamy wiarę i zrozumienie, że pod tym względem wiara jest jak arytmetyka, jesteśmy bardzo ostrożni wobec tych dobrych duchownych. Powiem wam, dlaczego możemy powiedzieć, że są oni dobrzy, a jednak jesteśmy wobec nich ostrożni. W gruncie rzeczy nie wiedzą, co czynią. Jeśli choćby w najmniejszym stopniu pozwolą skazić się przez współczesną, masońską ideę, wedle której prawda ma charakter otwarty i nie jest wyłączna, musimy być bardzo ostrożni we wszelkich kontaktach z nimi. Z drugiej strony, siedzą oni na katedrze Mojżesza, wierzymy, że są oni ludźmi Kościoła i wasz sługa zawsze wymienia imię papieża oraz lokalnego biskupa w kanonie Mszy. Szanujemy ich, kochamy, również oni mają dusze, których przeznacze- niem jest zbawienie. Nie ukrywamy jednak, że jesteśmy bardzo ostrożni, gdy rozmawiamy z nimi o wierze, gdyż dwa plus dwa jest cztery, a nie 4,01.

Szczerze, jednak błędnie

Oczywiście abp Lefebvre musiał walczyć najpierw o Mszę św., ponieważ była to pierwsza rzecz, którą należało ratować. Jednak poza kwestią Mszy św. istniał również bardzo poważny problem doktrynalny, problem związany z wiarą, ponieważ zostały wstrząśnięte same fundamenty intelektu. I tu napotykamy kolejną komplikację: ze względu na to, że negowanie istnienia obiektywnej prawdy, negowanie ekskluzywizmu wiary nie sprzeciwia się bezpośrednio dogmatom wiary, nie można powiedzieć po prostu, że ludzie ci stracili wiarę. Wyznając to szaleństwo na poziomie naturalnym, nie muszą oni w sposób konieczny negować prawdy nadprzyrodzonej. A to z kolei komplikuje sytuację. Gdyby mówili, jak szczerzy protestanci, że dwa plus dwa daje wyłącznie pięć, wówczas sytuacja byłaby jasna. Jednak w większości przypadków mamy do czynienia z ludźmi (czy to w Kościele, czy gdzieś poza nim), których umysły dryfują. Mogą być oni ludźmi szczerymi i dobrymi. Szczerość polega na zgodności pomiędzy tym, co wewnętrzne, a tym, co zewnętrzne. (...) Iluż z nas zna proboszczów, którzy jednego dnia zgadzają się z tobą całkowicie, kiedy mówisz o Tradycji, a potem dowiadujesz się, że następnego dnia odwiedził ich zażarty modernista, a oni zgodzili się również z nim. Ci biedni ludzie nie ro-umieją już zasady niesprzecz-ności. W jaki sposób można przekonać takich ludzi? Jak można rozmawiać z nimi o sprawach wiary? Kochamy ich, pragniemy ich dobra, chcemy, by zrozumieli, a nade wszystko chcemy ich nawrócenia. Jednak Bóg jeden wie, być może mają oni wiarę. świat jest pogrążony w takim zamęcie, że sam tylko Bóg może to wiedzieć. świat ogarnia szaleństwo. A oto inne praktyczne zastosowanie. Istnieją dwa niebezpieczeństwa, które mogą uczynić ze mnie sedewakantystę albo liberała. Gdybym powiedział - a byłoby to czymś naturalnym - "Ci ludzie są szczerzy, są dobrzy, więc ich doktryna jest dobra", popełniłbym błąd i stałbym się liberałem. Z drugiej strony, gdybym powiedział: "Ci ludzie wyznają bardzo złą doktrynę, więc nie są szczerzy ani dobrzy" - myliłbym się, ponieważ mogą być oni szczerzy i dobrzy. By zrozumieć, w jaki sposób ich doktry- na może być zła, a oni sami mogą być ludźmi szczerymi i dobrymi, musimy zrozumieć, że intelekt został oderwany od swego przedmiotu. Aby zrozumieć sytuację, w jakiej się obecnie znajdujemy, musimy pojąć to, co stanowi istotę Pascendi. Rzecz w tym, że im bardziej szczerzy i lepsi są ci ludzie, tym bardziej - patrząc obiektywnie - mogą być niebezpieczni. Musimy dziś stale czynić rozróżnienie pomiędzy tym, co jest obiektywne, a tym, co jest subiektywne. Jedynie Bóg zna serca ludzi. My robimy wszystko, co w naszej mocy. Obiektywnie - jak powiedziałby Asterix - "ci Rzymianie oszaleli". Jednak subiektywnie mogą być oni dobrymi ludźmi. Niekoniecznie jednak muszą być dobrzy. Niektórzy ich przywódcy są bardzo źli i dobrze wiedzą, co czynią. Musimy więc zrozumieć, że skoro intelekt został oderwany od swego przedmiotu, może rozumować prawidłowo lub błędnie, a w każdym z tych przy- padków dana osoba może być szczera i działać w dobrej wierze. W każdym razie dzięki łasce Bożej wiemy, że prawda wiary katolickiej jest niezmienna i wolna od wszelkiego błędu. Musimy trzymać się tego, co obiektywne, abyśmy nie zostali wciągnięci w bagno subiektywizmu, pochłaniające coraz więcej ludzi. Ludzie pogrążeni są w błędach, a - jak powtarzał zawsze św. Paweł - wraz z błędem przychodzi grzech. Wspomniałem już o błędzie na poziomie naturalnym. Naturalny intelekt nie funkcjonuje już właściwie, jest on jednak tak różny od nadprzyrodzonego, iż możemy przyjąć, że ktoś mógłby zachować wiarę, wyznając równocześnie błąd w dziedzinie filozofii. Tak długo na przykład, jak Kościół tego nie zdefiniował - co z pewnością uczyni, gdy wydobędzie się z obecnego kryzysu - na czym polega błąd agnostyczne-go fenomenalizmu, nikt nie musi być koniecznie heretykiem tylko dlatego, że jest zwolennikiem tego systemu filozoficznego. Jednak, drodzy przyjaciele, bądźcie ostrożni z powoływaniem się na naturę, która obecnie często bywa deformowana.

Praktyczne zastosowania

Natura jest obecnie wypaczana i deformowana. Oczywiście natura jako taka nie ulega zmianie. Teologia moralna uczy nas, że człowiek może zatracić drugorzędne zasady moralności, jednak nigdy nie zasady główne. Nie jesteście np. w stanie wymazać z niczyjej głowy zasady "czyń dobrze, a unikaj zła", możecie jednak usunąć z głów niektórych zasadę "nie kradnij", o ile od najwcześniejszej ich młodości będziecie ich uczyli, że kradzież jest czymś dobrym. Jeśli Bóg dopuści, to wypaczenie natury może posunąć się bardzo daleko - i stanowi to sprawiedliwą karę dla świata, który odrzuca swego Stwórcę, a przedkłada wytwory własnego rozumu nad obiektywne prawdy przekazane przez Boga. Zastanówmy się najpierw, jaki ma to wpływ na nasze życie jako katolików. Wszyscy jesteśmy zagrożeni brakiem realizmu i zdrowego rozsądku. Być może, z Bożą pomocą, zachowaliśmy aż dotąd zdrowy rozsądek, jednak znajduje się on w niebezpieczeństwie. Zdrowy rozsądek jest czymś naturalnym, (...) jest niczym sprzęgło pomiędzy intelektem a rzeczywistością. Intelekt może działać, jednak silnik nie będzie przenosił ruchu na koła, jeśli sprzęgło nie będzie włączone. To zdrowy rozsądek jest sprzęgłem łączącym porządek naturalny z nadprzyrodzonym (...). Bardziej niż kiedykolwiek katolicy potrzebują zdrowego rozsądku... Wszystkim nam zagraża również subiektywizm. Dlatego właśnie to, co nienormalne, staje się normalnym - i vice ver-sa. Z każdym kolejnym dniem słabnie obiektywizm, charakterystyczny dla zdrowego umysłu. To wpływ świata, który nas otacza! Nie zapominajmy, że jesteśmy istotami społecznymi, żyjemy z innymi, zależymy od nich, oddziałujemy na siebie wzajem: w biurze, na ulicy, w parafii - w naszym codziennym życiu otoczeni jesteśmy ludźmi, którzy pogrążeni są w fantazji, w iluzji. Kilka miesięcy temu belgijski biznesmen powiedział do mnie: "W dzisiejszym świecie biznesu tym, co liczy się najbardziej, to wiedzieć, jak wykorzystać pozory". Żyjemy w świecie pozorów. Musimy jednak zachować poczucie rzeczywistości. Jeśli damy się porwać pozorom, czekają nas nieuniknione rozczarowania, które mogą wstrząsnąć naszą wiarą. (...) Możemy więc zacząć kwestionować naszą wiarę. Wina nie leży jednak po stronie wiary, ale po naszej, gdyż pozwoliliśmy zatruć się do pewnego stopnia subiektywizmem, umieszczając siebie samych i nasze idee ponad obiektywną prawdą i obiektywną rzeczywistością... Wystrzegajmy się również autorytaryzmu. Gdy intelekt jest skażony subiektywizmem, oderwany od swego przedmiotu i nie funkcjonuje już prawidłowo, wówczas pojawia się pokusa autorytaryzmu. Zjawisko to dobrze oddaje postawa duchownych przed soborem, którzy powtarzali wiernym: "Módlcie się, płaćcie i bądźcie posłuszni" ("Pray, pay and obey"). Dziś nie zdaje to już egzaminu. Nie może odnosić pożądanego skutku, ponieważ kapłani sami podkopali swój autorytet i robią to dalej, pogrążając się w fantazjach... Abp Lefebvre odbudowywał autorytet poprzez prawdę. Rzadko kiedy słyszałem go forsującego swój autorytet. Oczywiście posiadał on autorytet naturalny, wynikający z faktu, że zawsze, kiedy konsultowaliśmy z nim trudny problem, po wysłuchaniu nas dawał nam odpowiedź opartą o zdrowy rozsądek. W ten sposób budował swój autorytet. Tak - moi drodzy konfratrzy - nasz autorytet zależy w wielkiej mierze nie tylko od naszej wiary, ale również od zdrowego rozsądku. Jak powiedział ks. Vallet: "Zdrowy rozsądek zawsze obowiązuje". Na zakończenie pragnę powiedzieć o hipokryzji tego świata pozorów. Przez ostatnich pięć wieków hipokryzja stanowiła wielką pokusę. Christianitas przetrwała tysiąc lat, jednak od czasu wystąpienia Lutra rozpoczął się powolny upadek. Od tego czasu, by pozostać chrześcijanami, ludzie musieli udawać. Powstała cała seria systemów opartych na hipokryzji: protestantyzm, jansenizm, liberalizm, komunizm, modernizm, neomodernizm... Również ruch Tradycji może znaleźć się w niebezpieczeństwie popadnięcia w hipokryzję. Tak, bracia, zarówno wy, jak i ja jesteśmy zagrożeni przez tę pokusę hipokryzji, pokusę ustanowienia religii i tradycji pozorów zamiast Tradycji rzeczywistości. Tak więc przykładajmy wagę do rzeczywistości, do istoty rzeczy, nie pozwalajmy się zatruwać przez ten biedny świat, który nas otacza. Najświętsza Maryja Panna powiedziała dzieciom w Fatimie: "Módlcie się za biednych grzeszników, którzy idą do piekła, ponieważ nikt się za nich nie modli". Jest więc naszym obowiązkiem modlić się za miliardy biednych ludzi, żyjących obecnie w stanie całkowitego umysłowego zamętu. Nie traćmy jednak serca! Niepokalana trzyma szatana pod swoimi stopami i nie pozwoli mu się pokonać. Pozostańmy Jej wierni, uciekajmy się do Niej, a sprawi, że zwycięstwo to stanie się również naszym udziałem.
Za: "Zawsze Wierni", nr 3(106) tłum. Tomasz Maszczyk

bp.Ryszard Williamson

Powrót


April 7 th, 2008  •  Posted by Free CSS Templates  •  18 Comments