Pamięci ks. Malachi Martina


We wtorek 27 lipca 1999 r., w wieku 78 lat, wskutek następstw udaru mózgu zmarł w Nowym Jorku Malachi Martin, ksiądz katolicki, ex-jezuita, teolog, egzorcysta, wybitny znawca kulis polityki Watykanu, autor 16 bestsellerów. Popularność jego książek, nekrologi, jakie ukazały się we wszystkich dużych gazetach amerykańskich, wreszcie grono jego bliskich przyjaciół, do których należeli m.in. Michael Davies, ks. Charles Fiore, William Marra, ks. Alfred Kunz, Jerry Matatics czy Rama Coomaraswamy świadczą dobitnie, że ks. Martin był z pewnością postacią nietuzinkową i zasłużoną dla Tradycji katolickiej. Ale... czy ks. Martin od samego początku opowiedział się po stronie Tradycji w jej śmiertelnych zapasach z modernizmem? Niestety, nie brak świadectw niechlubnej roli, jaką ks. Martin miał rzekomo odegrać w czasie przygotowań i obrad Soboru Watykańskiego II; niektóre z nich sugerują nawet, że był on... głównym architektem deklaracji Nostra aetate, o stosunku Kościoła do religii niechrześcijańskich, w tym do Żydów. Kim był ks. Malachi Martin? Tradycyjnym katolickim kapłanem, czcicielem Matki Boskiej z Gwadelupy, przerażonym obecnym stanem kryzysowym w Kościele (o którym, jako Vatican insider, wiedział więcej niż ktokolwiek inny), jak chcą jedni, czy też cynicznym "Judaszem XX w." na służbie B'nai B'rith, jak twierdzą inni? A może współczesnym św. Pawłem, który - oślepiony okropieństwami, które widział z tak bliska - postanowił bronić Jednego i Świętego Kościoła? Jezuita Malachi Brendan Martin urodził się 23 lipca 1921 r. w Kerry, w Irlandii. W 1939 r. wstąpił do zakonu jezuitów; został wyświęcony na księdza w święto Wniebowstąpienia, 15 sierpnia 1954 r. W międzyczasie wiele studiował, uzyskując magisterium z filologii semickich i historii orientalnej w National University, równolegle poznając asyriologię w Trinity College. Następnie studiował na uniwersytecie w Louvain, w Belgii, gdzie również uzyskał dyplom z filozofii, teologii, języków semickich, archeologii i historii orientalnej. Zdobywał także wiedzę z zakresu psychologii eksperymentalnej i antropologii. Jeszcze później - równolegle na Uniwersytecie Hebrajskim w Jerozolimie i na uniwersytecie w Oxford - specjalizował się w studiach nad rękopisami hebrajskimi i arabskimi z okresu przedchrześcijańskiego. Napisał jedną z pierwszych prac nt. zwojów znad Morza Martwego, a ponadto wiele naukowych artykułów o paleografii semickiej. Jego pierwszą książką było dwutomowe dzieło Kronikarski charakter zapisu zwojów znad Morza Martwego. Od 1958 do 1964 r. ks. Martin przebywał w Rzymie jako sekretarz Agostino kard. Bei i bliski współpracownik papieża Jana XXIII, wypełniając na ich zlecenie wiele dyskretnych misji. Był również profesorem Papieskiego Instytutu Biblijnego, gdzie wykładał język hebrajski i aramejski, paleografię i biblistykę. W 1964 r. wystąpił z Towarzystwa Jezusowego; w następnym roku uzyskał zwolnienie ze ślubów posłuszeństwa i ubóstwa (nie prosił o dyspensę ze ślubu czystości). Sam ks. Martin twierdził, że Paweł VI zezwolił mu na prywatne odprawianie Mszy św. W pisanym przed śmiercią liście do przyjaciela wspomniał, że odprawiał ją codziennie - codziennie też odmawiał brewiarz.

Pisarz

Po wystąpieniu z zakonu ks. Martin z Rzymu - przez Paryż i Irlandię - wyjechał do Nowego Jorku. Początkowo, wciąż jako ksiądz, pracował tam jako taksówkarz i pomywacz (sic!)1. Później kardynał Cooke przydzielił mu obowiązki w archidiecezji nowojorskiej; dostojnik nalegał także, aby ks. Martin dla swego własnego bezpieczeństwa zamieszkał u poleconej przezeń rodziny. Ks. Martin, który początkowo chciał mieszkać sam, zgodził się i wprowadził się na Manhattan, do domu Kakii Livanos. Rodzina, chociaż nie katolicka, okazała się troskliwa i opiekuńcza, a Kakia Livanos stała się oddaną gospodynią. Niestety, w czasie jego choroby nadużyła okazywanego sobie zaufania - ale tę sprawę, dotyczącą dwóch stron internetowych ks. Malachi Martina, opiszemy później. Nadal wypełniając obowiązki kapłańskie, ks. Martin wkrótce poważniej zajął się pisarstwem. Liczne artykuły i książki szybko zdobyły mu nie tylko wiele znajomości w literackim światku Nowego Jorku, ale i zasłużoną sławę erudyty i świetnego znawcy tajemnic Watykanu. Już pierwsza powieść, The Encounter, okazała się znaczącym sukcesem, zdobywając tytuł jednej z "Trzydziestu Najlepszych Książek 1969 Roku", przyznawany przez "Library Journal". Później przyszły następne książki i następne sukcesy; umiejętnie łącząc obszerną wiedzę teologiczną i historyczną z błyskotliwym stylem pisarskim, wykorzystując wieloletnie obserwacje poczynione na najwyższych szczytach kościelnej władzy w Rzymie (znał osobiście trzech papieży!) ks. Martin co kilka lat zaskakiwał czytelników kolejnymi świetnymi pozycjami. I zarazem proroczymi. W 1970 r. ks. Martin uzyskał obywatelstwo amerykańskie. W 1972 r. ukazała się powieść Three Popes and the cardinal. Ks. Martin przedstawił w niej wizję niedalekiej przyszłości ("na długo przed rokiem 2000"), w której zabraknie instytucji, którą znaliśmy do tej pory jako Kościół Rzymski, Katolicki i Apostolski. Jego wydawca omal nie dostał apopleksji po przeczytaniu rękopisu... W 1973 r. książka Jesus now przyniosła szokującą prawdę o ciężkiej chorobie papieża Pawła VI; chorobie, którą Watykan przez długie lata starał się utrzymać w tajemnicy, a która ostatecznie wyszła na światło dzienne (Paweł VI cierpiał na białaczkę). Rok 1976 r. przyniósł super-bestseller Zakładnicy diabła, długo nie schodzący z list przebojów książkowych: pięć autentycznych historii opętanych Amerykanów. Zakładnicy doczekali się wielu wydań i entuzjastycznych recenzji wśród osób zajmujących się problemem opętania i egzorcyzmów; bez przesady można powiedzieć, że ta książka weszła na stałe do kanonu literatury przedmiotu. W 1978 r. ukazało się The Final Conclave, książka odsłaniająca wiele ściśle strzeżonych tajemnic Watykanu: polityczne intrygi i cyniczne alianse najwyższych dostojników. Ks. Malachi Martin był jedyną osobą, która nie tylko publicznie przewidziała, że w przeciągu roku odbędzie się konklawe, ale także kto zostanie wybrany papieżem! Ta przepowiednia był tak nieprawdopodobna, że tylko jedna gazeta zdecydowała się ją opublikować przed śmiercią Pawła VI i wyborem jego następcy... Rok 1987 r. to rok ukazania się Jezuitów (tylko ta książka oraz Zakładnicy diabła zostały wydane w Polsce2), w ocenie "World Economic Review" "najbardziej przerażającego i kontrowersyjnego portretu Towarzystwa Jezusowego w ciągu ostatnich 300 lat"; portretu przedstawiającego członków szacownego zakonu jako grupę stawiającą sobie za cel propagowanie ideologii marksistowskiej. Liczne głosy jezuitów z całego świata, którym ks. Martin dał do przeczytania rękopis, były zgodne - o. John Hardon SI wyraził to mówiąc: "Jezuici są w 100% prawdziwi". Rok 1990 przyniósł kolejną obszerną powieść (ponad 700 stron): The Keys of This Blood. Tytuł nawiązuje do wydarzeń z 13 maja 1981 r. na Placu św. Piotra; podtytuł jest jeszcze bardziej wymowny: "Papież Jan Paweł II kontra Rosja i Zachód [w walce] o kontrolę nad Nowym Porządkiem Świata". Książka przynosi dogłębną analizę obecnej sytuacji geopolitycznej oraz opis wydarzeń, które do niej doprowadziły. Ks. Malachi Martin daje się tu niespodziewanie poznać jako wyborny znawca historii krajów Europy Środkowej i Wschodniej, a zwłaszcza Rosji i Polski (w indeksie znajdujemy wiele polskich nazwisk oraz kilka terminów, których Autor używał w oryginale, nie tłumacząc na angielski, m.in. "Rzeczpospolita" oraz "racja stanu"!). Co dla nas, Polaków, szczególnie istotne, ks. Martin pisze o historii Polski z największą sympatią i szacunkiem.

Vatican insider

Ostatnia książka ks. Martina, Windswept House (1996), jest bodaj najważniejsza w całej jego działalności pisarskiej. Jest też chyba najbardziej szokująca: zaczyna się realistycznym opisem satanistycznego rytuału intronizacji Księcia Piekła, Lucyfera, który miał mieć miejsce w... kaplicy św. Pawła w Watykanie, 29 czerwca 1963 r., zaledwie tydzień po koronacji Pawła VI!3. W licznych wywiadach ks. Martin z całą mocą powtarzał: "Tak, to prawda. Te rzeczy miały miejsce. Znam nazwiska, i wiele osób z Watykanu również je zna". Po takich rewelacjach, choć podanych w formie beletrystycznej, trudno się właściwie dziwić, że Windswept House był przyjmowany z niedowierzaniem, a w USA, chociaż wydany przez znaną oficynę "Doubleday", pominięty milczeniem przez oficjalne media. Ks. Fiore, pisząc dla "Catholic Family News" w czerwcu 1996 r. recenzję tej książki, wyraził się, że jest to "powieść, w której rzeczywiste osoby i wydarzenia są zamaskowane w postaci fikcji literackiej". Nawet niezwiązani z Kościołem krytycy zarzucali ks. Martinowi niekatolicki, czy wręcz antykatolicki wydźwięk jego powieści, zaludnionej cynicznymi dostojnikami, zupełnie nie po chrześcijańsku walczącymi o władzę, tajnymi lożami masońskimi, biskupami kontaktującymi się z mafią i wywiadami, kręgami satanistów i pedofilów otaczającymi Papieża. Odpowiadając na te zarzuty, w jednej z audycji radiowych Malachi Martin odparł: "Z teologicznego punktu widzenia (...), przybyliśmy do miejsca, kiedy musimy nazwać czarne czarnym, nawet jeśli jest to zgodne z opiniami, które zawsze wyrażali nasi krytycy i wrogowie". Jego zamiarem było, aby Windswept House stał się orężem w rękach konserwatywnych katolików. Czy ks. Martina poniosła tym razem literacka fantazja? Przecież od ponad 20 lat mieszkał poza Wiecznym Miastem, skąd więc mógł wiedzieć, co się tam dzieje, i to w dodatku nie na forum publicznym, ale za kulisami Kurii? On sam, jakby wychodząc naprzeciw podobnym wątpliwościom, w wywiadzie udzielonym stacji NWO 18 kwietnia 1996 r. powiedział: Opuściłem Rzym i wyjechałem do USA, ale zostawiłem tam przyjaciół, nawiasem mówiąc wrogów też, tak więc miałem dobre kontakty z mnóstwem ludzi w Rzymie. (..) Co jakiś czas jeżdżę tam i utrzymuję bardzo bliski kontakt. Rewelacje o praktykach satanistycznych w Watykanie zostały potwierdzone w grudniu 1996 r. na Międzynarodowym Kongresie na rzecz Światowego Pokoju "Fatima 2000" przez abp. Emmanuela Milingo, watykańskiego Specjalnego Delegata Komisji Pontyfikalnej ds. Opieki Duszpasterskiej nad Emigrantami i Uciekinierami. Abp. Milingo, ongiś arcybiskup Lusaki i przewodniczący Episkopatu Zambii4, został oskarżony przez tamtejszych biskupów o czarnoksięstwo i w 1982 r. odwołany do Rzymu. Poddany upokarzającym przesłuchaniom i testom psychologicznym pozostał wierny Kościołowi i swemu powołaniu5. Dodajmy też, że abp Milingo, podobnie jak ks. Martin, jest praktykującym egzorcystą6. Ciekawą, ale i kontrowersyjną sprawą jest przedstawienie osoby Jana Pawła II w Windswept House. Występuje on tam jako Slavic Pope - Słowiański Papież. Ks. Martin odmalowuje go jako postać tragiczną, w pełni świadomą nadejścia biblijnej "godziny i władzy ciemności". Opuszczony przez hierarchię, otoczony przez ludzi pozbawionych wiary, zdecydowany jest walczyć z całych sił, aby opóźnić nadejście Zła. Bo Zło, zdaniem ks. Martina, musi nadejść. Wielokrotnie, w artykułach i wywiadach radiowych dawał on wyraz swemu przekonaniu, że żyjemy obecnie w czasach ostatecznych, opisanych w Apokalipsie św. Jana. I jednocześnie oznajmiał wprost, bez niedomówień, że zna treść Trzeciej Tajemnicy Fatimskiej, co sprawiało, że jego wizje upadku Rzymu stawały się jeszcze bardziej złowieszcze. Czy można mu wierzyć? Nawet najzagorzalsi przeciwnicy ks. Martina nie podważają jego opinii eksperta w sprawach dotyczących najściślej strzeżonych tajemnic Watykanu. Najrozsądniej będzie zatem odpowiedzieć na to pytanie tak: można mu nie wierzyć, ale nie można po prostu zbywać ani bagatelizować jego twierdzeń. Pozostaje otwartą natomiast inna kwestia - osobistego udziału ks. Malachi Martina w zakulisowym wyścigu o władzę i zdradzie Tradycji. Periti Przez kilka lat ks. Martin był, jak już wspomnieliśmy, sekretarzem kard. Bei. Zaiste, tajemnicza to postać i warto poświęcić jej kilka zdań. Jezuita, długoletni spowiednik Piusa XII i rektor Papieskiego Instytutu Biblijnego, jako Prezydent Sekretariatu Jedności Chrześcijan na II Soborze Watykańskim stał się jednym z nieformalnych przywódców opcji liberalno-modernistycznej pośród Ojców Soboru. Niektórzy przypisywali mu żydowskie pochodzenie7; pozostaje faktem, że odegrał ważną rolę w dialogu katolicko-żydowskim (por.: ks. K. Stehlin, Zdrada Jezusa Chrystusa, Zawsze wierni nr 29, lipiec-sierpień 1999). Gazety nowojorskie opublikowały informację, że tuż przed rozpoczęciem obrad Soboru złożył wizytę w tamtejszej siedzibie żydowskiej organizacji B'nai B'rith8. Zapytawszy ich, czego oczekują od Soboru, uzyskał odpowiedź: "Wolności religijnej!". Kard. Bea istotnie przygotował wówczas projekt dokumentu o wolności religijnej, powołujący się na rewolucję we Francji oraz na Deklarację Praw Człowieka; dokument ten został następnie przeciwstawiony innemu, całkowicie tradycyjnemu, o "tolerancji religijnej", autorstwa kard. Ottavianiego. Starcie wokół tych dwóch opcji na Głównej Soborowej Komisji Przygotowawczej było zarazem pierwszą większą potyczką Tradycji i moderny9. Kard. Bea, Przewodniczący Sekretariatu ds. Jedności Chrześcijan, utrzymywał oficjalnie, publicznie - każdy o tym wiedział - kontakty z wolnomularzami w Nowym Jorku, z B'nai B'rith, i B'nai B'rith wezwała go, aby wprowadził w Kościele wolność religii. Papieże zawsze bronili wolności religii, wolności religii w sensie wolności prawdziwej religii, religii Naszego Pana Jezusa Chrystusa (...) A jednak kard. Bea obiecał właśnie to wprowadzić do Kościoła, mianowicie za pomocą dekretu o wolności religii. Rezultat był taki, że kard. Bea po Soborze otrzymał złoty medal sekty wolnomularskiej, która składa się wyłącznie z Żydów i jest zastrzeżona tylko dla Żydów. Otrzymał złoty medal wolności religii! abp Marcel Lefebvre, kazanie z 29 czerwca 1985 r. w Ecône Czy Malachi Martin wiedział o rozmowach kard. Bei z masońską lożą B'nai B'rith? Odpowiedź jest prosta: jako jego sekretarz i bliski współpracownik nie mógł nie wiedzieć. Co więcej, w walce z Tradycją miał także swój własny udział: w wywiadzie, udzielonym Benjaminowi Kaufmanowi ("Cincinnati Enquirer", 22 grudnia 1973) przyznał, że celem jego przyjazdu do Rzymu było zbieranie informacji, które będą mogły posłużyć do szantażowania konserwatywnych kardynałów, aby zmusić ich do popierania opcji przyjętej przez Jana XXIII i kard. Beę10. Natomiast Joseph Roddy, redaktor cieszącego się ongiś bardzo dużą popularnością pisma "Look" opublikował w styczniu 1966 r. artykuł, w którym twierdził, że choć osobą, która spowodowała, iż Sobór ugiął się pod żądaniami B'nai B'rith był Jules Isaac, współpracujący z "piątą kolumną" pośród Ojców Soboru, to jednak ostateczny sukces dążeń żydowskich został osiągnięty dzięki działaniom tajemniczego "szpiega w sutannie", który nieustannie kursował pomiędzy Watykanem a nowojorską siedzibą B'nai B'rith, przewożąc instrukcje i - prawdopodobnie - duże sumy pieniędzy. Roddy nie podał nazwiska owego "szpiega", podał natomiast szereg wskazówek, mogących pomóc w jego identyfikacji. Na ich podstawie inny dziennikarz amerykański, Lawrence Patterson, wydawca miesięcznika "Criminal Politics", zidentyfikował tego szpiega jako Malachi Martina11. Znowu powraca zadane przez nas pytanie, tym razem w jakże odmiennym kontekście: czy można ufać tym relacjom? Czy ks. Martin istotnie odegrał tak niechlubną rolę w poddaniu Soboru dyktatowi wrogich katolicyzmowi żydowskich lóż masońskich? W 1964 r., już po śmierci Jana XXIII, Malachi Martin pod pseudonimem Michaela Serafiana wydał książkę The Pilgrim, opisującą wysiłki zmierzające do nieprzyjęcia deklaracji Nostra aetate. Jak twierdzi niechętny ks. Martinowi Michael A. Hoffman II, historyk i rewizjonista o jednoznacznie antysyjonistycznych inklinacjach12, książka ta zaalarmowała "masońskich infiltratorów Kościoła", którzy - ostrzeżeni - mogli ponowić wysiłki w walce z konserwatywnymi kardynałami. To twierdzenie aż razi swoją naiwnością: czy "szpieg w sutannie" musiałby istotnie pisać książkę, aby poinformować swoich mocodawców o grożącym ich planom niebezpieczeństwie? Przecież wystarczyłaby jedna dyskretna rozmowa... I dalej: dlaczego zwykły jezuita miałby wiedzieć więcej niż wpływowy kard. Bea? Chyba Hoffman w swojej niechęci do ks. Martina posunął się tu ciut za daleko. Wydaje się, że to, co ks. Martin widział i w czym uczestniczył jako sekretarz kard. Bei stało się bezpośrednią przyczyną decyzji o wystąpieniu z zakonu i wyjeździe z Rzymu. Być może właśnie pisana pod pseudonimem książka - wspomniany The Pilgrim - była pierwszym krokiem na długiej drodze walki z siłami, które niszczyły Kościół? Aż sama narzuca się hipoteza, że jedna z głównych postaci Windswept House, młody ksiądz Christian Gladstone, który przybywa z USA do Wiecznego Miasta, by pracować dla watykańskiego Sekretarza Stanu i podczas swojej pracy odkrywa z przerażeniem niewyobrażalną korupcję, dotykającą dosłownie wszystkie amerykańskie diecezje - to literackie alter ego autora. W powieści ks. Gladstone postanawia działać jako podwójny agent na rzecz Tradycji; czy takim "podwójnym agentem" był sam ks. Malachi Martin? Jeśli tak, to krótko; po r. 1964 określił się zdecydowanie po jednej ze stron konfliktu.

Tradycjonalista

Malachi Martin był bardzo ważną postacią w ruchu Tradycji. Akceptował jako swoje własne słynne Wyznanie wiary z Campos. Utrzymywał bliskie kontakty z wieloma księżmi i działaczami organizacji tradycjonalistycznych. Przez pewien czas był redaktorem religijnym konserwatywnego "National Review" Williama Buckleya. W latach 80-tych i wczesnych 90-tych miał stałą kolumnę w "The Remnant", znanym piśmie katolickiej Tradycji. W 1997 r. założył stronę internetową i wydawał comiesięczny newsletter, rozsyłany pocztą elektroniczną, przynoszący zarówno najnowsze wiadomości prosto z Watykanu, jak i religijne rozważania, często w duchu Maryjnym. Na jednej ze swych stron internetowych ks. Martin zamieścił odpowiedzi na najczęściej zadawane mu pytania. Jego krótkie i treściwe odpowiedzi jednym mogą wydawać się zbyt łagodne, innym - zbyt konserwatywne; wybierzmy kilka przykładów.
Czy Novus Ordo jest ważnym rytem?
Novus Ordo może być sprawowany w sposób, który ważnie oddaje Ofiarę Chrystusa na Kalwarii13.
Co sądzi Ojciec o ruchu sedewakantystycznym?
Żeby osądzić, czy Tron Piotra jest pusty, trzeba mieć autorytet. Ja takiego autorytetu nie posiadam.
Czy katolik może należeć do loży masońskiej? Jeśli nie, dlaczego?
Katolik nie może należeć do masonerii, gdyż jest to organizacja, która stawia sobie za cel zniszczenie chrześcijaństwa.
Czy to prawda, że Rosja nie została poświęcona Niepokalanemu Sercu NMP?
Tak, to prawda.
Czy pisze Ojciec kolejną część Windswept House?
Tak, ale nie będzie to beletrystyka. Będzie to podręcznik dla tych, którzy przeżyją".
Zacytujmy jeszcze dwa pytania i dwie odpowiedzi ks. Martina:
Należę do parafii Bractwa Św. Piusa X. Słyszałem, jak mówił Ojciec o "podziemnym Kościele" i zastanawiałem się, czy miał Ojciec na myśli FSSPX. Jestem pewien, że zna Ojciec sprawę oraz oskarżenia wysuwane pod adresem Bractwa. Co może Ojciec na ten temat powiedzieć?
Uczestnictwo we Mszach św. w kaplicach FSSPX spełnia wszystkie obowiązki katolickie. Analogicznie, sakramenty udzielane przez kapłanów Bractwa są ważne.
Jak Ojciec sądzi, dlaczego papież Jan Paweł II ekskomunikował świątobliwego arcybiskupa Marcela Lefebvre, a nie robi nic w sprawie biskupów takich jak Weakland, Gumbleton, Mahoney, Bernardin, Clark?
W duchowej rzeczywistości Kościoła ani Marcel Lefebvre, ani jego biskupi i księża, ani wierni uczęszczający do kaplic Bractwa nie byli, ani nie są ekskomunikowani. Historia pokaże, że próba rzucenia takiej ekskomuniki była nieważna i nielegalna.

Strona internetowa


Mniej więcej na rok przed śmiercią ks. Martin doznał pierwszego udaru mózgu. Wykorzystując ten fakt i powołując się na zalecenia lekarzy pracująca dla niego wolontariuszka, Denise Zuppe, wspólnie z Kakią Livanos najpierw odcięła go od kontaktu z przyjaciółmi (odłączyła telefon i faks), a następnie wysłała - rzekomo w imieniu ks. Martina - polecenie do teksaskiej firmy Star Harbor, aby ta usunęła z jego strony wszystkie odsyłacze do Unity Publishing, kalifornijskiej organizacji zajmującej się m.in. zwalczaniem "oszustwa Medjugorje". Kiedy pracownicy Star Harbor odmówili, rozpoczęły się anonimowe telefony i emaile z pogróżkami. Równolegle powstała druga, "autentyczna" strona Malachi Martina, nota bene zawierająca przez długi czas tylko zdjęcie ks. Martina i informację, że zostanie otwarta "po powiadomieniu". Tymczasem strona na serwerze Star Harbor została zamknięta, co jeszcze bardziej pogłębiło zamieszanie. Odsunięty od kontaktu z przyjaciółmi, ks. Martin nie miał żadnego wpływu na tę żenującą sprawę. Całe to zamieszanie najwidoczniej miało swój związek z rzekomymi objawieniami w Medjugorje. W licznych rozmowach z przyjaciółmi i współpracownikami ks. Martin dosłownie twierdził, że tamtejsze wydarzenia są "od samego początku dziełem Szatana"15. Dziękował Unity Publishing za ich walkę z "oszustwem Medjugorje", dodając, że on sam prowadził ją od piętnastu lat. Nie przeszkodziło to jednak Tedowi i Maureen Flynnom twierdzić czegoś wręcz przeciwnego: że ks. Malachi Martin aprobował posłanie z Medjugorje i napisał przedmowę do ich książki (The Thunder of Justice), w której jest ono uznane za prawdziwe słowa Matki Boskiej. Śmierć
Niejako ukoronowaniem pełnego tajemnic życia ks. Martina była jego tajemnicza śmierć. Wedle oficjalnych danych zmarł na skutek następstw udaru mózgu, który powstał w wyniku upadku i uderzenia się w głowę. Był to, jak już wspominaliśmy, drugi taki udar w przeciągu ostatnich dwunastu miesięcy. Stojąc w obliczu śmierci, ks. Martin wyjawił bliskiemu przyjacielowi, że czuł, iż został popchnięty: "Poczułem, że coś mnie popycha, ale... nikogo tam nie było". Zwidy? Cóż, trzeba przyznać, że sam ks. Martin wierzył, iż ktoś czyha na jego życie; tym kimś miał być... diabeł. Od pewnego czasu ks. Martin obawiał się, że padnie ofiarą maleficium. Wiele wskazuje na to, że nieszczęśliwy upadek miał miejsce, kiedy śpieszył zorganizować kolejną sesję egzorcyzmów. O swych podejrzeniach mówił tylko prywatnie najbliższym przyjaciołom; publicznie wyjawił jednak, że widział diabła w swojej bibliotece. W audycji Art Bell, nagrywanej 4 kwietnia 1997 r., powiedział: Stałem na krześle w swoim pokoju, sięgając po książkę, i zobaczyłem go. Kucał na podłodze, patrząc na mnie. Jego ciało było muskularne jak u pitbullteriera, ale twarz dawała się rozpoznać jako ludzka. To była twarz Diabła. Rozpoznałem oczy. To były oczy najzimniejszej, najbardziej śmiertelnej nienawiści. Kiedy skoczył w moim kierunku, spadłem z krzesła i złamałem rękę, ale miałem szczęście. Widziałem Szatana i przeżyłem. Starcze halucynacje? Niewykluczone. Ale kiedy doświadczony egzorcysta miewa takie halucynacje, to sceptycyzm zbywający wszystko protekcjonalnym machnięciem ręki wydaje się być jeszcze bardziej naiwny niż najbardziej nawet bezkrytyczna wiara. Śmierć zaskoczyła ks. Malachi Martina w trakcie przygotowywania kolejnej, siedemnastej już książki; miała ona przedstawiać polityczny krajobraz Watykanu u progu nowego tysiąclecia i nowego pontyfikatu oraz analizować zmiany, jakie zaszły od czasów Soboru w rozumieniu roli papiestwa i Stolicy Apostolskiej. Pozostały obfite notatki, ale - jak pisze jego długoletni przyjaciel, ks. Charles Fiore - nikt już nie napisze tej książki, bo nikt nie jest tak unikalnym i natchnionym wizjonerem, jakim był ks. Malachi Martin.

Requiescat In Pace!

Przemysław Jackowski

za: "Zawsze Wierni" nr 5 (30) Listopad 1999

Powrót


ks. Edward Wesołek

Kapłan żyje dla tych,
których jest pasterzem

List do współbraci w kapłaństwie


Minęły trzy lata od czasu mojej pierwszej Mszy świętej, którą przekazała Tradycja. Trzy lata temu przez równe pół roku - od odprawienia pierwszej mojej Mszy trydenckiej do ostatniej Nowej - przeżywałem istną mękę, kiedy odprawiałem na przemian obie Msze: Mszę Wszechczasów w ukryciu, dla siebie, a nową dla wiernych. Nie umiałem wybrnąć z tej matni, bo chcąc być w Kościele, zgodnie z ówczesną moją wiedzą o Bractwie, omijałem je. Nowa Msza, szczególnie koncelebra, sprawowana nierzadko w tłoku i zamęcie, była coraz większym ciężarem. Na szczęście mam to wszystko poza sobą. Teraz spotykają mnie innego rodzaju przykrości: odrzucenie przez wielu bliskich, potępienie, oszczerstwa. Ale kiedy się wie, dla Kogo to wszystko, nie traci się wewnętrznego pokoju i tej radości, której świat dać nie może. Właśnie ze Mszy świętej, tak czcigodnej, bo pochodzącej od samych Apostołów, czerpię te wszystkie siły do życia w nieprzyjaznym świecie. Ktoś powie: "Nieprzyjazny świat?! Ze światem trzeba prowadzić dialog. Trzeba umieć się dostosować do świata! Aggiornamento! Inkulturacja!". Czy aby na pewno? A co mówi Pan Jezus? - "Jeśli was świat nienawidzi, wiedzcie, że Mnie pierwej niż was, nienawidził. Gdybyście byli ze świata, świat miłowałby, co jest jego; ale że nie jesteście ze świata, lecz Ja was wybrałem ze świata, dlatego was świat nienawidzi" (J 15, 18-19).
Prawie trzy lata temu, kiedy poznałem prawdę o Bractwie Kapłańskim Świętego Piusa X, kiedy się upewniłem, że będąc w Bractwie pozostaję jak najbardziej w Kościele, przyłączyłem się do tego Bractwa. Myślałem w swym niepoprawnym optymizmie , że niedługo dołączą inni kapłani. Będzie im to łatwiej uczynić, gdyż nie będą musieli przebijać się przez gąszcz oszczerstw, które utrudniają dość skutecznie dojście do prawdy. Jakże się myliłem! Przecież uznanie prawdy a pójście za nią to dwie różne rzeczy, choć te sprawy powinny się łączyć nierozerwalnie. Były spotkania i rozmowy z różnymi kapłanami. Zaczęły mi się otwierać oczy. Z przejściem do Bractwa łączy się wiele trudów. Jeśli dotychczas się prowadziło życie spokojne, gdzie otoczenie, a nim i kapłan, przywyka do zmian, wprawdzie niepostrzeżenie nabierając ducha protestanckiego, ale żyje się jakoś bez wstrząsów, to w razie opowiedzenia się po stronie, gdzie nie ma ustępstw na rzecz świata, całkowicie za Panem Jezusem i Jego nauką, nastąpią różne trudności: trzeba pożegnać się z dobrą parafią, krewni będą wzruszać ramionami, zacznie się trud dość wytężonej pracy. Tego za wiele! Gdy tym czasem słyszy się zewsząd, że wszyscy będą zbawieni... Powoli tym nasiąka i myśl o powrocie do Tradycji zostaje stłumiona. Nawet jeśli widzi istotną różnicę między Mszą Wszechczasów a Nową, jeśli zna okoliczności powstania tej ostatniej, jeśli nawet umie odprawiać Mszę trydencką, to nie chcąc mieć kłopotów, nie ujawnia swoich poglądów, przytakuje tym, którym wewnętrznie się sprzeciwia. Pewien kapłan archidiecezji warszawskiej powiedział mi, że on dla siebie, prywatnie odprawia Mszę św. trydencką, a dla wiernych - Nową. Wyobrażacie sobie, żeby matka dawała dzieciom ochłapy, a w skrytości zjadała przysmaki?! Czy kapłan może tak postępować? A jednak postępuje. I oto mamy tak niewielu tych, którzy chcieliby dzielić trud niezrozumienia i odrzucenia wraz z Panem Jezusem. Piszą powyższe, mam oczywiście na myśli tych , którzy dobrze znają różnicę między teologią tradycyjną a modernistyczną i opowiadają się za pierwszą, a w praktyce życia trwając przy drugiej. "O, jak ciasna brama i wąska jest droga, która wiedzie do życia, a mało jest tych, którzy ją znajdują!" (Mt 7, 14).
Każda rozmowa z kapłanem czy wiernym świeckim jest dla mnie kolejnym dowodem na słuszność kroku, który uczyniłem 17 XII 1997 roku. Od tego czasu jestem z tymi, którzy obecnie spełniają tę samą rolę w Kościele, którą niegdyś pełnili jezuici. To był wspaniały zakon! Bronił wiary i szerzył ją po świecie. Dziś to czyni Bractwo. Jeśli mówi się coś przeciw Bractwu, to nie podaje się rzeczywistych powodów dla potępienia; są to zazwyczaj puste hasła, niedorzeczności, albo oszczerstwa, że np. nie uznajemy papieża. Jakie mają być dowody na to, że go uznajemy? Może stawianie kolejnych pomników? Czy nie wystarczy nauczać tego, czego zawsze papieże nauczali? Czy obrona nauki katolickiej, to za mało, by być uznanym za katolika? Niedawno w rozmowie z kolegą kapłanem, po stwierdzeniu przez niego, że prawosławni nie muszą się nawracać, powiedziałem: "Zwróć uwagę na brak logiki: Mówisz, że prawosławni, którzy w oczywisty sposób nie uznają papieża, nie muszą się nawracać, a ja, który uznaję Jana Pawła II jako papieża, mam się nawrócić?". Na to wszystko uśmiechną się, spostrzegając chyba,że się zagalopował.
Kiedy jeszcze byłem jezuitą, tu i ówdzie w Polsce mówiło się o Komunii na rękę. Jezuici od dziesiątków lat w tym przodowali. Dziś ta protestancka praktyka ma swoich zwolenników wśród bardzo wielu kapłanów. Toć to zaledwie trzy lata, jak jestem poza nową liturgią i w rozmowach z kapłanami stwierdzam, że w tym czasie nastąpiło spustoszenie katolickiej czci dla Najświętszego Sakramentu! Znam wprawdzie jednego kapłana, który przeniusł Najśw. Sakrament z bocznego ołtarza do głównego, drugiego znów, który przywrócił Komunię przyjmowaną na kolanach. Ale olbrzymia większość?! Obawiam się, że za kilka lat niektóre kościoły będą puste - puste z braku Pana Jezusa. Nie będzie już w nich Najświętszego Sakramenty z powodu nieważnych konsekracji... Wyobrażam sobie już głosy sprzeciwu: "Przesadzasz! Wy, lefebryści, ciągle przesadzacie!". Najkrótsza odpowiedź modernistów na wszystko: "przesada". Tak jak można by przesadzić w okazywaniu czci Bogu samemu. Jeśli kapłan katolicki zmusza wiernych do przyjmowania Komunii św. na stojąco, to jak może mówić wiernemu,że Boga samego przyjmuje? Czy dla okazania czci Bogu klękanie to zbyt wiele?! I tak Komunia na stojąco już się dość rozpowszechniła. Rozpowszechni się też Komunia na rękę. Nieprawda??? Jeśli odstąpi się od jakiejś zasady, to już tylko sprawą czasu jest, by wszystko runeło. Jeśli z katolickiej Hiszpani w krótkim czasie stało się to co się stało, to skąd ta pewność , że nas to spustoszenie ominie? Zresztą nowa teologia ekumeniczna stawia jeden cel: nikogo nie urażać, każdemu starać się przypodobać, a już w żadnym wypadku nie nawracać. Taką teologią karmi się dziś seminarzystów. Wiedząc o tym, rozumiem Kardynała Ottawianiego, który widząc, co się dzieje na Soborze, pragnął szybko umrzeć, by być pochowanym jeszcze w obrzędzie katolickim.
"A Ja tobie powiadam, że ty jesteś opoka, a na tej opoce zbuduję Kościół Mój, a bramy piekielne nie przemogą go"(Mt 16, 18). Kolego , prawosławie nie stoi na opoce, więc...? Mógłby ktoś powiedzieć: "Więc czego się martwisz o Kościół, który i tak przetrwa?". To mnie nie uspokaja, bo i ode mnie zależy, w jakim stanie ten Kościół przetrwa. Jeśli widzę, gdzie jest słuszność, to nie mam wymówki. Przed ludźmi tak, ale nie przed Bogiem. On zna nasze wnętrze, Jemu nic się nie wmówi i własnego lenistwa nie usprawiedliwi jakimiś układami. Niektórzy, przyznając nam słuszność, zasłaniają się posłuszeństwem, tak jakby wolno być posłusznym przełożonym, którzy nie są posłuszni woli Bożej. Zastanówmy się nad tym, jakie jest pochodzenie (a więc i cel autorów) Nowej Mszy. Jeśli nie zgadzamy się z wielokrotnie potępianym modernizmem, których zasady św. Pius X nazywa "zbiorem wszelkich herezji" (encyklika Pascendi Dominici gregis), to zróbmy rozbrat z tym niszczycielem wiary i zbawienia. Choć Msza święta jest sercem Kościoła, ale modernizm to nie tylko Nowa Msza, ale to także nowa teologia i nowa praktyka duszpasterska. Modernizm to także strój świecki u kapłana ("nie można narzucać się ludziom ze swą wiarą, może to się komuś nie podobać"). Czciciele Jana Pawła II nie chcą słyszeć, że ten Papież przypomina o noszeniu sutanny czy habitu. A czym jest ten strój duchowny? Stary brat jezuita, poprzedni sekretarz ojca generała, powiedział o swojej sukni: "C'e nostra bandiera!" - "To jest nasza chorągiew!". Ci klaszczący Ojcu Świętemu nie są mu posłuszni choćby pod tym względem, że nie noszą sutann. Smutno mi się zrobiło, gdy usłyszałem kiedyś w Warszawie słowa zdziwienia: "Patrz ksiądz w sutannie!". A wydawało mi się, że jestem w katolickim kraju...
Ksiądz Prymas Stefan Wyszyńki tak pisze w Liście do moich kapłanów: "Nie mogę odłożyć pióra, zanim nie dotknę tu jeszcze jednej sprawy, która ma dla wspólnoty kleru większe, niż się wydaje znaczenie, a dla Ludu Bożego jest społecznym wyznaniem wiary. Mam na myśli sutanne kapłańską. A mówię o niej dlatego, że nie chcę i nie mogę widzieć w niej tylko ubioru w szeregu innych strojów. Sutanna nie jest ubiorem. Sutanna jest wyznaniem wiary przed ludźmi, jest aktem wiary, jest sztandarem wiary" (cz. III, s. 76-77). Dalej podaje on kilka przykładów na potwierdzenie słuszności tego zdania. Kapłan nie żyje dla siebie, ale dla tych których jest pasterzem. Niech naśladuje Dobrego Pasterza, który duszę swoją daje za owce swoje (J 10, 11). Tak wiele dusz pragnie gorliwych katolickich kapłanów! Nie traćmy wiec czasu, bo go bardzo mało, ale trudźmy się dla Królestwa Jezusa Chrystusa w duszach ludzkich i w świecie!

źródło: "Zawsze Wierni" nr 6 (37) Listopad 2000 str.42

Powrót


April 7 th, 2008  •  Posted by Free CSS Templates  •  18 Comments